Już wiem o co Wam chodzi z tą wełną! xD (odkryła Amerykę)
Dostaniecie na święta gryzące swetry!
-Zapraszam -Jonny uchylił drzwi samochodu z mojej strony i zachęcająco skinął rękom bym wysiadł, po czym zatrzasnął je za mną.
Jak chciał, tak bez wahania zrobiłem. Momentalnie poczułem na skórze powiewy lodowatego wiatru. Jego płaszcz został w aucie. Otuliłem mocno swoje ramiona, kiedy mężczyzna prowadził mnie w stronę... hmm, no właśnie, w stronę czego?
Nie za bardzo potrafię opisać słowami budynek, który ujrzałem. Było to połączenie wielkiej rezydencji z nowoczesnymi kondygnacjami. Od frontu wejście wabiło zabytkowymi kolumnami umieszczonymi po bokach dwuskrzydłowych drzwi, a lewa część domu błyszczała wielkimi przeszkleniami. Bardzo kontrastowało to z prawym skrzydłem budynku, w którym prawie wcale nie było okien.
Brązowowłosy widząc moje starania ochrony przed zimnem podprowadził mnie szybko w stronę drzwi i od razu otworzył je wprowadzając do środka. Wtedy zamarłem zupełnie.
Trafiłem chyba do jakiegoś.... lobby? Hol był bardzo przestronny. Z prawej strony na podwyższeniu stał wielki, masywny kontuar zrobiony z ciemnego drewna. Na nim stał pulpit zapewne z jakimś grafikiem odwiedzin oraz leżały tam ustawione w schludnym stosiku broszury przypominające menu restauracji w twardej oprawie. Zaraz za kontuarem znajdowały się duże drzwi, a obok nich stała kanapa z białej skóry. Z lewej strony znajdowały się takie same drzwi tylko że ich nie chronił żaden kontuar. Na wprost mnie znajdowały się wielgachne, podwójne schody prowadzące na piętra położone wyżej domu. łączyły się one u szczytu i zbiegały się w podest który ciągnął się przez całą tylną ścianę pomieszczenia, dając dostęp do drzwi umieszczonych wyżej. Gdzie ja do cholery trafiłem?
Cały ten przepych musiał zrobić na mnie mocne wrażenie bo mężczyzna tylko ze śmiechem popchnął mnie w lewą stronę domu, tam gdzie nie stał kontuar.
-Przywykniesz. -skwitował ze śmiechem prowadząc mnie dalej.
Nagle zatrzymał się przed drzwiami z na wpół wyciągniętą ku klamce dłonią i spojrzał na mnie powątpiewająco.
-Przecież ty nie masz o niczym pojęcia... -cofnął rękę i zastygł na moment w bezruchu. -Ok, chodźmy najpierw do mnie. -O, czyli jednak przeleci mnie teraz.
I zamiast przejść przez drzwi ruszył w kierunku schodów. Kiedy weszliśmy na sam szczyt miałem wrażenie, że zaraz zassam całe płuca. Moja kondycja była po prostu w przerażającym stanie. Hm, zresztą nie tylko kondycja.
Kierując się na środek podestu pchnął drzwi z ciemnego drewna i przytrzymał je grzecznie przepuszczając mnie pierwszego. Huuh? Weszliśmy do jakiegoś gabinetu? A nie miała być to sypialnia? On chyba pomylił drzwi. Nie dziwię się, sam bym się pomylił...
-Siadaj -skinął na jedno z krzeseł przystawione przed wielkim biurkiem po czym okrążył je i zasiadł w dużym fotelu z czarnej skóry za biurkiem.
...chyba jednak się nie pomylił.
Posłusznie zająłem krzesło które mi wskazał i cierpliwie czekałem co ma mi do powiedzenia. Najwyraźniej ten facet woli rozmawiać niż się pieprzyć... Chyba go rozczaruję, nie jestem najlepszy kandydatem do ożywionych konwersacji.
-Przyznam szczerze, że po raz pierwszy czuję się niezręcznie w swoim gabinecie. -posłał mi przepraszający uśmiech i zerknął na zegar wiszący obok mojej głowy. -Ale skoro chcemy zdążyć na obiad przejdę do sedna sprawy.
Oj chcemy... zjadłbym w końcu coś konkretnego. Nie pogardzę soczystym hamsem, albo jakiś porządny kebab... Boże, jak ja dawno nie widziałem fast fooda!
-To nie ze mą będziesz uprawiał seks. -to jego przejście do sedna sprawy skutecznie rozwiało moje wizje o tańczącym hot dogu.
-Jak to... więc z kim? -zmarszczyłem brwi zbity z tropu.
To po co mnie tu sprowadzał? Mam być pomocą domową?
-Tak jak reszta, z klientami oczywiście.
Moment... znowu ta "reszta". I o co chodzi z klientami?
Dopiero po chwili mój umysł rozjaśnił się szukając odpowiedzi.
Rozmiary tego domu, ten kontuar na dole... ta cała reszta, zapewne innych chłopców czy dziewcząt, jeszcze ta wzmianka o klientach...
-Yuuki, to nie jest zwykł dom, to jest...
-..burdel. -przerwałem mu kończąc za niego wypowiedź.
Mężczyzna skrzywił się wyraźnie na to słowo.
-Wiesz, wolę nieco subtelniejsze określenia.
-Takie jak "dom rozkoszy"? -burknąłem opuszczając głowę w dół.
Czy trafiłem gorzej? Mam nadzieję że nie... o ile tymi całymi klientami nie będą psychole równi poprzedniemu czubkowi. Cholera, burdel! Świetnie!
W moich myślach kotłowała się sama gorycz.
Więcej kurwa perspektyw! Większa rozmaitość penisów rżnąca mój tyłek! Cudownie! Będę się kształcił! Hura!
Chyba jednak wolę być zamknięty w ciasnej klitce i posuwany przez jednego, niż żeby mój tyłek oglądał codziennie inny facet.
Kasztanowowłosy westchnął tylko i splótł ręce na piersi.
-Mniejsza, ty i tak wyjścia nie masz.
-A są tacy co mają? -ponowni mnie zaintrygował.
-Owszem, niektórzy są tu z własnego wyboru, po prostu pracują. W każdej chwili jeśli chcą mogą odejść.
-Więc... ilu tu ich jest?
-Razem z tobą będzie teraz dziewięciu. W zeszłym miesiącu trzech odeszło, dlatego bardzo się teraz przydasz.
Chociaż raz jestem potrzebny... nieważne że do wypinania tyłka, zawsze coś.
-Ok... więc... -jakby to ująć w słowa? -Jak to wszystko wygląda?
-Cóż, nic skomplikowanego, zwłaszcza dla ciebie. Twoje prawa, że tak się wyrażę, będą trochę inne od reszty, która nie jest tu z przymusu. Rozumiesz oczywiście, że nie mogę cię tak po prostu wypuścić?
Nie pomyślałem nawet o tym...
-Niby dlaczego?
-Po pierwsze: zapłaciłem za ciebie. Po drugie: tym światkiem rządzą dziwne zasady. Gdybym od razu po odkupieniu cię po prostu wypuścił było by to bardzo nie w smak dla domu aukcyjnego, na którym kupił cię Hartlieb i ogólnie nie miło widziane w towarzystwie. Ludzie jak to ludzie snuli by plotki o naszej miłości, przez którą podarowałem ci wolność i inne takie. Sam rozumiesz. Po za tym nie na rękę mi wypuszczać cię, kiedy się przydasz.
-Więc... jest jakaś szansa, że kiedyś...? -nie musiałem kończyć, doskonale rozumiał o co mi chodzi.
-Nie wykluczam tego ale lepiej nie zawracaj sobie tym głowy, ponieważ nie należy to do twojej najbliższej przyszłości. -spojrzał na mnie lekko karcącym wzrokiem. -Wracając do sprawy... Nie lubię was dzielić na gorszych, lepszych, ale niestety jesteś w troszkę gorszym położeniu niż pozostali. Po pierwsze, co zresztą powinno być dla ciebie oczywiste, masz kategoryczny zakaz opuszczania murów tego domu, rozumiesz?
-Rozumiem, rozumiem... -mruknąłem cicho kiwając dla spokoju głową.
-Dodatkowo to do ciebie będą kierowani klienci... bardziej wymagający. Wiesz co mam na myśli?
Ts... pejcze, kajdanki i inne sprawy? Dzięki cholera, przywykłem. Czego innego mogłem się spodziewać?
Widząc, że nie protestuję kontynuował.
-Oczywiście nie ty jeden zajmujesz się takimi klientami. Ale jeśli inny chłopcy, którzy są tu z własnej woli odmówią, niestety... obowiązek pada na ciebie.
Obowiązek... pff, jak on to ładnie ubrał w słowa.
Hej, chwila...
-To ilu jest takich jak ja?
-Teraz trzech.
-Aha.... -też mi duża gromadka... -I tylko chłopacy?
-Tak, jesteśmy raczej nastawieni na serwowanie... męskiej przyjemności.
-Więc klienci to sami mężczyźni?
-Nie, zdarzają się czasami kobiety.
Westchnąłem cicho przymykając oczy. Jestem zmęczony, szczęściem że jestem daleko od tego psychola, natłokiem nowych wiadomości... tym wszystkim. Wysiadam powoli, za dużo tego.
-Zbierajmy się, chodź na obiad, potem pokażę ci twój pokój, następnie wizyta lekarza. Jest was nieparzyście więc póki nie znajdę kolejnego chłopca chwilowo będziesz sypiał sam.
Będę miał swój pokój? Tak cały dla siebie? Chociaż jeden pozytywny promyczek w tej motaninie.
-Em... więc... -zacząłem nieco skrępowany nie wiedząc jak się do niego zwracać.
-Mówiłem ci już, po prostu "Jonny". -uśmiechnął się pokrzepiająco przepuszczając mnie w drzwiach.
-Ok... em... nie umiem tak, przepraszam.
-No dobrze, dobrze. Więc może mów panie Cole jeśli tak ci lepiej. -ustąpił widząc, że się z tym męczę. -Chociaż będę się przez to czuć starzej. -posłał mi łagodny uśmiech kiedy schodziliśmy po schodach.
Nagle zatrzymałem się w połowie bo mijaliśmy właśnie wysokie lustro, którego wcześniej nie zauważyłem. Nie pamiętam kiedy ostatni raz widziałem swoje odbicie w całej okazałości. Ale to co zobaczyłem spowodowało, że niemal nogi ugięły się pode mną. Nie spodziewałem się, że całość prezentuje się aż tak makabrycznie.
Krzywo obcięte blond włosy zaczęły już odrastać co jeszcze bardziej podkreślało katastrofę, którą miałem na głowie. Ale nie to w tym wszystkim było najgorsze, to tyko dodawało pikanterii całości.
Ubrania wisiały na mnie jak na wieszaku, nie... to nie tak, że były o wiele za duże. To ja byłem przeraźliwie chudy. Nad białym T-shirtem obojczyki wystawały jakby miały zaraz rozerwać skórę lub połamać się przy najlżejszym dotyku. Dodatkowo niemal na każdym odkrytym kawałku ciała, ręce, szyja, twarz... wszędzie rozmieszczone były siniaki, zadrapania czy blizny. I te podkrążone oczy, nie... to nie było takie złe. Moje spojrzenie... nie miałem pojęcia, że tak wygląda. Matowe i nijakie. Niby stałem spokojny i nie rozmyślałem nad niczym ważnym ale mój wzrok lekko podrygiwał jakbym bał się jakiegoś nadchodzącego znikąd ciosu.
Nie miałem pojęcia, że na zewnątrz jest chyba gorzej niż w środku. Ale spokojnie, na razie jestem z kimś, jest dzień i nijako mam zajęcie. Koszmar zaczyna się kiedy odpływam w niebyt...
I który klient będzie chciał mnie takiego? Komedia! Chyba ślepiec! Ha ha! Dobre! Cole się chyba przeliczył co do mnie. Ciekawe czy wie, że niezależnie od sumy jaką za mnie dał i tak przepłacił...
-Coś nie tak? -wyrwał mnie z zamyślenia.
-Nie... Więc proszę pana, czy już dzisiaj będę musiał... mieć klienta?
Chwilkę przypatrywał mi się jakby na coś czekał lecz po chwili położył mi rękę na ramieniu i pociągnął w dół schodów.
-Nie, skądże. Najpierw obejrzy cię lekarz. Potem zrobimy coś z tą tragedią którą masz na głowie. -nagle wyraźnie spochmurniał. - Doprawdy nie wiem co odbiło Hartliebowi, żeby ścinać ci włosy. Wyglądałeś wtedy tak uroczo...
Ta, też nie wiem co mu odbiło. No i co z tego? Po prostu ich nie ma... nie ma! Przepadły!
Wszystko mi zabrali.
Mężczyzna widząc moje pogłębiające się otępienie nie kontynuował tego tematu i w milczeniu przeprowadził mnie przez drzwi, które prowadziły do lewej części domu.
-Obiad się już zaczął, chodź, zapoznam cię z tą ferajną. Spodziewają się ciebie od rana. -posłał mi pokrzepiający uśmiech.
Cóż, ta informacja raczej nie uczyniła mnie szczęśliwszym... wręcz przeciwnie. Nie poznałem jeszcze tej całej reszty, ale coś mi mówi, że nie będzie wesoło.
Za drzwiami ukazało mi się kolejne przestronne pomieszczenie. W rogu stał stół z sześcioma krzesłami, na nim porozrzucane były jakieś magazyny, komiksy i dwa laptopy. Na środku królowała wielka zakręcająca kanapa z białej skóry, która pomieściłaby z dziesięć osób. Skierowana była na wielki telewizor ledowy, który stał na niskiej szafce z ciemnego drewna, a na niej stała konsola do gier. Przed telewizorem umieszczony był ogromny i puchaty dywan w kolorze kości słoniowej, zaś naprzeciwko niego, na przeciwległej ścianie rozciągała się wielka, wysoka półka z przeróżnymi książkami.
-To jest salon. Tutaj kiedy masz wolne możesz dowolnie spędzać czas z innymi. Tego ci nie zabraniam.
-Dziękuję. -mruknąłem cicho.
-A teraz chodźmy w końcu do jadalni, przedstawię cię wszystkim.
Poprowadził mnie przez kolejne dwuskrzydłowe drzwi znajdujące się obok telewizora i pchnął je energicznie robiąc mi przejście.
- A o to i cała głośna ferajna. -machnął na chłopców siedzących przy długim stole i jedzących smacznie wyglądający obiad.
Na sam zapach jedzenia wszystko mnie skręcało w środku.
Em, momencik, miało być dziewięciu... jest ich mniej.
Przejechałem po twarzach obecnych i nagle mój wzrok zatrzymał się na najwyraźniej najstarszym wśród obecnych w jadalni. Był bardzo wysoki i wyglądał jakby każdą wolną chwilę poświęcał na pakowanie. Tylko że on na mnie nie patrzył, on po prostu miażdżył mnie wzrokiem. Jakby spojrzenie mogło zabijać, właśnie byłbym martwy.
-To ten chłopak od Halcóna? Wygląda jakby miał się rozsypać. Co z nim nie tak? -odezwał się nagle właściciel jadowitego spojrzenia.
Kiedy usłyszałem nazwisko, które starałem się jak najskuteczniej wymazać z pamięci miałem wrażenie, że coś we mnie pęka tworząc mi w brzuchu czarną dziurę, po czym ta zassysa całe moje wnętrzności.
Nie, nie... panuj nad sobą, panuj! Nie pokazuj się przy ludziach z tej strony!
-Jared! Hamuj się. -Cole niemalże syknął na niego obdarzając go srogim spojrzeniem. -To jest Yuuki... i dlaczego na boga jest was tak mało? Gdzie reszta?
-Gen i Darren są na mieście. -fuknął ten od wścieklizny i odwrócił głowę wbijając swoje mordercze spojrzenie w talerz.
-A Leo i Michio nie wrócili jeszcze ze szkoły. -tym razem odezwał się ktoś inny.
Co? Szkoły? Mogą tak po prostu chodzić do szkoły?
Była to burza krótkich, rudawych loków. Odsunął się od stołu i podbiegł do nas wyciągając od razu rękę w moją stronę. Wyglądał na mój wiek, w dodatku ta ruda aureolka dodawała mu dziecięcej urody i beztroskości w spojrzeniu.
-Jestem Danny -powoli uścisnąłem delikatnie jego rękę i zabrałem ją szybko.
-Ok, widzę że nie wszyscy chcą cię tu pożreć. -mężczyzna odetchnął głęboko. -Zaraz dostaniesz swoją porcję, usiądź gdzieś sobie. -Cole poklepał mnie po ramieniu i wszedł do jeszcze innego pomieszczenia, do którego drzwi były połączone z jadalnią.
-Chodź, obok mnie jest dużo miejsca. -rudowłosy pociągnął mnie za rękę i zanim zdążyłem zaprotestować usadzał mnie naprzeciwko Wściekłego Jareda. No nie...
-Więc jesteś Yuuki, tak? -przybliżył do mnie swoją rozradowaną twarz przez co mimowolnie odsunąłem się od niego.
-Emm.. tak.
-Jestem Hayato. -zza rudzielca wychylił się kolejny chłopiec na oko o wiele młodszy ode mnie i pomachał uśmiechając się szeroko.
Jego mocne azjatyckie rysy od razu zdradzały pochodzenie. Posiadał też połyskujące, hebanowe włosy do karku, które przy twarzy radośnie zawijały mu się na policzkach. Jezu.... przecież on ma z dwanaście lat! Jak można takich młodych trzymać w takim miejscu!?
-A za Hayato siedzi sobie Blaise. I chyba znowu przysnął. -Danny wzruszył energicznie ramionami.
Wychyliłem się żeby zobaczyć o kogo chodzi i niemal rozdziawiłem usta. Chłopak wyglądał na około osiemnaście lat i miał niemal że elfią urodę. Ale najbardziej zaskakujące w nim były bielusieńkie włosy sięgające mu do łopatek. Chłopak przysypiał sobie w najlepsze wsparty na własnej dłoni.
-On... on je farbuje? -szepnąłem cicho do Dannego.
Zanim zdążył mi odpowiedzieć Wściekły Jared obdarzył mnie prychnięciem po czym z kpiarskim uśmieszkiem wstał gwałtownie od stołu i wyszedł z jadalni.
-Nie przejmuj się nim. -mruknął tym razem Hayato. -O, twój obiad idzie. -machnął głową w kierunku jakiejś starszej pani niosącej na tacy mój posiłek.
-Dziękuję. -kiwnąłem jej głową kiedy z serdecznym uśmiechem, kiedy postawiła tacę przede mną.
Czyli mają tu kucharkę?
Odprowadziłem ją wzrokiem do pomieszczenia za którym zniknęła.
-Smacznego. -rzucił rudowłosy. -A jeśli chodzi o Blaisa to oczywiście, że je farbuje. -zaśmiał się. -Nie jest albinosem ani coś w tym stylu. No, szamaj! -wetknął mi widelec w dłoń. -Sama skóra i kości, musisz się trochę podpaść bo czuję się przy tobie grubo... -jęknął teatralnie dźgając się w brzuch.
No... zapowiada się na bardzo urozmaicony pobyt w tym burdelu.
A co do holu... nie umiem opisywać... ale wiecie o co mi chodzi... prawda? ^^"
Coś w ten deseń... no, tylko bez tych ozdobnych kuć na barierkach.....
Oj, wiecie o co chodzi <3
Blog o tematyce yaoi, czyli miłości między dwoma mężczyznami. Wszystkich zniesmaczonych i zdegustowanych proszę o opuszczenie tej strony i nie tracenie czasu na zostawianie złośliwych uwag. (Blog może zawierać opisy scen gwałtów, znęcań się, itd) +18
środa, 29 października 2014
piątek, 24 października 2014
Rozdział 20 - Stracony
Jestem zbyt rozbita by pisać o miłosnych uniesieniach. Dlatego Eric pojawi się dopiero w późniejszych rozdziałach, tak, TAK! Będzie jeszcze!
Przepraszam, nie tego się spodziewaliście.
Dwa miesiące później
-Jesteś tego pewien?
-Daj już spokój, nie zmienię zdania.
-...na pewno?
-Cholera, przestań już, Cole! -burknąłem otwierając drzwi.
Wprowadziłem mężczyznę do pokoju, w którym sypiał Yuuki i gestem wskazałem mu by zamknął za sobą drzwi.
Kiedy blondynek zorientował się, że weszliśmy do pokoju momentalnie, jak robot, padł na kolana i pochylił głowę w dół. Oczywiście jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Hm, może poza obojętnością.
-Widzisz? -zwróciłem się do Cole'a wskazując ręką na automatycznie zachowanie chłopaka. -O tym właśnie mówiłem.
Ten tylko westchnął i pokręcił z dezaprobatą głową.
-Sam do tego doprowadziłeś -spojrzał na Yuukiego. -Nie rozumiem cię Hartlieb, przecież zawsze tak jest.
Cóż, z tym się zgodzę. Zawsze jest moment, w którym mój niewolnik zachowuję się idealnie tak jak ja chcę. Gdzie zabawa z tresury skoro jej wcale nie ma?
Chociaż przyznam, że pierwszy raz spotkałem się z czymś takim, że kiedy dzieciak długo się opiera i zamiast stopniowo przyswajać się do swojego położenia i akceptować powoli wszystkie narzucane przeze mnie rzeczy, nagle z dnia na dzień staje się on idealnym niewolnikiem,
Już od dłuższego czasu nie słyszałem wychodzących z jego ust zbędnych słów czy żadnych oznak protestu. Ewentualnie, kiedy zabawiałem się z nim mocniej czasem krzyknął, popłakał... ale po fakcie zawsze przepraszał i prosił o karę.
Cholera, sam się wytresował czy co?
-Hartlieb... -zagaił chicho Cole.
Kiedy spojrzałem w jego stronę ten nieśmiało przyglądał się chłopakowi.
-Możemy wyjść na moment?
-O co chodzi? -skrzyżowałem ręce na piersi.
Niech się przecież nie przejmuje blondynkiem.
-Proszę cię. -spojrzał znacząco w stronę Yuukiego.
Uch!
Wyszedłem przed nim z pokoju i z cierpiętniczą miną, jakbym robił mu wielką łaskę trzasnąłem za nim drzwiami.
-No więc? -przestąpiłem z nogi na nogę w oznace zniecierpliwienia.
-Nie będę owijał... nie takich chłopców potrzebuję, on jest w złym stanie.. i nie mówię tu tylko o tych wszystkich bliznach i śladach. On prawie nie posiada emocji, jest nijaki,
-Przecież o to chodzi. Ma być posłuszny. -burknąłem.
-Rany... -podrapał się po brodzie i uciekł spojrzeniem gdzieś w bok. -Nie do końca. Owszem, mają mnie słuchać, ale każdy z chłopaków charakteryzuję się czymś, co wybierają sobie klienci, nietypowa uroda, wybredny i zadziorny charakterek... Moi klienci płacą za człowieka, z emocjami a nie za wypraną lalkę. Rozumiesz mnie?
-Bierzesz go czy nie?
-Boże... -westchnął ciężko i wzniósł oczy ku górze. -Czy ty mnie w ogóle słuchałeś?
-Nie.
-Hartlieb...
-Więc?
-Niech ci będzie.
* * *
Bardzo przewidywalne. To było kwestią czasu aż ten stetryczały psychol się mną znudzi. A więc nowy właściciel, tak? Jeszcze trochę i wyrobią mi kartę, albo raczej książeczkę, w której będzie wpisywany każdy kolejny bo się nie połapią. Coś w stylu paszportu... Można by nawet rzecz, że to swoistego rodzaju podróże, od łóżka do łóżka.
Jak się z tym czuję? Po prostu mi to zwisa. W dodatku powiewa.
Mam rozpaczać, że kolejny palant próbuje się mnie pozbyć? Powinienem się cieszyć. Gdziekolwiek trafię dalej nie może być gorzej, niż u tego czuba. W sumie, to odczuwam nawet ulgę. Po prostu czuję, że będzie mi łatwiej. Po takim doświadczeniu jakie zdobyłem tutaj nic mnie nie zaskoczy.
Zresztą... nawet mnie znudziło się obserwować jak ten pomyleniec wysiada z frustracji nade mną. Aż mnie to w duchu bawiło. Zbyt dobrze mnie wytresował? A to pech...
Siedziałem właśnie na łóżku starając się usunąć pozostałości po (jak to nazwał ten imbecyl) "pożegnalnym ruchanku". Wycierając w stary koc, którego i tak już nie będę musiał używać, resztki jego spermy wyczekiwałem na otwarcie drzwi. Miał tam w nich stanąć niedługo gość, który mnie zabierze z tego cholernego miejsca. Był to niejaki Jonny Cole, średniego wzrostu mężczyzna zdrowo po czterdziestce. Co prawda na jego czole coraz bardziej postępowały zakola w kasztanowych włosach, ale były one jedyną oznaką starzenia się na jego ciele.
W każdym bądź razie wydawał się z wyglądu na o wiele sympatyczniejszego człowieka niż ten psychicznie uszkodzony na umyśle dupek. Co prawda nie kręci mnie myśl o oddawaniu się kolejnemu facetowi ale na moje szczęście zdążyłem już do tego nawyknąć. To co mi karzą zrobię, dla własnego, cholernego dobra.
Wstrzymałem nagle oddech kiedy drzwi uchyliły się i w progu stanęła dwójka mężczyzn.
-Wynoś się. -kiwnął mi głową już nie mój właściciel na co ochoczo zareagowałem podnosząc się szybko z łóżka.
-Em, Hartlieb?
-Czego chcesz jeszcze, Cole? Zabieraj go i znikajcie mi z oczu.
Drugi mężczyzna jak zwykle zignorował jego chamską zaczepkę.
-Nie mógłbyś dać mu jakichś... -widząc bazyliszkowe spojrzenie drugiego wzniósł oczy ku górze. -Na miłość boską, jest październik! Chociaż daj mu jakąś bieliznę!
-Mam gdzieś czy zmarznie mu tyłek, opuśćcie mój dom jak najszybciej bo tracę cierpliwość. -fuknął mierząc mnie groźnie spojrzeniem.
-Jak zwykle serdeczny dla ludzi. -pokręcił karcąco głową mój nowy właściciel i wyciągnął dłoń w moim kierunku. -Chodź.
Przez krótki moment analizowałem ten gest. Czego on chce? Mam się wypiąć?
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że wyciągnięta dłoń miała być zwykłym, pomocnym ruchem skierowany do mnie. Hm, trochę odzwyczaiłem się od ludzkich odruchów...
Podszedłem do drzwi i mijając Hartlieba szerokim łukiem wystrzeliłem przez próg w duchu cały rozradowany, że nie będę musiał dłużej oglądać tego pokoju. Nowy właściciel położył mi rękę na ramieniu i szybkimi krokami zaczął kierować się do wyjścia.
-Do zobaczenia. -machnął na pożegnanie gospodarzowi wychodząc z ciemnych pomieszczeń do jaśniejszej kondygnacji domu tam, gdzie znajdowały się moje wymarzone wrota wolności.
Kiedy otworzył drzwi momentalnie uderzył mnie zimny wiatr. Ku mojemu zdziwieniu mężczyzna zaczął ściągać z siebie płaszcz i owinął nim moje ramiona.
E? Co on wyprawia?
Widząc moją minę zmarszczył brwi i nic nie mówiąc poprowadził mnie w kierunku jakiegoś czarnego sedana. Moje zdziwienie sięgnęło zenitu kiedy sam otworzył dla mnie drzwi pasażera obok kierowcy. Dooobra...
Posłusznie zajęłam swoje miejsce i w napięciu obserwowałem jak okrąża samochód by zasiąść za kierownicą. Kiedy już to zrobił wzdrygnąłem się lekko gdy mocno trzasnął drzwiami.
-Przepraszam. -rzucił wychylając się do tyłu by sięgnąć coś z tylnego siedzenia.
Po chwili kładł na moich kolanach ubrania. Zwykłe ubrania. Żadnego lateksu czy koronki. Pospolite jeansy i biały T-shirt, do tego bielizna i czarne trampki.
-Mogą być trochę duże na ciebie, ale i tak lepsze to niż kręcenie się z gołym tyłkiem na takim wietrze. -uśmiechnął się odwracając w moją stronę i zmarszczył brwi widząc konsternację na mojej twarzy.
Westchnął ciężko i kręcąc głową odpalił silnik po czym nieco gwałtownie ruszył z podjazdu. Przymknąłem oczy nie chcąc patrzeć na oddalające się miejsce, w którym spędziłem chyba najgorsze miesiące w swoim życiu.
-Zacznij się ubierać. -wskazał mi dłonią ubrania. -Wybacz, niestety nie mam kurtki, nie pomyślałem o niej.
Kiwnąłem tylko lekko głową i chwytając białe bokserki zacząłem je w wsuwać na siebie.
Mężczyzna westchnął ponownie i spojrzał na mnie z wyrzutem.
-Wyjaśnijmy sobie coś Yuuki. Niestety ja wymagam samodzielnego mówienia. Większość rzeczy, które wpoił ci Hartlieb, Bóg wie jakimi metodami, możesz wymazać. U mnie one nie obowiązują. Rozumiesz to?
-Tak, panie. -potakująco machnąłem głową.
-O nie, tylko nie to. Żadnych tytułów własnościowych. Możesz mi mówić Jonny. Nie krzyw się tak. -rzucił widząc moją minę. -Ja ci mówię po imieniu, więc ty też. Ok?
-Ok... -mruknąłem siłując się z guzikiem w jeansach.
-I żeby było jasne, to że się spoufalam z tobą nie oznacza, że będziesz żyć w kompletniej anarchii i samowolce. Wymagam szacunku, kultury i posłuszeństwa, nie wylizywania miski. Poza tym pamiętaj, masz być człowiekiem a nie psem. Zrozumiano?
-Tak. - wciągnąłem przez głowę bluzkę i spojrzałem na niego.
Trochę... trochę nie pojmuję swojej sytuacji. To nie będzie tak dobrze jak się zapowiada. Coś mi tu śmierdzi. Zbyt normalny jest ten mężczyzna. A w tym wszystkim siedzą tylko wariaci.
-Będąc u Hartlieba nie zastanawiałeś się może czasami nad swoją przyszłością?
He? Co to w ogóle jest za pytanie? Jak będzie wyglądać moja przyszłość? Ha ha, dobre sobie. Na tę chwilę, jak i najbliższe inne nie jestem w stanie myśleć o czymś tak nieistotnym i odległym.
-Nie.
-Dobra, może zbyt mocne pytanie... To w takim razie, jaki jest twój ulubiony kolor?
Spojrzałem na T-shirt który mi dał i od razu wyparowałem "biały". Ten tylko zmarszczył znowu brwi.
-Szczęśliwa liczba?
-69.
-Ulubiona potrawa?
-Zjem wszystko co mi dasz.
-Jezu, Yuuki! -chyba go trochę wyprowadziłem z równowagi. -Widzę że wymagasz ucywilizowania. -burknął ale zaraz jego twarz rozweseliła się. -Na szczęście reszta w domu będzie bardziej skora do pomocy i powinieneś szybciej się... ustatkować?
Moment, jaka reszta? Reszta ludzi?
-To... to są inni? -wyraźnie zaskoczyłem go swoim pytaniem.
-Więc ty o niczym nie masz pojęcia? -tym razem jego brwi zamiast w dół powędrowały w górę. -To nawet i lepiej.
-O co chodzi? -naciskałem by mi powiedział. Skoro mam z nim rozmawiać to proszę, niech mi odpowiada na pytania!
-Opowiem ci o wszystkim na miejscu. -zerknął na zegarek. -Jak się pospieszymy to zdążysz na obiad.
-Ja..? Ty nie będziesz jadł?
-Raczej nie jadam z reszta. -posłał mi pocieszający uśmiech.
A on znowu o tej ""reszcie"!
-Dlaczego? -teraz to ja marszczyłem brwi.
-Wszystko w swoim czasie Yuuki.
Odbija mi
;p
Przepraszam, nie tego się spodziewaliście.
Dwa miesiące później
-Jesteś tego pewien?
-Daj już spokój, nie zmienię zdania.
-...na pewno?
-Cholera, przestań już, Cole! -burknąłem otwierając drzwi.
Wprowadziłem mężczyznę do pokoju, w którym sypiał Yuuki i gestem wskazałem mu by zamknął za sobą drzwi.
Kiedy blondynek zorientował się, że weszliśmy do pokoju momentalnie, jak robot, padł na kolana i pochylił głowę w dół. Oczywiście jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Hm, może poza obojętnością.
-Widzisz? -zwróciłem się do Cole'a wskazując ręką na automatycznie zachowanie chłopaka. -O tym właśnie mówiłem.
Ten tylko westchnął i pokręcił z dezaprobatą głową.
-Sam do tego doprowadziłeś -spojrzał na Yuukiego. -Nie rozumiem cię Hartlieb, przecież zawsze tak jest.
Cóż, z tym się zgodzę. Zawsze jest moment, w którym mój niewolnik zachowuję się idealnie tak jak ja chcę. Gdzie zabawa z tresury skoro jej wcale nie ma?
Chociaż przyznam, że pierwszy raz spotkałem się z czymś takim, że kiedy dzieciak długo się opiera i zamiast stopniowo przyswajać się do swojego położenia i akceptować powoli wszystkie narzucane przeze mnie rzeczy, nagle z dnia na dzień staje się on idealnym niewolnikiem,
Już od dłuższego czasu nie słyszałem wychodzących z jego ust zbędnych słów czy żadnych oznak protestu. Ewentualnie, kiedy zabawiałem się z nim mocniej czasem krzyknął, popłakał... ale po fakcie zawsze przepraszał i prosił o karę.
Cholera, sam się wytresował czy co?
-Hartlieb... -zagaił chicho Cole.
Kiedy spojrzałem w jego stronę ten nieśmiało przyglądał się chłopakowi.
-Możemy wyjść na moment?
-O co chodzi? -skrzyżowałem ręce na piersi.
Niech się przecież nie przejmuje blondynkiem.
-Proszę cię. -spojrzał znacząco w stronę Yuukiego.
Uch!
Wyszedłem przed nim z pokoju i z cierpiętniczą miną, jakbym robił mu wielką łaskę trzasnąłem za nim drzwiami.
-No więc? -przestąpiłem z nogi na nogę w oznace zniecierpliwienia.
-Nie będę owijał... nie takich chłopców potrzebuję, on jest w złym stanie.. i nie mówię tu tylko o tych wszystkich bliznach i śladach. On prawie nie posiada emocji, jest nijaki,
-Przecież o to chodzi. Ma być posłuszny. -burknąłem.
-Rany... -podrapał się po brodzie i uciekł spojrzeniem gdzieś w bok. -Nie do końca. Owszem, mają mnie słuchać, ale każdy z chłopaków charakteryzuję się czymś, co wybierają sobie klienci, nietypowa uroda, wybredny i zadziorny charakterek... Moi klienci płacą za człowieka, z emocjami a nie za wypraną lalkę. Rozumiesz mnie?
-Bierzesz go czy nie?
-Boże... -westchnął ciężko i wzniósł oczy ku górze. -Czy ty mnie w ogóle słuchałeś?
-Nie.
-Hartlieb...
-Więc?
-Niech ci będzie.
* * *
Bardzo przewidywalne. To było kwestią czasu aż ten stetryczały psychol się mną znudzi. A więc nowy właściciel, tak? Jeszcze trochę i wyrobią mi kartę, albo raczej książeczkę, w której będzie wpisywany każdy kolejny bo się nie połapią. Coś w stylu paszportu... Można by nawet rzecz, że to swoistego rodzaju podróże, od łóżka do łóżka.
Jak się z tym czuję? Po prostu mi to zwisa. W dodatku powiewa.
Mam rozpaczać, że kolejny palant próbuje się mnie pozbyć? Powinienem się cieszyć. Gdziekolwiek trafię dalej nie może być gorzej, niż u tego czuba. W sumie, to odczuwam nawet ulgę. Po prostu czuję, że będzie mi łatwiej. Po takim doświadczeniu jakie zdobyłem tutaj nic mnie nie zaskoczy.
Zresztą... nawet mnie znudziło się obserwować jak ten pomyleniec wysiada z frustracji nade mną. Aż mnie to w duchu bawiło. Zbyt dobrze mnie wytresował? A to pech...
Siedziałem właśnie na łóżku starając się usunąć pozostałości po (jak to nazwał ten imbecyl) "pożegnalnym ruchanku". Wycierając w stary koc, którego i tak już nie będę musiał używać, resztki jego spermy wyczekiwałem na otwarcie drzwi. Miał tam w nich stanąć niedługo gość, który mnie zabierze z tego cholernego miejsca. Był to niejaki Jonny Cole, średniego wzrostu mężczyzna zdrowo po czterdziestce. Co prawda na jego czole coraz bardziej postępowały zakola w kasztanowych włosach, ale były one jedyną oznaką starzenia się na jego ciele.
W każdym bądź razie wydawał się z wyglądu na o wiele sympatyczniejszego człowieka niż ten psychicznie uszkodzony na umyśle dupek. Co prawda nie kręci mnie myśl o oddawaniu się kolejnemu facetowi ale na moje szczęście zdążyłem już do tego nawyknąć. To co mi karzą zrobię, dla własnego, cholernego dobra.
Wstrzymałem nagle oddech kiedy drzwi uchyliły się i w progu stanęła dwójka mężczyzn.
-Wynoś się. -kiwnął mi głową już nie mój właściciel na co ochoczo zareagowałem podnosząc się szybko z łóżka.
-Em, Hartlieb?
-Czego chcesz jeszcze, Cole? Zabieraj go i znikajcie mi z oczu.
Drugi mężczyzna jak zwykle zignorował jego chamską zaczepkę.
-Nie mógłbyś dać mu jakichś... -widząc bazyliszkowe spojrzenie drugiego wzniósł oczy ku górze. -Na miłość boską, jest październik! Chociaż daj mu jakąś bieliznę!
-Mam gdzieś czy zmarznie mu tyłek, opuśćcie mój dom jak najszybciej bo tracę cierpliwość. -fuknął mierząc mnie groźnie spojrzeniem.
-Jak zwykle serdeczny dla ludzi. -pokręcił karcąco głową mój nowy właściciel i wyciągnął dłoń w moim kierunku. -Chodź.
Przez krótki moment analizowałem ten gest. Czego on chce? Mam się wypiąć?
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że wyciągnięta dłoń miała być zwykłym, pomocnym ruchem skierowany do mnie. Hm, trochę odzwyczaiłem się od ludzkich odruchów...
Podszedłem do drzwi i mijając Hartlieba szerokim łukiem wystrzeliłem przez próg w duchu cały rozradowany, że nie będę musiał dłużej oglądać tego pokoju. Nowy właściciel położył mi rękę na ramieniu i szybkimi krokami zaczął kierować się do wyjścia.
-Do zobaczenia. -machnął na pożegnanie gospodarzowi wychodząc z ciemnych pomieszczeń do jaśniejszej kondygnacji domu tam, gdzie znajdowały się moje wymarzone wrota wolności.
Kiedy otworzył drzwi momentalnie uderzył mnie zimny wiatr. Ku mojemu zdziwieniu mężczyzna zaczął ściągać z siebie płaszcz i owinął nim moje ramiona.
E? Co on wyprawia?
Widząc moją minę zmarszczył brwi i nic nie mówiąc poprowadził mnie w kierunku jakiegoś czarnego sedana. Moje zdziwienie sięgnęło zenitu kiedy sam otworzył dla mnie drzwi pasażera obok kierowcy. Dooobra...
Posłusznie zajęłam swoje miejsce i w napięciu obserwowałem jak okrąża samochód by zasiąść za kierownicą. Kiedy już to zrobił wzdrygnąłem się lekko gdy mocno trzasnął drzwiami.
-Przepraszam. -rzucił wychylając się do tyłu by sięgnąć coś z tylnego siedzenia.
Po chwili kładł na moich kolanach ubrania. Zwykłe ubrania. Żadnego lateksu czy koronki. Pospolite jeansy i biały T-shirt, do tego bielizna i czarne trampki.
-Mogą być trochę duże na ciebie, ale i tak lepsze to niż kręcenie się z gołym tyłkiem na takim wietrze. -uśmiechnął się odwracając w moją stronę i zmarszczył brwi widząc konsternację na mojej twarzy.
Westchnął ciężko i kręcąc głową odpalił silnik po czym nieco gwałtownie ruszył z podjazdu. Przymknąłem oczy nie chcąc patrzeć na oddalające się miejsce, w którym spędziłem chyba najgorsze miesiące w swoim życiu.
-Zacznij się ubierać. -wskazał mi dłonią ubrania. -Wybacz, niestety nie mam kurtki, nie pomyślałem o niej.
Kiwnąłem tylko lekko głową i chwytając białe bokserki zacząłem je w wsuwać na siebie.
Mężczyzna westchnął ponownie i spojrzał na mnie z wyrzutem.
-Wyjaśnijmy sobie coś Yuuki. Niestety ja wymagam samodzielnego mówienia. Większość rzeczy, które wpoił ci Hartlieb, Bóg wie jakimi metodami, możesz wymazać. U mnie one nie obowiązują. Rozumiesz to?
-Tak, panie. -potakująco machnąłem głową.
-O nie, tylko nie to. Żadnych tytułów własnościowych. Możesz mi mówić Jonny. Nie krzyw się tak. -rzucił widząc moją minę. -Ja ci mówię po imieniu, więc ty też. Ok?
-Ok... -mruknąłem siłując się z guzikiem w jeansach.
-I żeby było jasne, to że się spoufalam z tobą nie oznacza, że będziesz żyć w kompletniej anarchii i samowolce. Wymagam szacunku, kultury i posłuszeństwa, nie wylizywania miski. Poza tym pamiętaj, masz być człowiekiem a nie psem. Zrozumiano?
-Tak. - wciągnąłem przez głowę bluzkę i spojrzałem na niego.
Trochę... trochę nie pojmuję swojej sytuacji. To nie będzie tak dobrze jak się zapowiada. Coś mi tu śmierdzi. Zbyt normalny jest ten mężczyzna. A w tym wszystkim siedzą tylko wariaci.
-Będąc u Hartlieba nie zastanawiałeś się może czasami nad swoją przyszłością?
He? Co to w ogóle jest za pytanie? Jak będzie wyglądać moja przyszłość? Ha ha, dobre sobie. Na tę chwilę, jak i najbliższe inne nie jestem w stanie myśleć o czymś tak nieistotnym i odległym.
-Nie.
-Dobra, może zbyt mocne pytanie... To w takim razie, jaki jest twój ulubiony kolor?
Spojrzałem na T-shirt który mi dał i od razu wyparowałem "biały". Ten tylko zmarszczył znowu brwi.
-Szczęśliwa liczba?
-69.
-Ulubiona potrawa?
-Zjem wszystko co mi dasz.
-Jezu, Yuuki! -chyba go trochę wyprowadziłem z równowagi. -Widzę że wymagasz ucywilizowania. -burknął ale zaraz jego twarz rozweseliła się. -Na szczęście reszta w domu będzie bardziej skora do pomocy i powinieneś szybciej się... ustatkować?
Moment, jaka reszta? Reszta ludzi?
-To... to są inni? -wyraźnie zaskoczyłem go swoim pytaniem.
-Więc ty o niczym nie masz pojęcia? -tym razem jego brwi zamiast w dół powędrowały w górę. -To nawet i lepiej.
-O co chodzi? -naciskałem by mi powiedział. Skoro mam z nim rozmawiać to proszę, niech mi odpowiada na pytania!
-Opowiem ci o wszystkim na miejscu. -zerknął na zegarek. -Jak się pospieszymy to zdążysz na obiad.
-Ja..? Ty nie będziesz jadł?
-Raczej nie jadam z reszta. -posłał mi pocieszający uśmiech.
A on znowu o tej ""reszcie"!
-Dlaczego? -teraz to ja marszczyłem brwi.
-Wszystko w swoim czasie Yuuki.
Odbija mi
;p
niedziela, 31 sierpnia 2014
Rozdział 19 - Stracony
Wybaczcie, straciłam gdzieś tydzień życia. Deprawuje innych.
Macie tu coś na osłodę nadciągającej grozy września.
O, nie muszę chyba mówić, że nie sprawdzałam tych wypocin?
Kiedy wszedłem cicho do pomieszczenia chłopak jeszcze sobie smacznie spał. Taki rozkoszny, taki beztroski... Bez szacunku do mojej łaskawości. On sobie nawet sprawy nie zdaje jak bardzo lituję się nad nim. Szczeniak. Nadaje się tylko na dziwkę. Nic innego.
Macie tu coś na osłodę nadciągającej grozy września.
O, nie muszę chyba mówić, że nie sprawdzałam tych wypocin?
Kiedy wszedłem cicho do pomieszczenia chłopak jeszcze sobie smacznie spał. Taki rozkoszny, taki beztroski... Bez szacunku do mojej łaskawości. On sobie nawet sprawy nie zdaje jak bardzo lituję się nad nim. Szczeniak. Nadaje się tylko na dziwkę. Nic innego.
Że
niby zniszczyłem w nim to „coś”? Tym czymś był jego ciasny
tyłek! Dobre sobie! To „coś”! Cole myśli, że wszystkich na
aukcji oczarował swoją rozchwianą osobowością, naiwniak. Wszyscy
ślinili się na jego dziewiczy tyłek oprawiony uroczą twarzyczką!
Pff, to komiczne.
A
teraz bachor należy do mnie... tylko do mnie. Skoro doktorek
twierdzi, że nic mu nie jest i można go dalej posuwać...
Koniec
z tą litością nad nim. Niech w końcu otworzą mu się oczy,
zapamięta sobie, że póki jest mój, wszystko, łącznie z jego
sposobem myślenia należy do mnie.
Cóż...
czas go obudzić. Dam mu jedną szansę.
-Wstawaj.
-rzuciłem na tyle głośno, że powinien się obudzić.
Ten
ku mojej uciesze zmarszczył tylko lekko brwi i przekręcił głowę
w drugą stronę.
Sam
tego chciał.
Podszedłem
do szafy znajdującej się pod ścianą i dobyłem z niej mój
ulubiony bicz. Czarny, z moimi złotymi inicjałami na rękojeści.
Chociaż nieco już zużyty, nadal go uwielbiam. To dopiero będzie
pobudka...
Stanąłem
nad chłopakiem i ściągnąłem szybkim szarpnięciem z niego koc,
którym był okryty. Oczywiście bez zbędnego uprzedzenie
wymierzyłem pierwszy cios w tułów. Dostał w brzuch. Wybudził się
nagle z krzykiem i w szoku skulił się łapiąc rękami za brzuch.
-Wstawaj
psie powiedziałem!
Kiedy
jego zdezorientowany wzrok natrafił na bicz trzymany w mojej ręce
bez zbędnego gadania zsunął się z łóżka i rzucił na kolana
pochylając głowę.
-Przepraszam
panie. -wydukał roztrzęsionym głosem.
Taaak...
niech się mnie boi!
Mam
ochotę na małe podręczenie go przed zabawą...
-Jesteś
głodny?
Och,
widzę, że waha się przed odpowiedzią. Niech więc myśli co mnie
zadowoli.
-Tak
panie. -odpowiedział nie podnosząc głowy.
Hmm,
punkt za szczerość dla szczeniaka.
-Jak
będziesz grzeczny, to cię nakarmię. Zrozumiałeś?
-Tak
panie. -w jego głosie usłyszałem rozczarowanie.
Czyżby
był bardzo głodny? Co mnie to obchodzi! Gdyby od samego początku
zachowywał się jak ja chcę, nie głodowałby! Sam sobie
zaszkodził.
Na
potwierdzenie swoich myśli smagnąłem go w plecy batem. Wkurzał
mnie wtedy, oj i to bardzo.
Jęknął
tylko cicho pod moim uderzeniem.
Prawidłowo.
Niech się gówniarz nie stawia.
-Ustalmy
zasady dzisiejszej zabawy -mówiąc to obserwowałem jak chłopak ze
strachu przełyka ciężko ślinę. -Jeśli choć raz mi się
sprzeciwisz, twoje zawahanie będzie zbyt długie bądź jak
postanowię, że twoje zachowanie jest złe -zmroziłem go wzrokiem
-Wylądujesz w moim pokoju uciech na twoim ulubionym stole. A uwierz,
będzie to o wiele gorsze niż do tej pory. Rozumiesz to?
-Tak
panie. -odpowiedział pospiesznie pochylając jeszcze mocniej głowę.
-Znakomicie. -syknąłem pochylając się nad nim.
Złapałem go za podbródek i uniosłem szarpnięciem jego głowę, po czym wpiłem się zaborczo w te jego brzoskwiniowe wargi, które tylko czekają by je przygryźć.
-Na łóżko. -rzuciłem po czym wyszedłem z pokoju wchodząc do pomieszczenia, którego boi się chłopak.
Za to ja uwielbiam... zwłaszcza gdy na stole leży jakiś młody, zakrwawiony chłopak.
Podszedłem do półek zawieszonych nad blatem i zdjąłem z nich czarną linię i dwa dilda. Zabawmy się.
Jeśli wejdę do pokoju i okaże się, że Yuuki jeszcze się nie ulokował na łóżku, oj... od razu przeniesiemy się tutaj.
Z niemałym rozczarowaniem, kiedy przeszedłem przez drzwi zobaczyłem, że szczeniak siedzi tam gdzie mu kazałem. Hmm, nie szkodzi. I tak go jakoś później sprowokuję...
Wraz z batem odłożyłem na rogu łóżka przyniesione rzeczy i wyciągnąłem z szafki lubrykant. Cóż, na sucho nie ma sensu. Chcę się nim pobawić, a nie od razu rozerwać.
Więc, najpierw rączki...
Popchnąłem go tak by położył się na brzuchu i wykręciłem mu ręce do tyłu. Złączyłem razem jego przedramiona i skrępowałem je liną pozostawiając jeszcze spory jej kawał. To nie koniec obezwładniania szczeniaka...
Zepchnąłem go z łóżka i usiadłem wygodnie na brzegu łóżka.
-Na kolana. -z trudem wykonał moje polecenie, ze względu na związane ręce, ale dość szybko przyjął stabilną pozycję.
Świetnie...
-Chyba nie muszę ci wyjaśniać co masz teraz zrobić...
Blondynek zrobił minę jakby naprawdę nie miał zielonego pojęcia o czym mówię.
Złapałem go za włosy i przyciągnąłem do swojego krocza.
-Wypada się chociaż domyślić psie.
Poruszył lekko skrepowanymi ramionami na co uśmiechnąłem się do niego niemal z rozczuleniem. Czyżby zastanawiał się jak ma to zrobić bez rąk? Głupek...
-Zamek ząbkami kochanie.... -zamruczałem mu do ucha puszczając jego włosy i dając mu znikomą swobodę ruchu.
Chłopak wziął głęboko oddech i przysunął się do mnie bardziej. I o to chodziło... zero oporu.
Z początku widziałem jak próbuje się przemoc by zacząć rozpinać mój rozporek.
-Pospiesz się... chyba, że chcesz bym załatwił to inaczej? -zagroziłem marszcząc brwi.
Pokręcił gwałtownie głową i złapał zamek ciągnąć go energicznie w dół.
-Ej, ej, spokojnie! Chcesz mi zjeść spodnie czy co?!
-Przepraszam panie... -spuścił ze skruchą głowę. Jezu, niech się w końcu streści!
Tym razem delikatnej zaczął ciągnąć za zamek, który litując się nad blondynkiem w końcu postanowił ustąpić. Widzą po tym minę chłopaka, który rozmyślał co dalej ma zrobić ze zniecierpliwieniem sam opuściłem spodnie z bioder wraz z bielizną. Prędzej bym tu osiwiał, niż on skutecznie zrobiłby coś w tym kierunku.
-Teraz nie ma "zlituj się"... -warknąłem ostrzegawczo do Yuukiego, któremu zaszkliły się oczy.
I po co on się ciągle chce sprzeciwiać? Tylko sobie tym krzywdę robi. Nie żeby mi to jakoś specjalnie przeszkadzało...
Nagle ku mojemu małemu zaskoczeniu chłopak niemalże przyssał się do mojego penisa. Ou... toć ci niespodzianka...
-Zacznij od języka.
Kiwnął tylko przytakująco głową i zaczął powoli lizać główkę. Kiedy jego język zaczął wodzić po całej długości przymknąłem lekko oczy z budzącej się przyjemności.
O tak... te małe usteczka... zerżnąłbym go porządnie w nie. I nie tylko w nie...
Po chwili chłopak znowu zaczął przysysać się do mnie oblizałem usta z zadowolenia.
-Głębiej Yuuki. -spojrzał na mnie niepewnie po czym próbując wykonać moje polecenie powoli zaczął wsuwać moją dumną męskość coraz głębiej.
W sumie, to się robi nudne...
Złapałem go znowu mocno za włosy i wbiłem się w niego mocno przytrzymując przez chwilę. Kiedy coraz mocniej zaczął się szamotać wypuściłem go na moment by zaczerpnął powietrza. Gdy już to zrobił ponownie wsunąłem się głęboko w jego usta z pomrukiem aprobaty. Oj, najwyżej trochę się zachłyśnie.
Nie puszczając już blondyna ani na chwilę zacząłem posuwać w miarowym tempie te jego słodkie usteczka. Przynajmniej oprócz idiotycznego gadania, do czegoś jeszcze się nadają.
Boże, jak w nich przyjemnie... Po chwili wbijając się w nie mocno odchylając głowę do tyłu doszedłem w nim zalewając jego gardło spermą. Gdy wysunąłem się z niego momentalnie zakryłem jego usta ręką.
-Masz wszystko połknąć. -warknąłem zaciskając mocno dłoń na jego włosach.
Targany nadchodzącymi torsjami przełknął po chwili całe nasienie i dopiero wtedy z czystym sumieniem puściłem jego jasne kłaki.
Przewrócił się w bok na podłogę i swoim kaszlem zaczął zawstydzać nawet gruźlicę.
Na ten widok wywróciłem oczami. Bez przesady...
Wsunąłem z powrotem swoje spodnie i zapiąłem je. Wstając złapałem chłopaka za ramiona i podniosłem go kładąc na plecach na łóżku.
Nie zważając na jego załzawione oczy i bolejącą minę złapałem część niewykorzystanej liny i usiadłem obok chłopaka na łóżku. Posadziłem go w pozycji pół leżącej opierając go o ramę łóżka i przeplotłem linę przez metalowy pręt, z którego zrobiona była rama. Dobrze... teraz ma unieruchomione rączki za sobą. Chwyciłem resztę liny i z drapieżnym uśmieszkiem pochyliłem się nad chłopakiem przyciskając swoje usta do jego.
Zabawmy się.
Tak, tak, wiem. Mogę się szykować do trumny. Zważywszy na to, iż dzisiaj potłukłam lustro... może się zdarzyć, iż któreś z Was odwiedzi mnie w nocy z siekierą.
-Znakomicie. -syknąłem pochylając się nad nim.
Złapałem go za podbródek i uniosłem szarpnięciem jego głowę, po czym wpiłem się zaborczo w te jego brzoskwiniowe wargi, które tylko czekają by je przygryźć.
-Na łóżko. -rzuciłem po czym wyszedłem z pokoju wchodząc do pomieszczenia, którego boi się chłopak.
Za to ja uwielbiam... zwłaszcza gdy na stole leży jakiś młody, zakrwawiony chłopak.
Podszedłem do półek zawieszonych nad blatem i zdjąłem z nich czarną linię i dwa dilda. Zabawmy się.
Jeśli wejdę do pokoju i okaże się, że Yuuki jeszcze się nie ulokował na łóżku, oj... od razu przeniesiemy się tutaj.
Z niemałym rozczarowaniem, kiedy przeszedłem przez drzwi zobaczyłem, że szczeniak siedzi tam gdzie mu kazałem. Hmm, nie szkodzi. I tak go jakoś później sprowokuję...
Wraz z batem odłożyłem na rogu łóżka przyniesione rzeczy i wyciągnąłem z szafki lubrykant. Cóż, na sucho nie ma sensu. Chcę się nim pobawić, a nie od razu rozerwać.
Więc, najpierw rączki...
Popchnąłem go tak by położył się na brzuchu i wykręciłem mu ręce do tyłu. Złączyłem razem jego przedramiona i skrępowałem je liną pozostawiając jeszcze spory jej kawał. To nie koniec obezwładniania szczeniaka...
Zepchnąłem go z łóżka i usiadłem wygodnie na brzegu łóżka.
-Na kolana. -z trudem wykonał moje polecenie, ze względu na związane ręce, ale dość szybko przyjął stabilną pozycję.
Świetnie...
-Chyba nie muszę ci wyjaśniać co masz teraz zrobić...
Blondynek zrobił minę jakby naprawdę nie miał zielonego pojęcia o czym mówię.
Złapałem go za włosy i przyciągnąłem do swojego krocza.
-Wypada się chociaż domyślić psie.
Poruszył lekko skrepowanymi ramionami na co uśmiechnąłem się do niego niemal z rozczuleniem. Czyżby zastanawiał się jak ma to zrobić bez rąk? Głupek...
-Zamek ząbkami kochanie.... -zamruczałem mu do ucha puszczając jego włosy i dając mu znikomą swobodę ruchu.
Chłopak wziął głęboko oddech i przysunął się do mnie bardziej. I o to chodziło... zero oporu.
Z początku widziałem jak próbuje się przemoc by zacząć rozpinać mój rozporek.
-Pospiesz się... chyba, że chcesz bym załatwił to inaczej? -zagroziłem marszcząc brwi.
Pokręcił gwałtownie głową i złapał zamek ciągnąć go energicznie w dół.
-Ej, ej, spokojnie! Chcesz mi zjeść spodnie czy co?!
-Przepraszam panie... -spuścił ze skruchą głowę. Jezu, niech się w końcu streści!
Tym razem delikatnej zaczął ciągnąć za zamek, który litując się nad blondynkiem w końcu postanowił ustąpić. Widzą po tym minę chłopaka, który rozmyślał co dalej ma zrobić ze zniecierpliwieniem sam opuściłem spodnie z bioder wraz z bielizną. Prędzej bym tu osiwiał, niż on skutecznie zrobiłby coś w tym kierunku.
-Teraz nie ma "zlituj się"... -warknąłem ostrzegawczo do Yuukiego, któremu zaszkliły się oczy.
I po co on się ciągle chce sprzeciwiać? Tylko sobie tym krzywdę robi. Nie żeby mi to jakoś specjalnie przeszkadzało...
Nagle ku mojemu małemu zaskoczeniu chłopak niemalże przyssał się do mojego penisa. Ou... toć ci niespodzianka...
-Zacznij od języka.
Kiwnął tylko przytakująco głową i zaczął powoli lizać główkę. Kiedy jego język zaczął wodzić po całej długości przymknąłem lekko oczy z budzącej się przyjemności.
O tak... te małe usteczka... zerżnąłbym go porządnie w nie. I nie tylko w nie...
Po chwili chłopak znowu zaczął przysysać się do mnie oblizałem usta z zadowolenia.
-Głębiej Yuuki. -spojrzał na mnie niepewnie po czym próbując wykonać moje polecenie powoli zaczął wsuwać moją dumną męskość coraz głębiej.
W sumie, to się robi nudne...
Złapałem go znowu mocno za włosy i wbiłem się w niego mocno przytrzymując przez chwilę. Kiedy coraz mocniej zaczął się szamotać wypuściłem go na moment by zaczerpnął powietrza. Gdy już to zrobił ponownie wsunąłem się głęboko w jego usta z pomrukiem aprobaty. Oj, najwyżej trochę się zachłyśnie.
Nie puszczając już blondyna ani na chwilę zacząłem posuwać w miarowym tempie te jego słodkie usteczka. Przynajmniej oprócz idiotycznego gadania, do czegoś jeszcze się nadają.
Boże, jak w nich przyjemnie... Po chwili wbijając się w nie mocno odchylając głowę do tyłu doszedłem w nim zalewając jego gardło spermą. Gdy wysunąłem się z niego momentalnie zakryłem jego usta ręką.
-Masz wszystko połknąć. -warknąłem zaciskając mocno dłoń na jego włosach.
Targany nadchodzącymi torsjami przełknął po chwili całe nasienie i dopiero wtedy z czystym sumieniem puściłem jego jasne kłaki.
Przewrócił się w bok na podłogę i swoim kaszlem zaczął zawstydzać nawet gruźlicę.
Na ten widok wywróciłem oczami. Bez przesady...
Wsunąłem z powrotem swoje spodnie i zapiąłem je. Wstając złapałem chłopaka za ramiona i podniosłem go kładąc na plecach na łóżku.
Nie zważając na jego załzawione oczy i bolejącą minę złapałem część niewykorzystanej liny i usiadłem obok chłopaka na łóżku. Posadziłem go w pozycji pół leżącej opierając go o ramę łóżka i przeplotłem linę przez metalowy pręt, z którego zrobiona była rama. Dobrze... teraz ma unieruchomione rączki za sobą. Chwyciłem resztę liny i z drapieżnym uśmieszkiem pochyliłem się nad chłopakiem przyciskając swoje usta do jego.
Zabawmy się.
Tak, tak, wiem. Mogę się szykować do trumny. Zważywszy na to, iż dzisiaj potłukłam lustro... może się zdarzyć, iż któreś z Was odwiedzi mnie w nocy z siekierą.
środa, 6 sierpnia 2014
Rozdział 18 - Stracony
Fuu... te nowe tropikalne śmiej żelki są obrzydliwe q,q jakby gryzło się starą bułkę z czymś miękkim w środku.
Oczywiście po napisaniu nie sprawdziłam, przepraszam za wszystkie błędy.
-Jezusie najświętszy! -wprowadzony przeze mnie do pomieszczenia mężczyzna skwitował okrzykiem zawitany przez nas widok.
No cóż, ktoś kto nie uczestniczył nigdy w moich zabawach ma prawo być zaskoczony.
Tym co go tak bardzo poraziło nie było wyposażenie pokoju ani zawartość półek znajdujących się tutaj. Tak duże oszołomienie wywołał w nim zwisający z sufitu nieprzytomny chłopak. Może nie byłby zdruzgotany aż tak bardzo, gdyby nie świeże rany na ciele Yuukiego i dramatycznie zaschnięte ścieżki krwi na jego plecach, i udach. No i ta mała kałuża pod nim, niczym wisienka na torcie.
-Coś ty z nim zrobił, Hartlieb!? Postradałeś zmysły? -rzucił się w stronę chłopaka chcąc dokonać dokładniejszych oględzin.
Moim towarzyszem był niejaki właściciel jednego ze sporych i znanych domów uciech, w dodatku mój stary znajomy, Jonny Cole.
-Nie uważasz, że przesadziłeś?! -uniósł zwiotczałą głowę chłopaka i przyjrzał się jego twarzy.
Wcale.
-Musiałeś bić go w twarz? -jęknął widząc puchnącą ranę na policzku chłopaka i nagle zrobił minę jakby sobie o czymś przypomniał, zszokowany spojrzał ponownie w moją stronę. -Gdzie do cholery są jego włosy?! Jezuuu... przesadziłeś!
No dobrze, może odrobinkę.
-W tym stanie nie dadzą za niego nawet półtora miliona! Coś ty z nim zrobił... -pokręcił karcąco głową i sięgnął do krepujących dzieciaka łańcuchów.
-To, do czego miałem prawo. -rzuciłem i obróciłem się bokiem.
Gdybym go nie znał niemal od 20 lat, prawdopodobnie wyrzuciłbym go z domu za tą samowolkę i za to, że właśnie uwalnia w moim domu niewolnika, którego sam tam przywiązałem, żeby sobie radośnie podyndał.
-Jeszcze parę godzin i by zdechł na tym łańcuchu jak jakiś pies! -fuknął biorąc w swoje ramiona Yuukiego.
-Czyli tak, jak sobie zasłużył. -skwitowałem i stanąłem całkowicie tyłem do niego.
Nie dość, że się tu panoszy to jeszcze ma czelność na mnie krzyczeć.
-No nie! -wykrzyknął nagle intruz jakby odkrył coś niesamowitego. -Nie pierwszy raz go biłeś!
-Co ty nie powiesz...
-Czuj się odpowiedzialny za niego, do cholery!
-Niby po co? -odwróciłem się w jego stronę i spojrzałem na jego rozjuszoną twarz. -Taki niewdzięcznik jak on nie zasługuje na coś takiego, najchętniej umieściłbym go na zewnątrz w jakiejś starej budzie. Niech się cieszy, że pozwalam mu spać w murach mojego domu, ba, nawet na łóżku.
-Jezu, czy ty naprawdę nie możesz okazać mu trochę litości? Spójrz na niego! Widzisz co mu zrobiłeś Jeszcze u żadnego twojego chłopca nie widziałem czegoś takiego! Rozumiem, że się lubisz znęcać się nad takimi ale...
-Starczy tego! -warknąłem na niego. -Jak chcesz to go oporządź i daj mi wreszcie święty spokój!
Zostawiając tego rozjuszonego drania wyszedłem z pomieszczenia z ciskanymi w moje plecy groźbami i przekleństwami.
Też mi nowość.
Kiedy rozsiadłem się w końcu wygodnie w swoim fotelu w salonie przymknąłem na moment oczy. I o co tyle hałasu? O jednego, szarego niewolnika? W czym ci wszyscy ludzie widzą problem?
Po około dwudziestu minutach usłyszałem kroki zmierzające do salonu. Mężczyzna nie patrząc na mnie podszedł do barku i zaczął się sam obsłużać. Eh, niech robi co chce i się wynosi.
Podał mi szklankę do połowy wypełnioną bourbonem i usiadł w fotelu stojącym na przeciwko mnie.
-Nie zapytasz nawet o niego? -podjął znowu ten irytujący temat uśmiechając się szeroko.
Przewróciłem teatralnie oczami i wychyliłem nieco bursztynowego płynu ze szklanki.
-No i jak tam ten szczeniak się miewa? -zapytałem na jego życzenie z wyolbrzymionym tonem troski.
-Chujowo. -jego uśmiech momentalnie zmienił się w kamienną maskę bezdusznika wraz z wypowiedzeniem tego słowa.
Widząc to nie mogłem się powstrzymać od wybuchnięcia śmiechem na co tylko mój przyjaciel pokręcił ze zrezygnowaniem głową.
-Rany, to chociaż pomyśl ile za niego dałeś.
-Daj spokój Jonny, nie ma w nim nic nadzwyczajnego, za co warto by przepłacać.
-A jednak przepłaciłeś... ty? Pierwszej klasy biznesmen? Jakże mógłbyś sobie na coś takiego pozwolić? Taki duży błąd? Ależ skąd... -zaczerpnął nieco bourbonu i odstawił szklankę na stolik do kawy obok. -Przyznaj się, dobrze wiesz, że było w nim coś czym wszyscy się zachwycali, gdyby tak nie było, jak wytłumaczysz tę niemal horrendalną cenę na aukcji za jednego niewolnika?
-Pieprzenie. -burknąłem niezbyt przekonany do jego słów.
Zresztą, czym mi on znowu głowę zawraca!?
-Nieprawda. Dobrze wiesz... miał to coś. Tylko, że ty to zniszczyłeś.
***
Uuh, głowa mi pęka. Gdzie ja jestem? Z ociąganiem otworzyłem oczy i pierwszym co napotkałem był znajomy już sufit.No tak, "mój pokoik"... Przejechałem ręką po pościeli i... Moment, pościel? Skąd ona się tu...
Podniosłem się szybko do piony i jęknąłem żałośnie z zaskoczenia, moje plecy! Jezu.... I jeszcze jestem opatrzony? Czysty? O co tu chodzi? Zawsze przecież spałem pod starym kocem i gdy ten tyran kończył zabawę ze mną wrzucał mnie po prostu pod zimny natrysk... Nie wspomnę już o tym, żeby kiedykolwiek przejmował się moimi ranami. Nawet ta brzydka w ręce od nożyczek jest najwyraźniej oporządzona....
Westchnąłem i przyłożyłem ręce do twarzy lecz było to zdecydowanie złym posunięciem. Rana na policzku boleśnie dała o sobie znać i dopiero teraz poczułem, że mam lekko podpuchnięte oko. Wziąłem głębszy wdech i nagle jak za dotknięciem magicznej różdżki zalała mnie fala bólu. Z jęknięciem położyłem się powoli na boku nie chcąc nadwyrężać pleców. Boziu... znowu przez parę kolejnych dni każdy ruch będzie męką.
Ból bólem, ale o co chodzi z ty, nagłym zadbaniem o mnie? Nie podoba mi się to, będzie wymagał czegoś więcej? Uh! Nienawidzę tej bezsilność, kiedy nawet nie wiem co mam myśleć!
Zresztą... nieważne. I tak tylko napytam sobie biedy zadręczając się naiwnie i wyobrażając sobie nie wiadomo co.
Dlaczego tu nie może być chociaż małego okienka? Nie jestem nawet w stanie określić, która godzina. To irytujące.
Wbiłem wzrok w kant łóżka. Co mam robić? Nie, nie. Nie narzekam na nudę! Wręcz przeciwnie... odpowiada mi taki stan. Te chwilę kiedy jego tu nie ma. Mogę sobie wyobrazić, że leżę w swoim łóżku, rankiem, albo po ciężkim dniu. Że robię to z własnie woli...
Żałosne. Nie mnie myśleć o czymś takim. Może po prostu postaram się jeszcze zasnąć? Tak będzie najlepiej, odpocznę, we śnie nie boli, zero naiwnych myśli.
Gdy drzwi otworzyły się z tym znienawidzonym przeze mnie łoskotem podskoczyłem lekko zaciskając odruchowo oczy. Kiedy je otworzyłem przede mną stał już blondyn w pełnej krasie a rękach miał tacę z... normalnymi kanapkami i butelką wody? Gdzie psie miski? O co tu...
Dopiero po chwili zauważyłem wchodzącego za nim innego mężczyznę. Był... cholernie wysoki. Musiał nawet pochylić się nieznacznie w drzwiach. Po za tym... nie wyróżniająca się niczym sylwetka, kasztanowe włosy w nawet podobającym mi się odcieniu... i ta walizka którą trzymał w ręce.
-Wstawaj. -zagrzmiał nagle głos pana nie zwiastujący niczego dobrego.
No tak! zapomniałem! Przecież zawsze jak wchodził do pokoju miałem przyjmować tą upokarzającą pozycję...
Zsunąłem się pospiesznie z łóżka i uklęknąłem przed nim z opuszczoną głową. Cóż, prawdopodobnie za późno jak dla niego.
-Poznaliście się już więc zostawiam was samych. -blondyn zwrócił się nagle do przybysza i tak jak się pojawił, tak zniknął zamykając za sobą drzwi.
Mimo jego wyjścia nie ośmieliłem się podnieść głowy. Jak to "poznaliśmy się już"? Przecież pierwszy raz go widzę.
Oh... no tak, chyba że...
-Podnieś się, nie klęcz tak.
Słysząc tej znajomy, chrapliwy głos spiąłem się cały i z oszołomienia otworzyłem lekko usta.
To ten facet z orgii! Ale... co on tu robi?!
-No, nie siedź tak na tej zimnej podłodze. -przed moją twarzą pojawiła się jego dłoń wyciągnięta w przyjacielskim geście.
Z nie małym przerażeniem położyłem powoli swoją rękę na jego, a ten natychmiast ją ujął i pociągnął pomagając mi wstać.
Przyszedł po jeszcze? Znając blondyna nie zdziwiło by mnie to... ciekawy, który któremu płaci za to...
-Przepraszam. -słysząc to słowo zamarłem.
"Przepraszam"? Co? Dlaczego on mnie przeprasza.
-Ostatnio byłem nieco nachalny. -posłał mi niezręczny uśmiech.
Zabrałem dłoń, którą trzymał i nieznacznie odsunąłem się od niego. Nie mam zamiaru prowadzić z nim żadnych ożywionych konwersacji. Między innymi dlatego, że blondyn mi na to nie pozwolił.
Kiedy nie doczekał się żadnej reakcji z mojej strony, zmieszany znowu zaczął mówić.
-Przepraszam, nie powiedziałem po co tu jestem. Ha... znaczy się twój pan przysłał mnie tu, żebym sprawdził czy wszystko z tobą w porządku, jestem lekarzem.
Teraz to mnie dopiero zatkało. Ten poroniony psychol chce, żeby ktoś mnie przebadał? Teraz? Nagle zainteresował się moim stanem? W dodatku ma to zrobić facet, który zerżnął mnie na jakiejś orgii?
Skoro tak chce...
Skinąłem lekko głową na znak, że nie mam zamiaru niczego mu utrudniać. Mężczyzna widząc to, odetchnął z ulgą i posłał mi pokrzepiający uśmiech.
-Usiądź na łóżku, najpierw sprawdzę wszystkie rany.
Kiedy zrobiłem jak chciał obrócił mnie lekko bokiem i usiadł za mną. Ściągając mi opatrunki przepraszał co chwilę słysząc moje syknięcia i widząc jak się wzdrygam, gdy zrywał plaster naklejony na ranę.
-Nie chcę sprawiać ci zbyt dużo bólu ale wolałbym zdezynfekować wszystkie rozcięcia...
Nie czekając na moją odpowiedź, której i tak by się nie doczekał, zaczął gmerać w swojej walizce i już po chwili wyposażony był w gazy i jakiś dozownik. Zupełnie jak kiedyś Eric...
-Ał! -wyrwało mi się kiedy bez ostrzeżenia spryskał moje rany.
-Oj... przepraszam.
Kiedy dalej w ciszy i skupieniu caly ten lekarz grzebał w moich plecach ja siedziałem w roztrzęsieniu. Jestem niemal na sto procent pewny, że blondyn coś planuje. To całe nagłe dbanie o mnie nie odbije się bez echa...
-Skończyłem. Teraz pokaż rękę.
Obróciłem się, w jego stronę i posłusznie wyciągnąłem kończynę przed siebie. Kiedy ściągnął bandaż nagle zmarszczył brwi i przyjrzał się dokładniej. Po chwili ciszy spojrzał na mnie z całkiem innym wyrazem twarzy, bardziej poruszonym niż wesołym.
-Czym była zrobiona?
-Nożyczkami. -mruknąłem cicho i opuściłem wzrok.
Ok, faktycznie to miejsce na ręce było trochę opuchnięte, czasami leciało osocze...
-Długo ją masz?
To zależy ile dla niego trwa "długo"...
Uznając, że chyba jednak mam ją długo kiwnąłem potakująco głową.
-Wiesz, że to powinno być zszyte?
Doprawdy? A nawet jeśli to co? Sam sobie miałem zszyć?! Czy on nie myśli?
-Yuuki, tak? -widząc moje potakniecie uśmiechnął się -Odwróć się.
Uch... Nie musi tak konspirować. I tak wiem, że będzie boleć. Jak mnie pieprzył też za przyjemnie nie było.
Skierowałem głowę w kierunku drzwi i zamknąłem oczy. Ledwo co zdążyłem to zrobić poczułem przeraźliwe ukłucie w miejscu rany. Odruchowo chciałem wyrwać rękę lecz mężczyzna stanowczo przytrzymywał ją przy sobie.
-Nie bój się, to tylko zastrzyk przeciwzapalny. No i środek przeciwbólowy.
I co? Uśpi mnie teraz?!
Widząc moją spanikowaną minę uśmiechnął się ciepło lecz nadal trzymał kończynę w stalowym uścisku. Ku mojej uldze zabrał po chwili strzykawkę. Gdy tylko to zrobił przycisnąłem rękę do swojej piersi.
-Powiedz Yuuki, dobrze się odżywiasz? -zapytał dalej grzebiąc w swojej walizce.
-Tak. -nie jestem głupkiem, myśli, że powiem mu o wszystkim co ten psychol mi robi? Chyba widzi!
Normalny lekarz przeraziłby się widząc tak zmasakrowane plecy, wypalony znak i te wszystkie siniaki. Zwykły doktorek z czarnego rynku, nie powinienem wierzyć w te jego ciepłe uśmiechy i przyjemny ton głosu.
-Pijesz dużo wody?
Z przerażenia wciągnąłem szybko powietrze w płuca widząc jak wyciąga cały zestaw do szycia ran.
Kiedy zobaczył moją reakcję w geście bezradności uniósł ramiona.
-I tak to muszę zrobić jeśli nie chcesz, żeby dalej się psuło. Wiesz, będzie ci lepiej jak się położysz. Na plecach oczywiście.
Z ociąganiem zaciskając dłonie w pięści zrobiłem jak chciał i wbiłem wzrok w sufit.
-Tylko się nie przypatruj, będzie gorzej jak zaczniesz obserwować.
Jakbym o tym nie wiedział...
Zacisnąłem oczy i wyciągnąłem rękę wymaganą naprawy w jego strony. Drugą nakryłem sobie twarz, żeby zapewnić sobie niemal idealną ciemność
-To jak z tą wodą? -zagaił ponownie i zdezynfekował znienacka ranę tym razem czymś silniejszym niż plecy, bo nie mogłem opanować jęku. -Oj, myślałem, że przeciwbólowy już zaczął działać...
Jak to cholera "myślałem"? Przecież jesteś lekarzem....!
-Mam nadzieję, że jednak pijesz odpowiednią ilość wody i dużo jesz codziennie bo jednak tak nie wyglądasz. -gdzieś w połowie swojego wywodu wbił igłę i zaczął zszywać.
Gdy mężczyzna kontynuował gatkę o zdrowym odżywianiu ja ignoruhąc jego chyba każde słowo starałem się po prostu nie porzygać. To nieprzyjemne uczucie naciągania skóry i szarpanie w ranie mdliło mnie z sekundy na sekundę co raz bardziej. Zaraz bełtnę...
Kiedy myślałem, że efektownie pozbędę się całej ostałej się jeszcze zawartości żołądka na jego buty nagle radośnie oznajmił mi, że skończył.
-No dalej Yuuki, skończyłem. Nie musisz już tak blednąć. -zachichotał jakby powiedział coś przezabawnego i zaczął znowu gmerać w torbie.
Mam nadzieję, że się już pakuje bo nie wytrzymam dłużej jego obecności.
-Zostawiłbym ci jakąś maść ale twój pan musiałby zapłacić, a bądźmy szczerzy, i tak by tego nie zrobił. -klepnął mnie w ramię i wstał z łóżka. -Poza tym, skradłbym sobie twojego całusa na do widzenia ale chyba nie jesteś w nastroju.
Ależ skąd, z uwielbieniem narzygam ci do gardła!
-Zatem do zobaczenia.
Wolałbym "żegnaj na zawsze"
Zabrałem rękę z twarzy i odprowadziłem go wzrokiem do drzwi, za którymi po chwili zniknął.
No? I co ja mam o tym wszystkim myśleć!?
Oczywiście po napisaniu nie sprawdziłam, przepraszam za wszystkie błędy.
-Jezusie najświętszy! -wprowadzony przeze mnie do pomieszczenia mężczyzna skwitował okrzykiem zawitany przez nas widok.
No cóż, ktoś kto nie uczestniczył nigdy w moich zabawach ma prawo być zaskoczony.
Tym co go tak bardzo poraziło nie było wyposażenie pokoju ani zawartość półek znajdujących się tutaj. Tak duże oszołomienie wywołał w nim zwisający z sufitu nieprzytomny chłopak. Może nie byłby zdruzgotany aż tak bardzo, gdyby nie świeże rany na ciele Yuukiego i dramatycznie zaschnięte ścieżki krwi na jego plecach, i udach. No i ta mała kałuża pod nim, niczym wisienka na torcie.
-Coś ty z nim zrobił, Hartlieb!? Postradałeś zmysły? -rzucił się w stronę chłopaka chcąc dokonać dokładniejszych oględzin.
Moim towarzyszem był niejaki właściciel jednego ze sporych i znanych domów uciech, w dodatku mój stary znajomy, Jonny Cole.
-Nie uważasz, że przesadziłeś?! -uniósł zwiotczałą głowę chłopaka i przyjrzał się jego twarzy.
Wcale.
-Musiałeś bić go w twarz? -jęknął widząc puchnącą ranę na policzku chłopaka i nagle zrobił minę jakby sobie o czymś przypomniał, zszokowany spojrzał ponownie w moją stronę. -Gdzie do cholery są jego włosy?! Jezuuu... przesadziłeś!
No dobrze, może odrobinkę.
-W tym stanie nie dadzą za niego nawet półtora miliona! Coś ty z nim zrobił... -pokręcił karcąco głową i sięgnął do krepujących dzieciaka łańcuchów.
-To, do czego miałem prawo. -rzuciłem i obróciłem się bokiem.
Gdybym go nie znał niemal od 20 lat, prawdopodobnie wyrzuciłbym go z domu za tą samowolkę i za to, że właśnie uwalnia w moim domu niewolnika, którego sam tam przywiązałem, żeby sobie radośnie podyndał.
-Jeszcze parę godzin i by zdechł na tym łańcuchu jak jakiś pies! -fuknął biorąc w swoje ramiona Yuukiego.
-Czyli tak, jak sobie zasłużył. -skwitowałem i stanąłem całkowicie tyłem do niego.
Nie dość, że się tu panoszy to jeszcze ma czelność na mnie krzyczeć.
-No nie! -wykrzyknął nagle intruz jakby odkrył coś niesamowitego. -Nie pierwszy raz go biłeś!
-Co ty nie powiesz...
-Czuj się odpowiedzialny za niego, do cholery!
-Niby po co? -odwróciłem się w jego stronę i spojrzałem na jego rozjuszoną twarz. -Taki niewdzięcznik jak on nie zasługuje na coś takiego, najchętniej umieściłbym go na zewnątrz w jakiejś starej budzie. Niech się cieszy, że pozwalam mu spać w murach mojego domu, ba, nawet na łóżku.
-Jezu, czy ty naprawdę nie możesz okazać mu trochę litości? Spójrz na niego! Widzisz co mu zrobiłeś Jeszcze u żadnego twojego chłopca nie widziałem czegoś takiego! Rozumiem, że się lubisz znęcać się nad takimi ale...
-Starczy tego! -warknąłem na niego. -Jak chcesz to go oporządź i daj mi wreszcie święty spokój!
Zostawiając tego rozjuszonego drania wyszedłem z pomieszczenia z ciskanymi w moje plecy groźbami i przekleństwami.
Też mi nowość.
Kiedy rozsiadłem się w końcu wygodnie w swoim fotelu w salonie przymknąłem na moment oczy. I o co tyle hałasu? O jednego, szarego niewolnika? W czym ci wszyscy ludzie widzą problem?
Po około dwudziestu minutach usłyszałem kroki zmierzające do salonu. Mężczyzna nie patrząc na mnie podszedł do barku i zaczął się sam obsłużać. Eh, niech robi co chce i się wynosi.
Podał mi szklankę do połowy wypełnioną bourbonem i usiadł w fotelu stojącym na przeciwko mnie.
-Nie zapytasz nawet o niego? -podjął znowu ten irytujący temat uśmiechając się szeroko.
Przewróciłem teatralnie oczami i wychyliłem nieco bursztynowego płynu ze szklanki.
-No i jak tam ten szczeniak się miewa? -zapytałem na jego życzenie z wyolbrzymionym tonem troski.
-Chujowo. -jego uśmiech momentalnie zmienił się w kamienną maskę bezdusznika wraz z wypowiedzeniem tego słowa.
Widząc to nie mogłem się powstrzymać od wybuchnięcia śmiechem na co tylko mój przyjaciel pokręcił ze zrezygnowaniem głową.
-Rany, to chociaż pomyśl ile za niego dałeś.
-Daj spokój Jonny, nie ma w nim nic nadzwyczajnego, za co warto by przepłacać.
-A jednak przepłaciłeś... ty? Pierwszej klasy biznesmen? Jakże mógłbyś sobie na coś takiego pozwolić? Taki duży błąd? Ależ skąd... -zaczerpnął nieco bourbonu i odstawił szklankę na stolik do kawy obok. -Przyznaj się, dobrze wiesz, że było w nim coś czym wszyscy się zachwycali, gdyby tak nie było, jak wytłumaczysz tę niemal horrendalną cenę na aukcji za jednego niewolnika?
-Pieprzenie. -burknąłem niezbyt przekonany do jego słów.
Zresztą, czym mi on znowu głowę zawraca!?
-Nieprawda. Dobrze wiesz... miał to coś. Tylko, że ty to zniszczyłeś.
***
Uuh, głowa mi pęka. Gdzie ja jestem? Z ociąganiem otworzyłem oczy i pierwszym co napotkałem był znajomy już sufit.No tak, "mój pokoik"... Przejechałem ręką po pościeli i... Moment, pościel? Skąd ona się tu...
Podniosłem się szybko do piony i jęknąłem żałośnie z zaskoczenia, moje plecy! Jezu.... I jeszcze jestem opatrzony? Czysty? O co tu chodzi? Zawsze przecież spałem pod starym kocem i gdy ten tyran kończył zabawę ze mną wrzucał mnie po prostu pod zimny natrysk... Nie wspomnę już o tym, żeby kiedykolwiek przejmował się moimi ranami. Nawet ta brzydka w ręce od nożyczek jest najwyraźniej oporządzona....
Westchnąłem i przyłożyłem ręce do twarzy lecz było to zdecydowanie złym posunięciem. Rana na policzku boleśnie dała o sobie znać i dopiero teraz poczułem, że mam lekko podpuchnięte oko. Wziąłem głębszy wdech i nagle jak za dotknięciem magicznej różdżki zalała mnie fala bólu. Z jęknięciem położyłem się powoli na boku nie chcąc nadwyrężać pleców. Boziu... znowu przez parę kolejnych dni każdy ruch będzie męką.
Ból bólem, ale o co chodzi z ty, nagłym zadbaniem o mnie? Nie podoba mi się to, będzie wymagał czegoś więcej? Uh! Nienawidzę tej bezsilność, kiedy nawet nie wiem co mam myśleć!
Zresztą... nieważne. I tak tylko napytam sobie biedy zadręczając się naiwnie i wyobrażając sobie nie wiadomo co.
Dlaczego tu nie może być chociaż małego okienka? Nie jestem nawet w stanie określić, która godzina. To irytujące.
Wbiłem wzrok w kant łóżka. Co mam robić? Nie, nie. Nie narzekam na nudę! Wręcz przeciwnie... odpowiada mi taki stan. Te chwilę kiedy jego tu nie ma. Mogę sobie wyobrazić, że leżę w swoim łóżku, rankiem, albo po ciężkim dniu. Że robię to z własnie woli...
Żałosne. Nie mnie myśleć o czymś takim. Może po prostu postaram się jeszcze zasnąć? Tak będzie najlepiej, odpocznę, we śnie nie boli, zero naiwnych myśli.
Gdy drzwi otworzyły się z tym znienawidzonym przeze mnie łoskotem podskoczyłem lekko zaciskając odruchowo oczy. Kiedy je otworzyłem przede mną stał już blondyn w pełnej krasie a rękach miał tacę z... normalnymi kanapkami i butelką wody? Gdzie psie miski? O co tu...
Dopiero po chwili zauważyłem wchodzącego za nim innego mężczyznę. Był... cholernie wysoki. Musiał nawet pochylić się nieznacznie w drzwiach. Po za tym... nie wyróżniająca się niczym sylwetka, kasztanowe włosy w nawet podobającym mi się odcieniu... i ta walizka którą trzymał w ręce.
-Wstawaj. -zagrzmiał nagle głos pana nie zwiastujący niczego dobrego.
No tak! zapomniałem! Przecież zawsze jak wchodził do pokoju miałem przyjmować tą upokarzającą pozycję...
Zsunąłem się pospiesznie z łóżka i uklęknąłem przed nim z opuszczoną głową. Cóż, prawdopodobnie za późno jak dla niego.
-Poznaliście się już więc zostawiam was samych. -blondyn zwrócił się nagle do przybysza i tak jak się pojawił, tak zniknął zamykając za sobą drzwi.
Mimo jego wyjścia nie ośmieliłem się podnieść głowy. Jak to "poznaliśmy się już"? Przecież pierwszy raz go widzę.
Oh... no tak, chyba że...
-Podnieś się, nie klęcz tak.
Słysząc tej znajomy, chrapliwy głos spiąłem się cały i z oszołomienia otworzyłem lekko usta.
To ten facet z orgii! Ale... co on tu robi?!
-No, nie siedź tak na tej zimnej podłodze. -przed moją twarzą pojawiła się jego dłoń wyciągnięta w przyjacielskim geście.
Z nie małym przerażeniem położyłem powoli swoją rękę na jego, a ten natychmiast ją ujął i pociągnął pomagając mi wstać.
Przyszedł po jeszcze? Znając blondyna nie zdziwiło by mnie to... ciekawy, który któremu płaci za to...
-Przepraszam. -słysząc to słowo zamarłem.
"Przepraszam"? Co? Dlaczego on mnie przeprasza.
-Ostatnio byłem nieco nachalny. -posłał mi niezręczny uśmiech.
Zabrałem dłoń, którą trzymał i nieznacznie odsunąłem się od niego. Nie mam zamiaru prowadzić z nim żadnych ożywionych konwersacji. Między innymi dlatego, że blondyn mi na to nie pozwolił.
Kiedy nie doczekał się żadnej reakcji z mojej strony, zmieszany znowu zaczął mówić.
-Przepraszam, nie powiedziałem po co tu jestem. Ha... znaczy się twój pan przysłał mnie tu, żebym sprawdził czy wszystko z tobą w porządku, jestem lekarzem.
Teraz to mnie dopiero zatkało. Ten poroniony psychol chce, żeby ktoś mnie przebadał? Teraz? Nagle zainteresował się moim stanem? W dodatku ma to zrobić facet, który zerżnął mnie na jakiejś orgii?
Skoro tak chce...
Skinąłem lekko głową na znak, że nie mam zamiaru niczego mu utrudniać. Mężczyzna widząc to, odetchnął z ulgą i posłał mi pokrzepiający uśmiech.
-Usiądź na łóżku, najpierw sprawdzę wszystkie rany.
Kiedy zrobiłem jak chciał obrócił mnie lekko bokiem i usiadł za mną. Ściągając mi opatrunki przepraszał co chwilę słysząc moje syknięcia i widząc jak się wzdrygam, gdy zrywał plaster naklejony na ranę.
-Nie chcę sprawiać ci zbyt dużo bólu ale wolałbym zdezynfekować wszystkie rozcięcia...
Nie czekając na moją odpowiedź, której i tak by się nie doczekał, zaczął gmerać w swojej walizce i już po chwili wyposażony był w gazy i jakiś dozownik. Zupełnie jak kiedyś Eric...
-Ał! -wyrwało mi się kiedy bez ostrzeżenia spryskał moje rany.
-Oj... przepraszam.
Kiedy dalej w ciszy i skupieniu caly ten lekarz grzebał w moich plecach ja siedziałem w roztrzęsieniu. Jestem niemal na sto procent pewny, że blondyn coś planuje. To całe nagłe dbanie o mnie nie odbije się bez echa...
-Skończyłem. Teraz pokaż rękę.
Obróciłem się, w jego stronę i posłusznie wyciągnąłem kończynę przed siebie. Kiedy ściągnął bandaż nagle zmarszczył brwi i przyjrzał się dokładniej. Po chwili ciszy spojrzał na mnie z całkiem innym wyrazem twarzy, bardziej poruszonym niż wesołym.
-Czym była zrobiona?
-Nożyczkami. -mruknąłem cicho i opuściłem wzrok.
Ok, faktycznie to miejsce na ręce było trochę opuchnięte, czasami leciało osocze...
-Długo ją masz?
To zależy ile dla niego trwa "długo"...
Uznając, że chyba jednak mam ją długo kiwnąłem potakująco głową.
-Wiesz, że to powinno być zszyte?
Doprawdy? A nawet jeśli to co? Sam sobie miałem zszyć?! Czy on nie myśli?
-Yuuki, tak? -widząc moje potakniecie uśmiechnął się -Odwróć się.
Uch... Nie musi tak konspirować. I tak wiem, że będzie boleć. Jak mnie pieprzył też za przyjemnie nie było.
Skierowałem głowę w kierunku drzwi i zamknąłem oczy. Ledwo co zdążyłem to zrobić poczułem przeraźliwe ukłucie w miejscu rany. Odruchowo chciałem wyrwać rękę lecz mężczyzna stanowczo przytrzymywał ją przy sobie.
-Nie bój się, to tylko zastrzyk przeciwzapalny. No i środek przeciwbólowy.
I co? Uśpi mnie teraz?!
Widząc moją spanikowaną minę uśmiechnął się ciepło lecz nadal trzymał kończynę w stalowym uścisku. Ku mojej uldze zabrał po chwili strzykawkę. Gdy tylko to zrobił przycisnąłem rękę do swojej piersi.
-Powiedz Yuuki, dobrze się odżywiasz? -zapytał dalej grzebiąc w swojej walizce.
-Tak. -nie jestem głupkiem, myśli, że powiem mu o wszystkim co ten psychol mi robi? Chyba widzi!
Normalny lekarz przeraziłby się widząc tak zmasakrowane plecy, wypalony znak i te wszystkie siniaki. Zwykły doktorek z czarnego rynku, nie powinienem wierzyć w te jego ciepłe uśmiechy i przyjemny ton głosu.
-Pijesz dużo wody?
Z przerażenia wciągnąłem szybko powietrze w płuca widząc jak wyciąga cały zestaw do szycia ran.
Kiedy zobaczył moją reakcję w geście bezradności uniósł ramiona.
-I tak to muszę zrobić jeśli nie chcesz, żeby dalej się psuło. Wiesz, będzie ci lepiej jak się położysz. Na plecach oczywiście.
Z ociąganiem zaciskając dłonie w pięści zrobiłem jak chciał i wbiłem wzrok w sufit.
-Tylko się nie przypatruj, będzie gorzej jak zaczniesz obserwować.
Jakbym o tym nie wiedział...
Zacisnąłem oczy i wyciągnąłem rękę wymaganą naprawy w jego strony. Drugą nakryłem sobie twarz, żeby zapewnić sobie niemal idealną ciemność
-To jak z tą wodą? -zagaił ponownie i zdezynfekował znienacka ranę tym razem czymś silniejszym niż plecy, bo nie mogłem opanować jęku. -Oj, myślałem, że przeciwbólowy już zaczął działać...
Jak to cholera "myślałem"? Przecież jesteś lekarzem....!
-Mam nadzieję, że jednak pijesz odpowiednią ilość wody i dużo jesz codziennie bo jednak tak nie wyglądasz. -gdzieś w połowie swojego wywodu wbił igłę i zaczął zszywać.
Gdy mężczyzna kontynuował gatkę o zdrowym odżywianiu ja ignoruhąc jego chyba każde słowo starałem się po prostu nie porzygać. To nieprzyjemne uczucie naciągania skóry i szarpanie w ranie mdliło mnie z sekundy na sekundę co raz bardziej. Zaraz bełtnę...
Kiedy myślałem, że efektownie pozbędę się całej ostałej się jeszcze zawartości żołądka na jego buty nagle radośnie oznajmił mi, że skończył.
-No dalej Yuuki, skończyłem. Nie musisz już tak blednąć. -zachichotał jakby powiedział coś przezabawnego i zaczął znowu gmerać w torbie.
Mam nadzieję, że się już pakuje bo nie wytrzymam dłużej jego obecności.
-Zostawiłbym ci jakąś maść ale twój pan musiałby zapłacić, a bądźmy szczerzy, i tak by tego nie zrobił. -klepnął mnie w ramię i wstał z łóżka. -Poza tym, skradłbym sobie twojego całusa na do widzenia ale chyba nie jesteś w nastroju.
Ależ skąd, z uwielbieniem narzygam ci do gardła!
-Zatem do zobaczenia.
Wolałbym "żegnaj na zawsze"
Zabrałem rękę z twarzy i odprowadziłem go wzrokiem do drzwi, za którymi po chwili zniknął.
No? I co ja mam o tym wszystkim myśleć!?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
