Dziękuję, że nadal czekacie.
Czy to oznacza, że jestem gejem?
Stojąc nagi przed wysokim lustrem w łazience musnąłem powoli w nostalgicznym geście małą malinkę, którą zostawił wcześniej Alex na moim obojczyku.
Bo skoro moje ciało tak reaguje... Nie, nie zwalaj winy na ciało. Zresztą czy jest czym się obwiniać? Nie jestem przecież jedyny... To chyba normalne, że jakiekolwiek zbliżenia z innym mężczyzną są dla mnie przyjemne? Czy może bycie gejem zostało mi narzucone?
Wpojone...?
Nie, nie ma sensu się nad tym rozwodzić. Nic to nie zmieni, nie wniesie to żadnych korzyści do mojego marnego życia.
Za dużo myślę o głupotach.
Za dużo się rozczulam nad sobą.
Kręcąc lekko głową na boki skierowałem się w stronę swojego łóżka z zamiarem jak najszybszego spotkania się z Morfeuszem, kiedy usłyszałem ciche pukanie do drzwi, które z pewnością odwiedzie mnie jeszcze na długą chwilę od tego spotkania.
Lekko zirytowany spojrzałem na drzwi z oczekiwaniem aż ktoś w końcu wejdzie.
Ah, znowu zapominam.
-Proszę. -rzuciłem na tyle głośno by stojący za drzwiami na pewno to usłyszał.
-Cieszę się, że jeszcze nie śpisz. -w wejściu pojawiła się najpierw głowa Cole'a a potem jego cała reszta.
Z pozytywnym do zrzygania uśmiechem podszedł do łóżka, na którym zdążyłem się już ułożyć wygodnie do snu i usiadł na jego brzegu.
-Twój klient był zadowolony i zajął już termin w przyszłym tygodniu.
-No to... fajnie. -wzdrygnąłem lekko ramionami.
Chyba. O ile normalnym jest się cieszyć, że moje dawanie tyłka jest na przyzwoitym poziomie.
-Też się cieszę. Znaczy... No wiesz... -z zakłopotaniem podrapał się po głowie.
Skinąłem mu głową z lekkim uśmiechem. Wymuszonym, ale uśmiechem. Wydawał się jakiś taki zakłopotany. Mam rozumieć, że coś popsułem?
-Tak naprawdę to mam do ciebie prośbę... Oczywiście nie zmuszam cię do niczego. -kiedy podjął temat jego twarz zrobiła się nieco smutniejsza.
To w sumie miłe, że w ogóle pyta o moje zdanie... Ale czy tak naprawdę mam prawo odmówić?
-Co się stało? -zapytałem z czystej grzeczności.
-Widzisz, Blaise jest ostatnio jakiś bardziej osowiały, taki przygnębiony bardziej niż zwykle... Przychodzę z tym do ciebie bo zauważyłem, że wcześniej spędziliście ze sobą trochę czasu i wydawał się przy tobie nieco odprężony.
-Więc co mam zrobić? -ok, Blaise ma się źle, ale jak ja, JA mam mu pomóc?
-Pogadać... Sam nie wiem, po prostu przebywać z nim trochę. Wiesz, Blaise kiedy tu trafił... Było z nim o wiele gorzej, nie chcę was porównywać i mówić, że to czego ty doświadczyłeś to nic przy nim, obydwoje przeżyliście coś strasznego na co żaden z was nie zasługiwał... Eh, rozumiesz co chce powiedzieć...?
-Rozumiem. -przytaknąłem by uciął już ten wątek i zastanawiając się nad zachowaniem Blaise'a. Chyba rzeczywiście ostatnio był trochę inny, chociaż i tak nie znam go zbyt długo by móc to tak po prostu zauważyć.
-Pogadasz z nim trochę?
-Pogadam. -kiwnąłem głową w potwierdzającym geście.
-Cieszę się. -jego twarz rozpromieniła się w jednej chwili. -Aa, jutro masz wolne, wypocznij porządnie.
-Uh...coo?
-Ale pojutrze masz już klienta. -dokończył szybko zdanie widząc moje niezadowolenie.
-Jednego?
-Jednego jednego, Yuuki. -rozczochrał moje włosy w opiekuńczym geście. -Co ci tak spieszno do tylu?
-Po prostu chcę mieć zajęcie...
-Możesz sprzątać w ogrodzie. -zaśmiał się i wstał z łóżka. -Nie zawracam Ci już dłużej głowy, leć spać.
-Ok...
-Dobranoc Yuuki.
-Dobranoc. -szepnąłem za już zamkniętym za Colem drzwiami.
Świetnie.
* * *
Gdy tylko otwarłem rano oczy wyskoczyłem jak oparzony z łóżka. Krótkim zerknięciem na zegar zarejestrowałem godzinę i ruszyłem do łazienki dziwiąc się, że przespałem tyle czasu bez żadnych niepotrzebnych przebudzeń.
Ograniczając się do minimalnego umycia zębów i krótkiego kontaktu twarzy z wodą wskoczyłem w pierwsze lepsze czarne spodnie i czarną koszulkę, po czym skierowałem się w stronę drzwi. Po małej analizie pogody zawróciłem do szafy wygrzebując z niej również czarną bluzę z kapturem i zabrałem ją ze sobą do jadalni.
Tak jak sądziłem, nikogo już w niej nie zastałem bo prawie przespałem całe śniadanie, chwytając jedną z uszykowanych kanapek zachęcająco wyeksponowanych na talerzu skierowałem się do salonu poszukując swojej dzisiejszej ofiary. Znalazłem ją dopiero w ogrodzie przysypiającą już od rana pod jednym z drzew.
Bez zbędnych ceregieli podszedłem do białowłosego zakładając po drodze bluzę na siebie i potrząsnąłem nim energicznie za ramię. Zaskoczony otworzył oczy dając mi do zrozumienia, że nie ma jakiegokolwiek pojęcia co się w tym momencie dzieje.
-Blaise, musisz mi pomóc.
-Ok. -wstał bez żadnego sprzeciwu i spojrzał na mnie jakby czekał na rozkaz.
Ile on może mieć wzrostu...? Zdecydowanie jest wyższy ode mnie...
-Chodź. -machnąłem by poszedł za mną, chodź tak naprawdę sam nie miałem pojęcia dokąd iść.
Wchodząc w głąb drzew zdałem sobie sprawę, że ogród otaczający ten wesoły dom uciechy jest dość rozległy. Zatrzymałem się z westchnieniem chcąc zebrać myśli, bo właściwie nie wiedziałem co zamierzam.
Blaise rozejrzał się i spojrzał na mnie jakby czegoś nie rozumiał.
-W czym miałem pomóc?
-Musimy tu posprzątać.
-Sprzątać? -na jego twarzy wyraźnie zagościło zaskoczenie.
-Cole powiedział, że mam posprzątać w ogrodzie.
Nagle jego twarz rozjaśnił promyk zrozumienia.
-Chyba nie całkiem to miał na myśli.
-Nieważne... Wiem, pozbieramy te liście.
-Jest ich za dużo by je zbierać... -mruknął cicho.
-Wiem. I tak się nimi zajmiemy. -upierając się przy swoim zmierzyłem liście wrogim spojrzeniem, zdając sobie sprawę, że mój pomysł przy tej ilości drzew jest mocno nierealny.
-Tam jest mała szopa. Ogrodnik trzyma w niej narzędzia. -Blaise wskazał palcem jakiś mały, drewniany kwadrat.
-Trzeba było tak od razu. -skierowałem się momentalnie we wskazanym przez białowłosego kierunku.
Na szczęście skrytka nie była zabezpieczona jakimkolwiek zamkiem, bez zbędnych problemów wyciągnąłem z niej dwie pary grabi wręczając jedną Blaise'owi.
-Sądzę, że zaczniemy od przodu. -wskazałem podbródkiem budynek, przed którym znajdowało się znacznie mniej drzew niż w głębi ogrodu.
Chłopak skinął głową i ruszył za mną. Kiedy zacząłem namiętnie zgrabiać liście starając się stworzyć z nich symetryczny stos Blaise odsunął się na kilka metrów i tam sumiennie zgarniał swoją porcję liści.
Ignorując jesienny wiatr zamrażający palce u dłoni i nieco przeszkadzający w pracy, gorliwie stwarzałem wysokie stosy liści przyglądając się od czasu do czasu białowłosemu, któremu wiatr bardziej dokuczał rozwiewając włosy na wszystkie strony.
-Nie przeszkadzając ci włosy? -zapytałem chcąc rozwiać dłużącą się chwilę ciszy.
Oh... od kiedy to przeszkadza mi cisza?
-Nie bardzo. -pokręcił głową na boki przechodząc do stworzenia kolejnego stosu.
-Chyba trochę przemarzłem. -chuchnąłem w dłonie opierając grabie o ramię.
-Zimno dziś. -odpowiedział tak cicho, że ledwie go dosłyszałem.
-No fakt... -mruknąłem nie za bardzo wiedząc jak ciągnąć ten mdły temat pogody.
Nagle ogród przeciął Hayato ze śmiechem rzucając się w najbliższy stos liści jaki napotkał wybiegając z budynku, jednocześnie rozwiewając krępującą atmosferę.
-Nie wybiegaj bez kurtki! -zza drzwi wychyliła się wściekła głowa Cole'a.
Przenosząc wzrok z roześmianego Hayato na nas, przyjrzał się trzymanym przez nas grabią, chwilę później stosom liści i znowu zmierzył zdziwionym spojrzeniem mnie i Blaise'a.
-Nie mówcie mi, że właśnie tu... ej! -zreflektował się przywracając wściekły wyraz twarzy. -Jest za zimno na same bluzy! Natychmiast wracajcie! Hayato! Wyłaź z tych liści!
Spojrzałem na Blaise'a który spojrzał na mnie w tym samym momencie. Wzruszył lekko ramionami i opierając grabie o najbliższe drzewo ruszył w stronę drzwi chwytając po drodze czarnowłosego chłopca za rękę, któremu nie bardzo paliło się do powrotu.
Idąc w jego ślady zostawiłem narzędzie w ogrodzie i chuchając ponownie w zmarznięte dłonie wróciłem do środka, gdzie Cole prawił właśnie Hayato nużące kazanie. Blaise zdążył już się ulotnić z zasięgu czyjegokolwiek wzroku. Może poszedł spać...?
Nie chcąc narażać się na prawienie morałów skierowałem się w stronę schodów, po których wspiąłem się na zesztywniałych od zimna nogach i schroniłem się w swoim pokoju. Myjąc ręce przyglądałem się spływającej do zlewu brudnej wodzie, dziwiąc się ile brudu znalazło się na moich palcach od zwykłego grabienia liści, które jak się okazało było mocno czasochłonne, ponieważ nadchodziła już pora obiadu.
Ściągając z siebie bluzę ze skonsternowaniem zdałem sobie sprawę, że zgłodniałem. O ile uczucie głodu przestało mi już bardzo ciążyć, to apetyt na jedzenie był czymś nowym od dłuższego czasu. Dawno nie miałem ochoty, żeby zjeść coś sam z siebie, a nie z konieczności... Dlatego też bez zbędnych oporów zszedłem na dół do jadalni, gdzie większość już zaczynała posiłek.
Kiedy z zadowoleniem napełniałem swój niestety nadal lekko ściśnięty żołądek zauważyłem, że Blaise się nie pojawił. Na kolacji również go nie było.
Zrobiłem coś źle? Czy zmęczył się tak w ogrodzie, że zamierza przespać resztę dnia? Nie mam pojęcia.
Nie mogąc znaleźć nawet po kolacji Blaise'a z małym rozczarowaniem wróciłem do swojego pokoju rzuciłem się na łóżko zły, że zaczyna kumulować się we mnie wściekłość. Bo przecież dlaczego denerwuję się, że nie mogę go znaleźć? To jeden... z tu mieszkających. Nikt nadzwyczajny. Nie muszę przecież cały czas nad nim sterczeć.
Nie muszę, prawda?
_____________________
Zastanawiałam się ostatnio nad zmianą wyglądu tego bloga... jednak największym dylematem jest kolorystyka. W jakich kolorach najwygodniej Wam się czyta?
Blog o tematyce yaoi, czyli miłości między dwoma mężczyznami. Wszystkich zniesmaczonych i zdegustowanych proszę o opuszczenie tej strony i nie tracenie czasu na zostawianie złośliwych uwag. (Blog może zawierać opisy scen gwałtów, znęcań się, itd) +18
sobota, 10 września 2016
środa, 8 czerwca 2016
Rozdział 29 - Stracony
Wiecie co... Przeczytałam wszystkie Wasze komentarze pod każdym rozdziałem Straconego raz jeszcze. To aż niesamowite jak to zmotywowało. Przeżyłam to cholerne opowiadanie z waszej perspektywy. Śmiałam się wraz z waszymi słowami i płakałam jak głupek przy wyciskających łzy chwilach. I stwierdziłam, że to się tak skończyć nie może.
Jako iż przerwałam studia powinnam wziąść się ostro za robotę. Kawalerka już mi zbrzydła, w obecnej pracy kokosów nie zarabiam. Czas coś zrobić ze swoim życiem. Tak naprawdę chciałam już oficjalnie przerwać opowiadanie i porzucić pisanie. Ale po tych komentarzach po prostu nie potrafię. MUSZĘ to skończyć choćby zostało was tu tylko zaledwie kilku. Jestem aż sama zszokowana jak przeczytanie komentarzy pozostawionych tu przez te kilka lat wywarło na mnie tak silną presję.
Skończę to opowiadanie 200%. Nawet jeśli miałoby to trwać przez kolejne lata.
Kurde skończę!
-Pomóc ci?
Zajęty ściąganiem trampka ze stopy i prawdę mówiąc nieco zestresowany tym, co mnie czekało nie zwróciłem uwagi na ciche szczęknięcie zamka, które wybrzmiało przy zamykaniu drzwi przez nowo przybyłego. Dopiero jego słowa wypowiedziane bardzo niskim, wibrującym głosem przeniosły moje zainteresowanie z wrednego buta na jego osobę.
Uniosłem głowę by zobaczyć z kim przyjdzie odpracować mi moją pierwszą zmianę w tym jakże urokliwym burdeliku i szczerze powiedziawszy mocno się zdziwiłem. Już nawet nastawiłem się wczorajszego wieczoru pełnego przemyśleń na jakiegoś starego napaleńca po pięćdziesiątce. Tym bardziej, że jego głos był taki niski co tym bardziej naprowadzało mnie na kogoś w podeszłym wieku... A tu proszę. Przede mną stał wysoki... W porównaniu ze mną bardzo wysoki, młody mężczyzna o latynoskiej urodzie. Nie dałbym mu więcej niż dwadzieścia pięć, może siedem lat. W dodatku z brzydotą najwyraźniej się nie przyjaźnił bo buźkę miał całkiem, całkiem.
Tylko... jak ja mam się w tym momencie zachować? Czekać aż sam wszystko zainicjuje? Rzucić się na niego jak napalony kundel? Jejku... Wynocha stresie... idź sobie.
Zacznij grać. Po prostu. Wdech wydech i jedziesz z tym koksem. Hah... zobacz Cole... panuję nad sobą. I to jak.
Przedstawienie czas zacząć.
-Pewnie. -mruknąłem cicho wystawiając lekko stopę do przodu by mógł, tak jak chciał, pomóc mi ze zdejmowaniem buta.
Z szelmowskim uśmiechem podszedł do mnie i przyklęknął na jedno kolano zaczynając poluzowywać sznurówki w prawym bucie. Korzystając z okazji, że znajdował się o wiele bliżej mnie przyjrzałem się jego czarnym, lśniącym włosom wystylizowanym w młodzieżową fryzurę, króciutkie boki, nastroszona góra i grzywka. Być może to fryzura tak wizualnie go odmładza na pierwszy rzut oka...
Gdy delikatnym i zwinnym ruchem wyswobodził jedną z moich stóp z trampka zajął się drugą. Kiedy z nią również się uporał nie opuścił mojej lewej stopy tak jak poprzednią tylko delikatnie objął ją swoimi długimi palcami. Dopiero wówczas zauważyłem jak ciemną ma karnacje. Jego opalona dłoń na mojej mizernej, bladej stopie wyglądała jak poranna psia kupa na bielusieńkim śniegu.
Boże Yuuki... Prychnąłem cicho pod nosem rozbawiony własnymi skojarzeniami.
-Łaskoczę? -mój osobisty rozwiązywacz sznurowadeł uniósł głowę spoglądając ma mnie tymi piwnymi oczami, z małą, zieloną plamką w lewej tęczówce.
-Nieznacznie. -skłamałem chcąc uniknąć opowiadania mu o tym, jak to jego dłoń skojarzyła mi się z radosną niespodzianką pod śniegiem.
Uniósł się z kolan zostawiając moją stopę w spokoju.
-Zamieńmy się miejscami.
Wstałem posłusznie z łóżka tak jak chciał, a on usiadł w tym samym miejscu od razu pociągając mnie za nadgarstek i sadzając okrakiem na swoich udach. Przy jego długości nóg swoimi ledwo co dotykałem podłogi więc by w pierwszej chwili złapać równowagę chwyciłem go za ramię, tym samym odkrywając jego ładnie wyrzeźbione ciałko pod oliwkową koszulką z długim rękawem.
-Leciutki jesteś... Yuuki, tak?
-Zgadza się. -mruknąłem przesuwając dłonią po jego ramieniu niby to od niechcenia.
-Alex.
Kiedy Latynos sunął powoli czubkiem nosa po mojej szyi miałem wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Nie wiem czy moja pikawa waliła tak przez emocje czy zdenerwowanie, ale wiem, że w końcu poczułem że żyje, że posiadam inne emocje niż strach i ciągłe ukarzanie się. Teraz liczyłem się tu też ja. Muszę też dać coś od siebie... To już jest jakiś mały cel na najbliższe dni.
-To zdrobnienie? -mruknąłem spoglądając mu w oczy z nutką niewinności w spojrzeniu. Bo przecież jakby blond słoneczko zza konturu nic mi nie powiedziała...
-Zgadza się. -przedrzeźnił mnie kopiując ton mojej wcześniejszej odpowiedzi i przechylił się do tyłu tak, że teraz leżał na łóżku z nogami pozostawionymi na podłodze, a ja praktycznie siedziałem na jego biodrach.
No świetnie. Nie cacka się.
By złapać nieco stabilności w tej wyuzdanej pozycji rozparłem ramiona opierając się na dłoniach ulokowanych po obu stronach głowy Alexa, tym samym sprawiając, że nasze twarze były znacznie bliżej niż wcześniej.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że czuję się nieco skrepowany. Ha.. Dobre. Wcześniej każdy wymagał... Lub brał co chciał. Teraz muszę zastanawiać się czy to ja mam postawić pierwszy krok czy liczyć na inicjatywę klienta. Pogmatwane. Nieswojo. Tym bardziej że Latynos znajdujący się pode mną i na którym właśnie siedzę uśmiecha się do mnie tajemniczo... O cholerę mu chodzi?
-Wstydzisz się? -Wypalił nagle po krótkiej ciszy wypełnionej tylko wzajemnym mierzeniem się spojrzeniem.
Co do cholery?
- Nie... Dlaczego tak sądzisz?n-Mruknąłem odwracając twarz byle by już tylko na niego nie patrzeć.
-Bo się rumienisz. -zaśmiał się i przekręcił się ze mną sprawiając, że teraz to ja leżałem pod nim. -Mam nadzieję, że ten wstyd nie jest w całości udawany.
-Nie wstydzę się. -zmarszczyłem brwi.
-Słodki jesteś. Ciekawe czy w smaku również. -pochylił się nade mną i zaczął powoli całować moja szyję zsuwając się niżej ku krawędzi koszulki.
Uf... Cała na przód, tak?
-Bardzo Ci ładnie w tej koszulce ale już się jej pozbądźmy. -Złapał za brzegi mojego T-shirtu i sprawnym ruchem ściągnął go ze mnie z uśmiechem rzucając gdzieś za siebie i wznowił wolną wędrówkę ustami w dół mojego ciała.
-Też ściągnij. -mruknąłem pod nosem samotny w swojej nagości.
-Hm? -spojrzał na mnie znad mojego brzucha chcąc zrozumieć o co mi chodzi.
-Ściągaj. -zmarszczyłem brwi chcąc wzmocnić tym rozkazujący ton mojego głosu.
-Ah... skoro tak bardzo chcesz sobie popatrzeć. -z filuternym spojrzeniem pozbył się swojej górnej części garderoby równie szybko co mojej. -I jak? -ze śmiechem wyprostował się bym mógł w całości podziwiać jego mięśnie.
-Przydałby się jeszcze tatuaż "Ambasador Calvina Kleina"-burknąłem bez wzruszenia.
Latynos pochylił się nade mną tak by dosięgnąć mojego ucha.
-Mam taki na pośladku. -szepnął z ponętnym tonem.
-...serio? -ze skonsternowaniem złapałem jego rozbawiony wzrok.
-Sprawdzisz sobie. -mruknął zatykając mi po chwili usta delikatnym pocałunkiem.
No tak. Nie zapominajmy po co tak naprawdę tutaj przyszedł.
Podniosłem prawą dłoń i delikatnie ulokowałem ją na tyle głowy pochylającego się nade mną mężczyzny. Tak jak myślałem... jego włosy naprawdę były miękkie w dotyku.
Latynos najwyraźniej zachęcony moim gestem przeniósł rękę na moje udo i uniósł je lekko przyciskając do siebie. Podniósł się nieco po chwili przerywając pocałunek i cmoknął ze zniecierpliwieniem dotykając guzika od moich spodni.
-Nienawidzę zdejmować z kogoś rurek.
Zabrałem jego dłoń z mojego podbrzusza i sam odpiąłem guzik i rozpiąłem lekko zamek, po czym uniosłem biodra nadal leżąc i podsunąłem jedną stopę pod jego twarz.
-Ciągnij. -mruknąłem posyłając mu niewinny uśmiech.
Odwzajemniając uśmiech, lecz w zdecydowanie bardziej łobuzerskim wykonaniu pociągnął energicznie za jedną z nogawek ściągając nie tylko ją, ale także mnie metr niżej. Nieco zdziwiony zaśmiałem się kiedy Alex ze skupieniem oswobadzał moją drugą nogę znacznie ostrożniej niż wcześniej. Kiedy w końcu mu się to udało z udawanym naburmuszeniem odrzucił niemal pod same drzwi moje spodnie.
-Nigdy więcej rurek.
-Jak sobie życzysz. -opuściłem biodra i wsunąłem lekko kciuk za krawędź czarnych bokserek, w których pozostałem.
-Czyżbyś próbował mnie kusić? -mężczyzna z rozbawieniem spojrzał na moją dłoń ulokowaną na bieliźnie.
-Sam mnie rozbierasz. -mruknąłem marszcząc przekornie brwi.
-Bo ja mogę.
-A ja nie?
-Nie. -mruknął i schylił się by pocałować mnie w brzuch i ściągnąć samemu bokserki.
Nie tracąc zbędnie czasu jego usta poczynając sobie coraz śmielej i przede wszystkim niżej skutecznie dawały mi przypomnieć, że żyję i też mogą targać mną emocje. Szczerze powiedziawszy to nieco dziwne jak szybko zacząłem reagować na jego gesty. Może to i dobrze...
Nagle złapał mnie za kostkę i wywołując przy tym mój chichot ściągnął mnie jeszcze nieco niżej i ulokował sobie moje nogi na swoich ramionach. W jego dłoni pojawiła się mała buteleczka lubrykanta, która stała wcześniej na stoliku obok łóżka.
-Nie cackasz się. -mruknąłem spoglądając na niego.
-Nigdy. -puścił mi "oczko" i musnął ustami mojego uda.
Wyciskając na palce porcję przezroczystego żelu zaczął lekko podgryzać moją nogę spoglądając przy tym na mnie. Również gdy wsunął powoli pierwszy palec we mnie, nadal nie spuszczał ze mnie swojego ciekawskiego wzroku. Przez te natarczywe spojrzenie musiałem zagryźć wargę, gdy dołożył kolejny palec. Mimo, że miałem ochotę odwrócić wzrok tak jakbym już dawno to zrobił stale obserwowałem jego poczynania, jak pozostawia czerwony szlaczek na moim udzie i jak jego palce coraz to głębiej znikają we mnie. Z cichym sykiem oczy przymknąłem dopiero wtedy, kiedy nieco przekornie dopchnął trzeci palec wywołując przy tym co prawda mało miłe uczucie, ale nadal lepsze niż do tej pory odczuwałem przy tej czynności.
-Boli? -mruknął znad mojego uda nie przestając palcami torować sobie miejsce na coś większego.
Kiwając powoli głową na boki zaprzeczyłem unosząc się lekko na łokciach by móc patrzeć co robi, kiedy wyjąl ze mnie palce i sięgnął dłonią w kierunku nocnego stolika. Gdy dosięgnął jedną z leżących tam prezerwatyw opuścił moje nogi ze swoich ramion, wyprostował się górując nade mną swoją sylwetką i złapał brzeg paczuszki zębami po czym zdecydowanym ruchem otworzył ją.
Ok... w jego wykonaniu nawet otwieranie prezerwatywy jest cholernie seksowne.
-Chodź do mnie. -kiedy już uporał się z niezbędnym zabezpieczeniem wyciągnął dłoń w moją stronę chcąc żebym zbliżył się do niego.
Podniosłem się do siadu i przysunąłem bliżej niego za bardzo nie rozumiejąc co chce zrobić.
-Wyżej. -mruknął i po prostu usadził mnie na sobie.
Ahh... o to mu chodzi. Moment. To znaczy, że muszę... ok.
Położyłem mu ręce na ramionach bym mógł łatwiej się unieść nad jego biodrami. Kiedy upewniłem się, że dobrze "wycelowałem" opuściłem się powoli na jego penisa nie przestając patrzeć w jego oczy. Rozbawione oczy.
Zatrzymując się w połowie zmarszczyłem brwi wyrażając swoje niezadowolenie.
-Bawi cię to? -fuknąłem cicho nie przestając piorunować go spojrzeniem.
-Owszem. -nie przestając się uśmiechać pchnął mocniej biodrami wywołując tym samym mój cichy, sfrustrowany jęk.
Z wymalowanym zadowoleniem na twarzy położył dłonie na mojej miednicy i delikatnie uniósł mnie by wykonać kolejny ruch. Dopasowując się do ruchu jego rąk opuściłem się ponownie w nadanym przez niego tempie i uniosłem w górę idąc za jego miarowym rytmem, jaki wyznaczały jego dłonie. Oplotłem ramionami jego szyję, żebym mógł trzymać się go pewniej podczas gdy on korzystając z faktu, że miał mój obojczyk pod nosem postanowił zostawić na nim tak jak na moim udzie małe, czerwone znaczniki jego obecności.
Burdel. Dobrowolnie posuwany przez faceta. I nie jest mi z tym źle.
Huh.
A czy powinno być? Mam czuć się brudny, targany wyrzutami sumienia i wątpliwościami?
Nie. Miałem się nad sobą nie rozczulać. Nie myśleć o niczym związanym ze sposobem mojego życia, bo nigdzie mnie to nie zaprowadzi. Chyba że do wariatkowa.
Zamknąłem oczy odpędzając od siebie wszystkie niepotrzebne myśli i wczułem się w swoje i jego ruchy. Hedonizm. To dobry sposób na spędzenie najbliższej przyszłości.
* * *
Uniosłem się lekko z pozycji leżącej opierając głowę na rękach i spojrzałem na twarz leżącego obok mnie mężczyzny. Miał zamknięte oczy, ale nie spał. Szczerze powiedziawszy urzeka mnie jego uroda. Taka męska twarz... Zdecydowanie seksapilu mu nie brak. Po co ktoś taki jak on... Młody, przystojny i w ogóle miły i pociągający przychodzi do takich miejsc jak to... Gdyby chciał mógłby bez problemu znaleźć sobie kogo zapragnie, bez wydawania pieniędzy... Zresztą nie mój biznes.
-Co mi się tak przyglądasz? -otworzył oczy i podparł głowę na łokciu zbliżając tym samym swoją twarz do mojej.
-Podoba mi się ta plamka. -Mruknąłem wpatrując się w jego tęczówkę.
-Plamka? -zapytał z zaciekawieniem.
-W lewym oku. -Wyjaśniłem wskazując lekko podbródkiem na jego twarz.
-Ah... Ta plamka. Jesteś jednym z nielicznych, którzy w ogóle zwrócili na nią uwagę. Bystre oczka masz.
-Bystre oczka zauważyły również, że żadnego tatuażu na pośladku nie masz.
-Jesteś całkowicie pewien?
-Jeśli tym tatuażem jest kropka... to ciężko będzie mi ją zauważyć.
-Sądzę, ze jeszcze będziesz miał okazję się upewnić co do jej obecności. -oh... zdobyłem stałego klienta? Takim jak Alex to nie pogardzę.
-Byłoby fajnie. -przekrzywiłem głowę i zamachałem lekko nogami w powietrzu.
-Zbieram się. -z uśmiechem klepnął mnie lekko w pośladek i wstał z łóżka.
Dalej leżąc na brzuchu i machając swobodnie nogami obserwowałem go jak naciąga na swoje biodra ciemne jeansy i wciąga z powrotem oliwkową koszulkę z długim rękawem. Zdecydowanie pasuje mu ten kolor. Kiedy odnajdywał swoje buty pozbierał również moje rzeczy i przyniósł je do mnie.
-Dzięki. -uśmiechnąłem się z wdzięcznością i usiadłem prosto stawiając nogi na ziemię.
-Do następnego. -mruknął i schylił się by pocałować mnie przelotnie w czoło.
-Pa. -odprowadziłem mężczyznę wzrokiem do samych drzwi i nie przestawałem spoglądać za nim nawet kiedy drzwi zamknęły się zostawiając mnie samego w pokoju, gdzie właśnie odpracowałem swojego pierwszego klienta.
Ok... ubieraj się Yuuki.
Wciągając na siebie cholerne rurki i białą koszulkę spieszyłem się jak mogłem i skupiałem swoje myśli tylko i wyłącznie na ubraniach i samej czynności zakładania ich. Nie mogę zostać sam w takim miejscu po czymś takim. Za dużo myśli. Za dużo wrażeń.
Wynoś się stąd Yuuki.
Wsuwając stopy w trampki w drodze do drzwi nawet nie zaprzątałem sobie głowy ich zawiązaniem. Byle jak najszybciej ewakuować się z tej części domu. Domu... pff, budynku.
Oczywiście za drzwiami prawie zderzyłem się z Colem. Co on tu tak szybko robi?
-Woh, uwaga bo cię zmiażdzę swoim brzuchem. -zaśmiał się jakby był faktycznie jakiś niesamowicie spasiony i złapał si e za swój brzuch w mikołajowym geście. -Nie no... Buty zawiąż bo zabijesz się na schodach. -zmierzył krytycznym spojrzeniem moje rozwiązane trampki i wyczekująco na nie spoglądał dopóki nie schyliłem się i nie zawiązałem ich w końcu.
-No... I jak tam? Powinienem wiedzieć o czymś wcześniej zanim pójdę zapytać Zoe czy twój klient w ogóle zapłacił?
-Skądże. -mruknąłem łapiąc się za kark. Naprawdę chcę już wyjść z tego burdelowego korytarza.
-Oh więc jak, podobało ci się?
Podobało? Czy mi się podobało? Nie powinno się Alexowi podobać? Ale... Chyba mi się podobało.
-Co to za uśmiech.. -zaśmiał się Cole widząc moje wahanie. -Chociaż czekaj.... Z uśmiechem w ogóle cię nie poznaje. Czy to na pewno nadal ty?
-Owszem. -ostentacyjnie przewróciłem oczami puszczając swój kark i spojrzałem w stronę drzwi.
-Mam rozumieć, że się rozładowałeś? -zapytał ciągnąc temat z zadowoloną miną.
-Rozładowałem? -to nie głupie, w końcu też jestem tylko człowiekiem... -Możliwe.
-Naprawdę cię nie poznaję. -ze zdziwieniem Cole podrapał się po głowie i widząc moje tęskne spojrzenie w stronę drzwi machnął dłonią na wyjście. -Ah, no tak. Idź idź, nie zatrzymuję cię. W końcu masz już dziś wolne.
Skinąłem mu głową z niemałą ulgą i uciekłem z tej części domu chcąc jak najszybciej dostać się do swojego pokoju, wziąć szybki prysznic i bez rozmyślań pójść spać.
Ale czy rzeczywiście jestem zadowolony? Czy nie przyjąłem tego wszystkiego zbyt łatwo? W końcu to burdel, ja oddaję swój tyłek ludziom, których nie znam, a Cole ma z tego korzyści. Jestem zadowolony z takiego stanu rzeczy?
Powinienem.
Bo cokolwiek się teraz dzieje lub ma wydarzyć nie będzie gorsze od tego co już przeżyłem wcześniej...
Nie! Do pokoju, prysznic i spać! Nie myśleć. Tylko czerpać.
Jako iż przerwałam studia powinnam wziąść się ostro za robotę. Kawalerka już mi zbrzydła, w obecnej pracy kokosów nie zarabiam. Czas coś zrobić ze swoim życiem. Tak naprawdę chciałam już oficjalnie przerwać opowiadanie i porzucić pisanie. Ale po tych komentarzach po prostu nie potrafię. MUSZĘ to skończyć choćby zostało was tu tylko zaledwie kilku. Jestem aż sama zszokowana jak przeczytanie komentarzy pozostawionych tu przez te kilka lat wywarło na mnie tak silną presję.
Skończę to opowiadanie 200%. Nawet jeśli miałoby to trwać przez kolejne lata.
Kurde skończę!
-Pomóc ci?
Zajęty ściąganiem trampka ze stopy i prawdę mówiąc nieco zestresowany tym, co mnie czekało nie zwróciłem uwagi na ciche szczęknięcie zamka, które wybrzmiało przy zamykaniu drzwi przez nowo przybyłego. Dopiero jego słowa wypowiedziane bardzo niskim, wibrującym głosem przeniosły moje zainteresowanie z wrednego buta na jego osobę.
Uniosłem głowę by zobaczyć z kim przyjdzie odpracować mi moją pierwszą zmianę w tym jakże urokliwym burdeliku i szczerze powiedziawszy mocno się zdziwiłem. Już nawet nastawiłem się wczorajszego wieczoru pełnego przemyśleń na jakiegoś starego napaleńca po pięćdziesiątce. Tym bardziej, że jego głos był taki niski co tym bardziej naprowadzało mnie na kogoś w podeszłym wieku... A tu proszę. Przede mną stał wysoki... W porównaniu ze mną bardzo wysoki, młody mężczyzna o latynoskiej urodzie. Nie dałbym mu więcej niż dwadzieścia pięć, może siedem lat. W dodatku z brzydotą najwyraźniej się nie przyjaźnił bo buźkę miał całkiem, całkiem.
Tylko... jak ja mam się w tym momencie zachować? Czekać aż sam wszystko zainicjuje? Rzucić się na niego jak napalony kundel? Jejku... Wynocha stresie... idź sobie.
Zacznij grać. Po prostu. Wdech wydech i jedziesz z tym koksem. Hah... zobacz Cole... panuję nad sobą. I to jak.
Przedstawienie czas zacząć.
-Pewnie. -mruknąłem cicho wystawiając lekko stopę do przodu by mógł, tak jak chciał, pomóc mi ze zdejmowaniem buta.
Z szelmowskim uśmiechem podszedł do mnie i przyklęknął na jedno kolano zaczynając poluzowywać sznurówki w prawym bucie. Korzystając z okazji, że znajdował się o wiele bliżej mnie przyjrzałem się jego czarnym, lśniącym włosom wystylizowanym w młodzieżową fryzurę, króciutkie boki, nastroszona góra i grzywka. Być może to fryzura tak wizualnie go odmładza na pierwszy rzut oka...
Gdy delikatnym i zwinnym ruchem wyswobodził jedną z moich stóp z trampka zajął się drugą. Kiedy z nią również się uporał nie opuścił mojej lewej stopy tak jak poprzednią tylko delikatnie objął ją swoimi długimi palcami. Dopiero wówczas zauważyłem jak ciemną ma karnacje. Jego opalona dłoń na mojej mizernej, bladej stopie wyglądała jak poranna psia kupa na bielusieńkim śniegu.
Boże Yuuki... Prychnąłem cicho pod nosem rozbawiony własnymi skojarzeniami.
-Łaskoczę? -mój osobisty rozwiązywacz sznurowadeł uniósł głowę spoglądając ma mnie tymi piwnymi oczami, z małą, zieloną plamką w lewej tęczówce.
-Nieznacznie. -skłamałem chcąc uniknąć opowiadania mu o tym, jak to jego dłoń skojarzyła mi się z radosną niespodzianką pod śniegiem.
Uniósł się z kolan zostawiając moją stopę w spokoju.
-Zamieńmy się miejscami.
Wstałem posłusznie z łóżka tak jak chciał, a on usiadł w tym samym miejscu od razu pociągając mnie za nadgarstek i sadzając okrakiem na swoich udach. Przy jego długości nóg swoimi ledwo co dotykałem podłogi więc by w pierwszej chwili złapać równowagę chwyciłem go za ramię, tym samym odkrywając jego ładnie wyrzeźbione ciałko pod oliwkową koszulką z długim rękawem.
-Leciutki jesteś... Yuuki, tak?
-Zgadza się. -mruknąłem przesuwając dłonią po jego ramieniu niby to od niechcenia.
-Alex.
Kiedy Latynos sunął powoli czubkiem nosa po mojej szyi miałem wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Nie wiem czy moja pikawa waliła tak przez emocje czy zdenerwowanie, ale wiem, że w końcu poczułem że żyje, że posiadam inne emocje niż strach i ciągłe ukarzanie się. Teraz liczyłem się tu też ja. Muszę też dać coś od siebie... To już jest jakiś mały cel na najbliższe dni.
-To zdrobnienie? -mruknąłem spoglądając mu w oczy z nutką niewinności w spojrzeniu. Bo przecież jakby blond słoneczko zza konturu nic mi nie powiedziała...
-Zgadza się. -przedrzeźnił mnie kopiując ton mojej wcześniejszej odpowiedzi i przechylił się do tyłu tak, że teraz leżał na łóżku z nogami pozostawionymi na podłodze, a ja praktycznie siedziałem na jego biodrach.
No świetnie. Nie cacka się.
By złapać nieco stabilności w tej wyuzdanej pozycji rozparłem ramiona opierając się na dłoniach ulokowanych po obu stronach głowy Alexa, tym samym sprawiając, że nasze twarze były znacznie bliżej niż wcześniej.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że czuję się nieco skrepowany. Ha.. Dobre. Wcześniej każdy wymagał... Lub brał co chciał. Teraz muszę zastanawiać się czy to ja mam postawić pierwszy krok czy liczyć na inicjatywę klienta. Pogmatwane. Nieswojo. Tym bardziej że Latynos znajdujący się pode mną i na którym właśnie siedzę uśmiecha się do mnie tajemniczo... O cholerę mu chodzi?
-Wstydzisz się? -Wypalił nagle po krótkiej ciszy wypełnionej tylko wzajemnym mierzeniem się spojrzeniem.
Co do cholery?
- Nie... Dlaczego tak sądzisz?n-Mruknąłem odwracając twarz byle by już tylko na niego nie patrzeć.
-Bo się rumienisz. -zaśmiał się i przekręcił się ze mną sprawiając, że teraz to ja leżałem pod nim. -Mam nadzieję, że ten wstyd nie jest w całości udawany.
-Nie wstydzę się. -zmarszczyłem brwi.
-Słodki jesteś. Ciekawe czy w smaku również. -pochylił się nade mną i zaczął powoli całować moja szyję zsuwając się niżej ku krawędzi koszulki.
Uf... Cała na przód, tak?
-Bardzo Ci ładnie w tej koszulce ale już się jej pozbądźmy. -Złapał za brzegi mojego T-shirtu i sprawnym ruchem ściągnął go ze mnie z uśmiechem rzucając gdzieś za siebie i wznowił wolną wędrówkę ustami w dół mojego ciała.
-Też ściągnij. -mruknąłem pod nosem samotny w swojej nagości.
-Hm? -spojrzał na mnie znad mojego brzucha chcąc zrozumieć o co mi chodzi.
-Ściągaj. -zmarszczyłem brwi chcąc wzmocnić tym rozkazujący ton mojego głosu.
-Ah... skoro tak bardzo chcesz sobie popatrzeć. -z filuternym spojrzeniem pozbył się swojej górnej części garderoby równie szybko co mojej. -I jak? -ze śmiechem wyprostował się bym mógł w całości podziwiać jego mięśnie.
-Przydałby się jeszcze tatuaż "Ambasador Calvina Kleina"-burknąłem bez wzruszenia.
Latynos pochylił się nade mną tak by dosięgnąć mojego ucha.
-Mam taki na pośladku. -szepnął z ponętnym tonem.
-...serio? -ze skonsternowaniem złapałem jego rozbawiony wzrok.
-Sprawdzisz sobie. -mruknął zatykając mi po chwili usta delikatnym pocałunkiem.
No tak. Nie zapominajmy po co tak naprawdę tutaj przyszedł.
Podniosłem prawą dłoń i delikatnie ulokowałem ją na tyle głowy pochylającego się nade mną mężczyzny. Tak jak myślałem... jego włosy naprawdę były miękkie w dotyku.
Latynos najwyraźniej zachęcony moim gestem przeniósł rękę na moje udo i uniósł je lekko przyciskając do siebie. Podniósł się nieco po chwili przerywając pocałunek i cmoknął ze zniecierpliwieniem dotykając guzika od moich spodni.
-Nienawidzę zdejmować z kogoś rurek.
Zabrałem jego dłoń z mojego podbrzusza i sam odpiąłem guzik i rozpiąłem lekko zamek, po czym uniosłem biodra nadal leżąc i podsunąłem jedną stopę pod jego twarz.
-Ciągnij. -mruknąłem posyłając mu niewinny uśmiech.
Odwzajemniając uśmiech, lecz w zdecydowanie bardziej łobuzerskim wykonaniu pociągnął energicznie za jedną z nogawek ściągając nie tylko ją, ale także mnie metr niżej. Nieco zdziwiony zaśmiałem się kiedy Alex ze skupieniem oswobadzał moją drugą nogę znacznie ostrożniej niż wcześniej. Kiedy w końcu mu się to udało z udawanym naburmuszeniem odrzucił niemal pod same drzwi moje spodnie.
-Nigdy więcej rurek.
-Jak sobie życzysz. -opuściłem biodra i wsunąłem lekko kciuk za krawędź czarnych bokserek, w których pozostałem.
-Czyżbyś próbował mnie kusić? -mężczyzna z rozbawieniem spojrzał na moją dłoń ulokowaną na bieliźnie.
-Sam mnie rozbierasz. -mruknąłem marszcząc przekornie brwi.
-Bo ja mogę.
-A ja nie?
-Nie. -mruknął i schylił się by pocałować mnie w brzuch i ściągnąć samemu bokserki.
Nie tracąc zbędnie czasu jego usta poczynając sobie coraz śmielej i przede wszystkim niżej skutecznie dawały mi przypomnieć, że żyję i też mogą targać mną emocje. Szczerze powiedziawszy to nieco dziwne jak szybko zacząłem reagować na jego gesty. Może to i dobrze...
Nagle złapał mnie za kostkę i wywołując przy tym mój chichot ściągnął mnie jeszcze nieco niżej i ulokował sobie moje nogi na swoich ramionach. W jego dłoni pojawiła się mała buteleczka lubrykanta, która stała wcześniej na stoliku obok łóżka.
-Nie cackasz się. -mruknąłem spoglądając na niego.
-Nigdy. -puścił mi "oczko" i musnął ustami mojego uda.
Wyciskając na palce porcję przezroczystego żelu zaczął lekko podgryzać moją nogę spoglądając przy tym na mnie. Również gdy wsunął powoli pierwszy palec we mnie, nadal nie spuszczał ze mnie swojego ciekawskiego wzroku. Przez te natarczywe spojrzenie musiałem zagryźć wargę, gdy dołożył kolejny palec. Mimo, że miałem ochotę odwrócić wzrok tak jakbym już dawno to zrobił stale obserwowałem jego poczynania, jak pozostawia czerwony szlaczek na moim udzie i jak jego palce coraz to głębiej znikają we mnie. Z cichym sykiem oczy przymknąłem dopiero wtedy, kiedy nieco przekornie dopchnął trzeci palec wywołując przy tym co prawda mało miłe uczucie, ale nadal lepsze niż do tej pory odczuwałem przy tej czynności.
-Boli? -mruknął znad mojego uda nie przestając palcami torować sobie miejsce na coś większego.
Kiwając powoli głową na boki zaprzeczyłem unosząc się lekko na łokciach by móc patrzeć co robi, kiedy wyjąl ze mnie palce i sięgnął dłonią w kierunku nocnego stolika. Gdy dosięgnął jedną z leżących tam prezerwatyw opuścił moje nogi ze swoich ramion, wyprostował się górując nade mną swoją sylwetką i złapał brzeg paczuszki zębami po czym zdecydowanym ruchem otworzył ją.
Ok... w jego wykonaniu nawet otwieranie prezerwatywy jest cholernie seksowne.
-Chodź do mnie. -kiedy już uporał się z niezbędnym zabezpieczeniem wyciągnął dłoń w moją stronę chcąc żebym zbliżył się do niego.
Podniosłem się do siadu i przysunąłem bliżej niego za bardzo nie rozumiejąc co chce zrobić.
-Wyżej. -mruknął i po prostu usadził mnie na sobie.
Ahh... o to mu chodzi. Moment. To znaczy, że muszę... ok.
Położyłem mu ręce na ramionach bym mógł łatwiej się unieść nad jego biodrami. Kiedy upewniłem się, że dobrze "wycelowałem" opuściłem się powoli na jego penisa nie przestając patrzeć w jego oczy. Rozbawione oczy.
Zatrzymując się w połowie zmarszczyłem brwi wyrażając swoje niezadowolenie.
-Bawi cię to? -fuknąłem cicho nie przestając piorunować go spojrzeniem.
-Owszem. -nie przestając się uśmiechać pchnął mocniej biodrami wywołując tym samym mój cichy, sfrustrowany jęk.
Z wymalowanym zadowoleniem na twarzy położył dłonie na mojej miednicy i delikatnie uniósł mnie by wykonać kolejny ruch. Dopasowując się do ruchu jego rąk opuściłem się ponownie w nadanym przez niego tempie i uniosłem w górę idąc za jego miarowym rytmem, jaki wyznaczały jego dłonie. Oplotłem ramionami jego szyję, żebym mógł trzymać się go pewniej podczas gdy on korzystając z faktu, że miał mój obojczyk pod nosem postanowił zostawić na nim tak jak na moim udzie małe, czerwone znaczniki jego obecności.
Burdel. Dobrowolnie posuwany przez faceta. I nie jest mi z tym źle.
Huh.
A czy powinno być? Mam czuć się brudny, targany wyrzutami sumienia i wątpliwościami?
Nie. Miałem się nad sobą nie rozczulać. Nie myśleć o niczym związanym ze sposobem mojego życia, bo nigdzie mnie to nie zaprowadzi. Chyba że do wariatkowa.
Zamknąłem oczy odpędzając od siebie wszystkie niepotrzebne myśli i wczułem się w swoje i jego ruchy. Hedonizm. To dobry sposób na spędzenie najbliższej przyszłości.
* * *
Uniosłem się lekko z pozycji leżącej opierając głowę na rękach i spojrzałem na twarz leżącego obok mnie mężczyzny. Miał zamknięte oczy, ale nie spał. Szczerze powiedziawszy urzeka mnie jego uroda. Taka męska twarz... Zdecydowanie seksapilu mu nie brak. Po co ktoś taki jak on... Młody, przystojny i w ogóle miły i pociągający przychodzi do takich miejsc jak to... Gdyby chciał mógłby bez problemu znaleźć sobie kogo zapragnie, bez wydawania pieniędzy... Zresztą nie mój biznes.
-Co mi się tak przyglądasz? -otworzył oczy i podparł głowę na łokciu zbliżając tym samym swoją twarz do mojej.
-Podoba mi się ta plamka. -Mruknąłem wpatrując się w jego tęczówkę.
-Plamka? -zapytał z zaciekawieniem.
-W lewym oku. -Wyjaśniłem wskazując lekko podbródkiem na jego twarz.
-Ah... Ta plamka. Jesteś jednym z nielicznych, którzy w ogóle zwrócili na nią uwagę. Bystre oczka masz.
-Bystre oczka zauważyły również, że żadnego tatuażu na pośladku nie masz.
-Jesteś całkowicie pewien?
-Jeśli tym tatuażem jest kropka... to ciężko będzie mi ją zauważyć.
-Sądzę, ze jeszcze będziesz miał okazję się upewnić co do jej obecności. -oh... zdobyłem stałego klienta? Takim jak Alex to nie pogardzę.
-Byłoby fajnie. -przekrzywiłem głowę i zamachałem lekko nogami w powietrzu.
-Zbieram się. -z uśmiechem klepnął mnie lekko w pośladek i wstał z łóżka.
Dalej leżąc na brzuchu i machając swobodnie nogami obserwowałem go jak naciąga na swoje biodra ciemne jeansy i wciąga z powrotem oliwkową koszulkę z długim rękawem. Zdecydowanie pasuje mu ten kolor. Kiedy odnajdywał swoje buty pozbierał również moje rzeczy i przyniósł je do mnie.
-Dzięki. -uśmiechnąłem się z wdzięcznością i usiadłem prosto stawiając nogi na ziemię.
-Do następnego. -mruknął i schylił się by pocałować mnie przelotnie w czoło.
-Pa. -odprowadziłem mężczyznę wzrokiem do samych drzwi i nie przestawałem spoglądać za nim nawet kiedy drzwi zamknęły się zostawiając mnie samego w pokoju, gdzie właśnie odpracowałem swojego pierwszego klienta.
Ok... ubieraj się Yuuki.
Wciągając na siebie cholerne rurki i białą koszulkę spieszyłem się jak mogłem i skupiałem swoje myśli tylko i wyłącznie na ubraniach i samej czynności zakładania ich. Nie mogę zostać sam w takim miejscu po czymś takim. Za dużo myśli. Za dużo wrażeń.
Wynoś się stąd Yuuki.
Wsuwając stopy w trampki w drodze do drzwi nawet nie zaprzątałem sobie głowy ich zawiązaniem. Byle jak najszybciej ewakuować się z tej części domu. Domu... pff, budynku.
Oczywiście za drzwiami prawie zderzyłem się z Colem. Co on tu tak szybko robi?
-Woh, uwaga bo cię zmiażdzę swoim brzuchem. -zaśmiał się jakby był faktycznie jakiś niesamowicie spasiony i złapał si e za swój brzuch w mikołajowym geście. -Nie no... Buty zawiąż bo zabijesz się na schodach. -zmierzył krytycznym spojrzeniem moje rozwiązane trampki i wyczekująco na nie spoglądał dopóki nie schyliłem się i nie zawiązałem ich w końcu.
-No... I jak tam? Powinienem wiedzieć o czymś wcześniej zanim pójdę zapytać Zoe czy twój klient w ogóle zapłacił?
-Skądże. -mruknąłem łapiąc się za kark. Naprawdę chcę już wyjść z tego burdelowego korytarza.
-Oh więc jak, podobało ci się?
Podobało? Czy mi się podobało? Nie powinno się Alexowi podobać? Ale... Chyba mi się podobało.
-Co to za uśmiech.. -zaśmiał się Cole widząc moje wahanie. -Chociaż czekaj.... Z uśmiechem w ogóle cię nie poznaje. Czy to na pewno nadal ty?
-Owszem. -ostentacyjnie przewróciłem oczami puszczając swój kark i spojrzałem w stronę drzwi.
-Mam rozumieć, że się rozładowałeś? -zapytał ciągnąc temat z zadowoloną miną.
-Rozładowałem? -to nie głupie, w końcu też jestem tylko człowiekiem... -Możliwe.
-Naprawdę cię nie poznaję. -ze zdziwieniem Cole podrapał się po głowie i widząc moje tęskne spojrzenie w stronę drzwi machnął dłonią na wyjście. -Ah, no tak. Idź idź, nie zatrzymuję cię. W końcu masz już dziś wolne.
Skinąłem mu głową z niemałą ulgą i uciekłem z tej części domu chcąc jak najszybciej dostać się do swojego pokoju, wziąć szybki prysznic i bez rozmyślań pójść spać.
Ale czy rzeczywiście jestem zadowolony? Czy nie przyjąłem tego wszystkiego zbyt łatwo? W końcu to burdel, ja oddaję swój tyłek ludziom, których nie znam, a Cole ma z tego korzyści. Jestem zadowolony z takiego stanu rzeczy?
Powinienem.
Bo cokolwiek się teraz dzieje lub ma wydarzyć nie będzie gorsze od tego co już przeżyłem wcześniej...
Nie! Do pokoju, prysznic i spać! Nie myśleć. Tylko czerpać.
niedziela, 8 maja 2016
Rozdział 28 - Stracony
A co tam ten miesiąc. Niedorobione, mimo to łapcie!
-Tu jesteście...
Uniosłem głowę spoglądając na stojącego w drzwiach schowku Cole'a. Ze smutnym spojrzeniem spojrzał na mnie, siedzącego między nogami Blaise'a, który jak się okazało ucinał sobie właśnie drzemkę zapominając o otaczającym go świecie.
-Chodź Yuuki. -wyciągnął rękę by pomóc mi wstać z podłogi.
Obejrzałem się za siebie spoglądając na drzemiącego chłopaka. Mam go obudzić? Zostać tu?
-Nie przejmuj się. On często tu śpi. -spojrzałem na stojącego nade mną mężczyznę i na wyciągniętą dłoń w moją stronę. -Yuuki. -skierowałem wzrok na jego twarz. -Musimy porozmawiać. No dalej, chodź. -wskazał głową na swoją dłoń bym ją chwycił.
Jak chciał, tak zrobiłem. Wspomagając się jego ręką wstałem powoli z podłogi, uważając na śpiącego Blaise'a. Cole zamknął cicho drzwi od schowka zostawiając białowłosego w środku. Przepuszczając mnie w każdych drzwiach, które napotkaliśmy po drodze zaprowadził mnie do swojego gabinetu. Ustępując mi miejsce w jego drzwiach, Cole wskazał krzesło przy biurku i poprosił żebym usiadł.
-Jesteś może głodny? Nie chcesz niczego się napić? -zapytał od razu by nie stwarzać tej krępującej ciszy. -Jesteś pewien? Mogę przynieść cokolwiek zechcesz. -zapytał raz jeszcze, kiedy odmówiłem przeczącym kiwnięciem głowy. -No dobrze. -mruknął cicho siadając za biurkiem po przeciwnej stronie.
Cholera. Nie mogę pozwolić, żeby wyrzucił mnie z grafiku. Nie zniosę kolejnych dni jeśli będę musiał siedzieć bezczynnie bez żadnego celu. To chore. Co ja mam zrobić z tą bezczynnością?
-Przepraszam. to się więcej nie powtórzy. -spojrzałem na mężczyznę ze wzrokiem wyrażającym skruchę by dać mu do zrozumienia, że rozumiem swój błąd. -Nadal mogę zacząć zajmować się klientami.
Cole popatrzył na mnie z niedowierzaniem i złapał się dwoma palcami za mostek nosa, kręcąc przy tym lekko głową na boki.
-Boję się Yuuki, że seks stanie się dla ciebie odskocznią od rzeczywistości. Nie chcę, żeby coś takiego pomagało ci uciekać od problemów. Już wolałbym żebyś spał po kątach jak Blaise... -westchnął pocierając dłonią kark - Chociaż to także nie jest dobre rozwiązanie. -mruknął wstając z fotela i podszedł do okna.
Krzyżując ramiona na piersi spojrzał przez szybę i wziął głęboki wdech wypuszczając powoli powietrze.
-Przepraszam cię Yuuki. Nie pomyślałem, że może się tu pojawić. Tym bardziej, że nie wiedział, że znajdujesz się właśnie pod moją opieką. Załatwiałem z nim tylko interesy...
Skrzywiłem się słysząc jak zaczyna wspominać daną osobę. Nie chcę o NIM rozmawiać.
-Nic się nie sta... -zacząłem by nie poruszał dalej tego tematu lecz przerwał mi w połowie słowa.
-Stało się. -odwrócił się w moją stronę. -Stało się, Yuuki. -spojrzał na mnie w ten cholerny, litościwy sposób. W jego zmartwionym wyrazie twarzy najbardziej uderzył mnie ogrom troski, który bił po oczach.
Bez sensu. Niech nie przesadza. Powinno mu właśnie zależeć bym jak najszybciej zaczął zarabiać dla niego pieniądze swoim tyłkiem, a nie ciągle tylko wszystko komplikował. Martwi się? Chyba tylko tym, że nie wyrobię dziennej normy. Mam dość tych udawanych uprzejmości.
-Nie rozumiem cię. To ja będę dawał się wydymać starym napaleńcom a nie ty. -splotłem ręce spoglądając gdzieś w bok, byleby nie patrzeć na jego udawaną dobroduszność. -Już się przejechałem na takiej dobroci. -mruknąłem z goryczą. -Dla ciebie to tylko biznes. Bycie miłym dla mnie i reszty jest dla ciebie pracą, którą musisz odwalić, żeby napełnić swoje kieszenie. -spojrzałem na niego hardo by pokazać mu, że ja tak łatwo jak inni nie dam się omamić.
Nie. Wcale nie widziałem, że sprawiłem mu przykrość tymi słowami. Wcale nie obchodzi mnie to, że będzie się martwić. W końcu to teatr. Nie można wychodzić ze swoich ról.
-Tak, to prawda, to tylko biznes. Ale nic nie poradzę, że zbyt łatwo się do was przywiązuję. Więc nie mów tak proszę. -podszedł z powrotem do biurka i usiadł w swoim obrotowym fotelu. -Rozumiem twój punkt widzenia i nie proszę, byś zrozumiał mój. Ale ja tu decyduję. A każda moja decyzja będzie rozpatrywana przez pryzmat twojego dobra. Poza tym cieszę się, że w końcu widzę u ciebie inne emocji niż obojętność czy smutek, nawet jeśli nie są one zbyt pozytywne.
I jak gdyby nigdy nic uśmiechnął się do mnie promiennie wprawiając mnie tym samym w stan totalnego osłupienia. To ja mając niepokolei w głowie, chcę go podburzyć, a on spokojnie szczerzy się do mnie? Co tu się do cholery dzieje?
-Lecz przepraszam cię Yuuki, nie mogę ci pozwolić w najbliższym czasie przyjmować klientów.
-Dlaczego... dlaczego?! -wstałem szybko odsuwając gwałtownie do tyłu krzesło, na którym siedziałem. -Proszę... do cholery... nie mam nic, nawet celu na kolejny dzień, pozwól mi pracować. -spojrzałem na niego błagalnym wzrokiem. -Chcę robić to tylko dlatego, że do niczego innego się nie nadaję. Proszę cię, nie wyrzucaj mnie z grafiku...
-Nie możesz mi obiecać, że normalnie zareagujesz na klienta. Widzę to, widzę, że nie jest tak jakbyś chciał. Pozwól sobie pomóc.
-Praca mi pomoże.
-Tego nie wiesz.
-Wiem! -uderzyłem pięścią w biurko i już ze łzami w oczach opadłem z powrotem na krzesło.
Nie becz głupku. Nie pora na robienie z siebie cierpiętnika. Przetarłem wierzchem dłoni oczy by pozbyć się zdradzieckich śladów, które pokazywały jakim cieniasem jestem. Widzisz Cole? Nie siedzę skulony w kącie i nie ryczę bez opamiętania. Potrafię się ogarnąć.
Czasami.
-Dlaczego tak ci na tym zależy? -spojrzał na mnie powątpiewająco opierając głowę na ręce podpartej na łokciu.
-Zdechnę w bezczynności.
-Oh rany... -przeczesał dłonią włosy i westchnął prostując się w fotelu. -Jeden klient. Spalisz, wylatujesz na miesiąc z grafiku lub na dłużej jeśli uznam, że jest taka potrzeba.
-Uwielbiam cię. -rzuciłem bez wzruszenia, gdzie tak naprawdę cieszyłem się jak małe dziecko z kilograma cukierków. Ha ha, yey. Sprzedam swój tyłek staremu oblechowi. Rzeczywiście jest się z czego cieszyć.
-A idź ty. -mruknął machając dłonią w stronę drzwi. Mimo, że Cole próbował udawać złego zauważyłem na jego twarzy cień uśmiechu. Rozbawiłem go czymś?
-Ok. -wstałem z krzesła i z zadowoleniem skierowałem się w stronę drzwi. Yes, yes, yes! Koniec z tą stagnacją.
-Wracaj tu... -jęknął wskazując mi krzesło, które dopiero co opuściłem. -Chcesz się czegoś dowiedzieć o tym co cię czeka czy lecisz jutro na żywioł?
-Ah... no tak. -zawróciłem potulnie i klapnąłem posłusznie na siedzenie splatając grzecznie dłonie na kolanach.
-Przede wszystkim chciałbym żebyś wiedział, że Eric nie ma tu już wstępu. -zaznaczył to mocno nie tylko tonem głosu ale również lekko miażdżącym mnie spojrzeniem. Specjalnie użył jego imienia? -Poza tym... pamiętaj, ten budynek to nie pierwsza lepsza spelunka, tylko... ekskluzywny lokal? -zastanowił się chwilę nad doborem swoich słów i pokręcił głową na boki. -W każdym razie ceń się. Jeśli Zoe nie powie ci o żadnych specjalnych wymaganiach jakie może mieć dany klient, nie zgadzaj się na rzeczy, które cię zaniepokoją. Rozumiesz? -kiwnąłem potakująco głową kiedy spojrzał na mnie wyczekując odpowiedzi. -Jednocześnie nie oznacza to, że masz tam tylko siedzieć i patrzeć na niego bezczynnie. Nie muszę ci tłumaczyć na czym to polega... muszę?
-Nie, nie... nie. -ostatnie czego chcę w tym momencie to słuchać jak Cole próbuje mi nakreślić to... wszystko.
-I pamiętaj, że klienci płacą tu wielkie sumy bo oczekują jakości. Nie zawiedź mnie w tej kwestii. Ach i jeśli będziesz obsługiwać kogoś kto wyda ci się... sławny, to nie zaprzątaj sobie tym głowy. Gwarantujemy tu również dyskrecję.
-Ile... ile to zazwyczaj trwa?
-Hm, to zależy na ile zostaniesz wynajęty. Nasi klienci to nie barowe pijaczki, swoich ram czasowych przestrzegają, bądź dopłacają później. Tym się nie przejmuj. Standardowo godzina, dwie...
-Co ja mam na siebie założyć....?
Cole słysząc moje pytanie roześmiał się głośno całkowicie mnie tym zaskakując.
-Nie sądziłem, że będziesz mieć taki dylemat.
-Więc w co w końcu? -mruknąłem krzyżując ręce.
-Co uważasz za stosowne. Jeśli klient będzie miał jakieś konkretne życzenie Zoe powie ci o tym wcześniej. Ah, właśnie. Jesteś wstawiony jutro na 19. Zazwyczaj wystarczy jak przyjdziecie około dziesięciu minut wcześniej, tym razem przyjdź odrobinę wcześniej. Zoe powie ci o kilku rzeczach.
-Ok...
-Coś cię trapi?
-Nie wiem jak mam się zachowywać przy kliencie. Nazywać go ''panem'' i te wszystkie inne rzeczy?
-Jezu broń. Jeśli nic takiego wcześniej nie będziesz miał powiedziane to oczywiście, że nie. Zachowuj się swobodnie. Zresztą sądzę, że łatwo wyczujesz atmosferę... w każdym razie zachowuj się tak, żeby tu jeszcze wrócił. -klasnął w dłonie. -W końcu to biznes!
Taa... tylko biznes.
* * *
Tak powinno być dobrze. Westchnąłem spoglądając w swoje odbicie w lustrze. Nie zamierzam chodzić w dziwnych rzeczach, które kojarzą się tylko i wyłącznie z burdelem, dlatego też założyłem najzwyklejsze w świecie czarne rurki i białą koszulkę z dekoltem w serek. Czerń i biel, tak? To niby ma być moim znakiem rozpoznawczym? Cóż, wszystko tylko nie lateks.
Oczywiście po dziwnej wzmiance Dannego o mało pociągających skarpetkach, którą usłyszałem przy śniadaniu, postanowiłem po prostu ich nie zakładać. Chociaż nie lubię chodzić w samych trampkach wolę przecierpieć te kilka metrów niż zostać potem w samych skarpetkach.
Usłyszałem nagle pukanie do drzwi mojego pokoju więc skoro stałem tuż obok nich pociągnąłem za klamkę i otworzyłem je by sprawdzić kogo tu przywiało.
-I jak tam? Trema? Stresik? -Cole pociesznym krokiem wszedł do środka i obejrzał mnie ze wszystkich stron. -Włosy ok, nie cuchniesz, ubranie ok... tylko jeszcze brakuje mi pewnej rzeczy... -mruknął zaczynając szukać czegoś w kieszeni marynarki.
-To mam założyć te skarpetki...? -jęknąłem spoglądając na swoje stopy w trampkach.
-Jakie skarpetki... nie założyłeś? -zachichotał wyciągając coś podłużnego z kieszeni. -Czy Danny coś ci mówił?
-Nic a nic...
-Legendy jakie krążą w tym domu to materiał na powieść detektywistyczną... wyciągnij lewą rękę. -jak chciał tak zrobiłem czekając aż zawiąże mi coś wokół nadgarstka. -Gotowe. Jak się podoba?
Przyjrzałem się rzeczy którą przymocował mi do ręki. Była to cieniutka bransoletka składająca się wyłącznie z małych, czarnych i białych koralików, zapinana na małe, srebrne zapięcie.
-Czerń i biel...? O co z tym chodzi? Wszystkie rzeczy są też tylko w tych kolorach. -przekrzywiłem głowę przyglądając się dokładniej bransoletce.
-Cóż, każdy z was ma jakiś znak szczególny, twoim po prostu będzie kolorystyka. Stwierdziłem, że to będzie pasować do ciebie bardziej niż dziewczęce sukienki. Ale skoro nalegasz, możemy to jeszcze zmienić.
-Nie! Nie, nie... jest ok. Ładnie i w ogóle...
-Świetnie. Chodź, odprowadzę cię na dół. -Cole położył mi rękę na ramieniu i wyprowadził z pokoju.
Gdy już zeszliśmy na dół do wielkiego holu zauważyłem tam mały ruch. Dwóch mężczyzn siedziało na kanapie ulokowanej przy drzwiach, inny właśnie znikał w drzwiach za kontuarem, za którym stała niska blondynka i gdzieś przemknęła mi sylwetka rudowłosego.
-Tam jest Zoe. -Cole wskazał osóbkę za kontuarem. -Idź do niej, powie ci wszystko. Więc... powodzenia. -posłał mi "oczko" i podszedł do mężczyzn siedzących na kanapie.
Ok... dawaj. To nic strasznego. Nic nowego.
Podszedłem do kontuaru gdzie od razu zostałem obdarzony wielkim ciepłym uśmiechem.
-Cześć! Jestem Zoe, a ty musisz być Yuuki. -wyciągnęła do mnie małą dłoń potrząsając krótko obciętą blond fryzurą.
Muszę przyznać, że ta niska blondyneczka ubrana w rzeczy w biurowym stylu emanowała całą sobą czystą, pozytywną energią. No jak na ceniony burdel przystało...
-Cześć. -uścisnąłem jej dłoń.
-Dzisiaj jesteś w pokoju numer cztery, twojego klienta jeszcze nie ma więc możesz tam iść i ulokować się wygodnie, obadać teren... no wiesz. -kolejny uśmiech niczym z reklamy pasty do zębów spłynął w moją stronę. -Ma na imię Alexander, zarezerwował sobie ciebie tylko na godzinkę, żadnych wymagań, klasyka.
"Tylko godzinkę"? "Klasyka"? Jak mimo to ona nadal pozostaje taka niewinna?
-Czy on już tu był kiedyś? -zapytałem rozglądając się dookoła, żeby nie okazało się, że właśnie stoi za moimi plecami.
-Tak, był już kilka razy, żadnych skarg na niego. Ale lepiej nie zadawaj jemu takich pytań... wiesz, nie wypada. -znowu zakończyła swoją wypowiedź powalając jakością wybielenia zębów.
-Ok, ok... to już pójdę.
-Pewnie. Drzwi są otwarte. Pa pa! -pomachała mi ręką kiedy otwierałem drzwi za kontuarem i za którymi niemal z ulgą się schowałem, byle by odciąć się już od tej jasnej strony mocy.
Tak jak zauważyłem z zewnątrz, w tej części budynku nie było żadnych okien. Stałem właśnie na początku długiego korytarza który zakręcał na prawo. Urządzony był w ciemnych kolorach, bardzo wyrafinowanie. Prawie jak w białym domu... Tylko w jego ciemniejszej wersji.
Ok ok... pokój numer cztery... nie musiałem go daleko szukać ani wchodzić za zakręt ponieważ drzwi ponumerowane były w kolejności od drzwi prowadzących do korytarza. Tak jak mówiła Zoe, pokój był otwarty. Oczywiście jego centrum zajmowało wielkie łóżko z bordową pościelą. Całe pomieszczenie wpasowywało się w klimat wyszukanego korytarza. No cóż, klient nasz pan... czy coś w tym guście.
W pokoju oprócz wielkiego łóżka i tajemniczej szafy, do której nawet nie chciałem zaglądać, znajdowała się również mała, gustowna kanapa, a po obydwu stronach łóżka ustawione były nocne stoliki, na których zachęcająco ułożone były prezerwatywy i jakieś małe buteleczki. No tak... przecież nie będę tu spał...
A te drugie drzwi to prowadzą dokąd...? Mając nadzieję, że nie zastanę za nimi nic przerażającego z ulgą przyjąłem istnienie łazienki wyposażonej jak w Hiltonie.
No ok. Teren zbadany.
Nie za bardzo wiedząc co ze sobą zrobić po prostu usiadłem u nóg łóżka z zadowoleniem przyjmując, że było bardzo miękkie i wygodne.
Ok. Zaczynam się denerwować. Kategorycznie nie mogę nawalić. A cholera wie, czy nawalę. Uh...
Z niepokojem zacząłem stopami zdejmować trampki. Im dłużej muszę czekać, tym bardziej się zdenerwuję...
-Pomóc ci? -z zaskoczeniem uniosłem głowę spoglądając na przybyłego właśnie mężczyznę.
Oh...
_____________________
Tak... musiałam skończyć w tym momencie <3
Może jednak przyda mi się ten wspomniany miesiąc. Rozdział, który właśnie dodałam potrzebował tylko kilku poprawek, dlatego mogłam dodać go wcześniej niż obiecywałam. (Wow, wcześniej niż obiecywałam xD to aż nienormalne na tym blogu). Jednak na kolejny rozdział.... troszkę musicie poczekać. Gomen. Albo kto wie... może mnie natchnie tak jak dziś ^^
Poza tym...
Zauważyłam, że zatrzymałam się w starej epoce, w ogóle nie płynę z duchem czasu tego zakątka internetu. Znacie może jakieś nowe opowiadania (of course yaoi) warte polecenia? Z chęcią poczytałabym coś nowego. Żądam świeżej krwi.
-Tu jesteście...
Uniosłem głowę spoglądając na stojącego w drzwiach schowku Cole'a. Ze smutnym spojrzeniem spojrzał na mnie, siedzącego między nogami Blaise'a, który jak się okazało ucinał sobie właśnie drzemkę zapominając o otaczającym go świecie.
-Chodź Yuuki. -wyciągnął rękę by pomóc mi wstać z podłogi.
Obejrzałem się za siebie spoglądając na drzemiącego chłopaka. Mam go obudzić? Zostać tu?
-Nie przejmuj się. On często tu śpi. -spojrzałem na stojącego nade mną mężczyznę i na wyciągniętą dłoń w moją stronę. -Yuuki. -skierowałem wzrok na jego twarz. -Musimy porozmawiać. No dalej, chodź. -wskazał głową na swoją dłoń bym ją chwycił.
Jak chciał, tak zrobiłem. Wspomagając się jego ręką wstałem powoli z podłogi, uważając na śpiącego Blaise'a. Cole zamknął cicho drzwi od schowka zostawiając białowłosego w środku. Przepuszczając mnie w każdych drzwiach, które napotkaliśmy po drodze zaprowadził mnie do swojego gabinetu. Ustępując mi miejsce w jego drzwiach, Cole wskazał krzesło przy biurku i poprosił żebym usiadł.
-Jesteś może głodny? Nie chcesz niczego się napić? -zapytał od razu by nie stwarzać tej krępującej ciszy. -Jesteś pewien? Mogę przynieść cokolwiek zechcesz. -zapytał raz jeszcze, kiedy odmówiłem przeczącym kiwnięciem głowy. -No dobrze. -mruknął cicho siadając za biurkiem po przeciwnej stronie.
Cholera. Nie mogę pozwolić, żeby wyrzucił mnie z grafiku. Nie zniosę kolejnych dni jeśli będę musiał siedzieć bezczynnie bez żadnego celu. To chore. Co ja mam zrobić z tą bezczynnością?
-Przepraszam. to się więcej nie powtórzy. -spojrzałem na mężczyznę ze wzrokiem wyrażającym skruchę by dać mu do zrozumienia, że rozumiem swój błąd. -Nadal mogę zacząć zajmować się klientami.
Cole popatrzył na mnie z niedowierzaniem i złapał się dwoma palcami za mostek nosa, kręcąc przy tym lekko głową na boki.
-Boję się Yuuki, że seks stanie się dla ciebie odskocznią od rzeczywistości. Nie chcę, żeby coś takiego pomagało ci uciekać od problemów. Już wolałbym żebyś spał po kątach jak Blaise... -westchnął pocierając dłonią kark - Chociaż to także nie jest dobre rozwiązanie. -mruknął wstając z fotela i podszedł do okna.
Krzyżując ramiona na piersi spojrzał przez szybę i wziął głęboki wdech wypuszczając powoli powietrze.
-Przepraszam cię Yuuki. Nie pomyślałem, że może się tu pojawić. Tym bardziej, że nie wiedział, że znajdujesz się właśnie pod moją opieką. Załatwiałem z nim tylko interesy...
Skrzywiłem się słysząc jak zaczyna wspominać daną osobę. Nie chcę o NIM rozmawiać.
-Nic się nie sta... -zacząłem by nie poruszał dalej tego tematu lecz przerwał mi w połowie słowa.
-Stało się. -odwrócił się w moją stronę. -Stało się, Yuuki. -spojrzał na mnie w ten cholerny, litościwy sposób. W jego zmartwionym wyrazie twarzy najbardziej uderzył mnie ogrom troski, który bił po oczach.
Bez sensu. Niech nie przesadza. Powinno mu właśnie zależeć bym jak najszybciej zaczął zarabiać dla niego pieniądze swoim tyłkiem, a nie ciągle tylko wszystko komplikował. Martwi się? Chyba tylko tym, że nie wyrobię dziennej normy. Mam dość tych udawanych uprzejmości.
-Nie rozumiem cię. To ja będę dawał się wydymać starym napaleńcom a nie ty. -splotłem ręce spoglądając gdzieś w bok, byleby nie patrzeć na jego udawaną dobroduszność. -Już się przejechałem na takiej dobroci. -mruknąłem z goryczą. -Dla ciebie to tylko biznes. Bycie miłym dla mnie i reszty jest dla ciebie pracą, którą musisz odwalić, żeby napełnić swoje kieszenie. -spojrzałem na niego hardo by pokazać mu, że ja tak łatwo jak inni nie dam się omamić.
Nie. Wcale nie widziałem, że sprawiłem mu przykrość tymi słowami. Wcale nie obchodzi mnie to, że będzie się martwić. W końcu to teatr. Nie można wychodzić ze swoich ról.
-Tak, to prawda, to tylko biznes. Ale nic nie poradzę, że zbyt łatwo się do was przywiązuję. Więc nie mów tak proszę. -podszedł z powrotem do biurka i usiadł w swoim obrotowym fotelu. -Rozumiem twój punkt widzenia i nie proszę, byś zrozumiał mój. Ale ja tu decyduję. A każda moja decyzja będzie rozpatrywana przez pryzmat twojego dobra. Poza tym cieszę się, że w końcu widzę u ciebie inne emocji niż obojętność czy smutek, nawet jeśli nie są one zbyt pozytywne.
I jak gdyby nigdy nic uśmiechnął się do mnie promiennie wprawiając mnie tym samym w stan totalnego osłupienia. To ja mając niepokolei w głowie, chcę go podburzyć, a on spokojnie szczerzy się do mnie? Co tu się do cholery dzieje?
-Lecz przepraszam cię Yuuki, nie mogę ci pozwolić w najbliższym czasie przyjmować klientów.
-Dlaczego... dlaczego?! -wstałem szybko odsuwając gwałtownie do tyłu krzesło, na którym siedziałem. -Proszę... do cholery... nie mam nic, nawet celu na kolejny dzień, pozwól mi pracować. -spojrzałem na niego błagalnym wzrokiem. -Chcę robić to tylko dlatego, że do niczego innego się nie nadaję. Proszę cię, nie wyrzucaj mnie z grafiku...
-Nie możesz mi obiecać, że normalnie zareagujesz na klienta. Widzę to, widzę, że nie jest tak jakbyś chciał. Pozwól sobie pomóc.
-Praca mi pomoże.
-Tego nie wiesz.
-Wiem! -uderzyłem pięścią w biurko i już ze łzami w oczach opadłem z powrotem na krzesło.
Nie becz głupku. Nie pora na robienie z siebie cierpiętnika. Przetarłem wierzchem dłoni oczy by pozbyć się zdradzieckich śladów, które pokazywały jakim cieniasem jestem. Widzisz Cole? Nie siedzę skulony w kącie i nie ryczę bez opamiętania. Potrafię się ogarnąć.
Czasami.
-Dlaczego tak ci na tym zależy? -spojrzał na mnie powątpiewająco opierając głowę na ręce podpartej na łokciu.
-Zdechnę w bezczynności.
-Oh rany... -przeczesał dłonią włosy i westchnął prostując się w fotelu. -Jeden klient. Spalisz, wylatujesz na miesiąc z grafiku lub na dłużej jeśli uznam, że jest taka potrzeba.
-Uwielbiam cię. -rzuciłem bez wzruszenia, gdzie tak naprawdę cieszyłem się jak małe dziecko z kilograma cukierków. Ha ha, yey. Sprzedam swój tyłek staremu oblechowi. Rzeczywiście jest się z czego cieszyć.
-A idź ty. -mruknął machając dłonią w stronę drzwi. Mimo, że Cole próbował udawać złego zauważyłem na jego twarzy cień uśmiechu. Rozbawiłem go czymś?
-Ok. -wstałem z krzesła i z zadowoleniem skierowałem się w stronę drzwi. Yes, yes, yes! Koniec z tą stagnacją.
-Wracaj tu... -jęknął wskazując mi krzesło, które dopiero co opuściłem. -Chcesz się czegoś dowiedzieć o tym co cię czeka czy lecisz jutro na żywioł?
-Ah... no tak. -zawróciłem potulnie i klapnąłem posłusznie na siedzenie splatając grzecznie dłonie na kolanach.
-Przede wszystkim chciałbym żebyś wiedział, że Eric nie ma tu już wstępu. -zaznaczył to mocno nie tylko tonem głosu ale również lekko miażdżącym mnie spojrzeniem. Specjalnie użył jego imienia? -Poza tym... pamiętaj, ten budynek to nie pierwsza lepsza spelunka, tylko... ekskluzywny lokal? -zastanowił się chwilę nad doborem swoich słów i pokręcił głową na boki. -W każdym razie ceń się. Jeśli Zoe nie powie ci o żadnych specjalnych wymaganiach jakie może mieć dany klient, nie zgadzaj się na rzeczy, które cię zaniepokoją. Rozumiesz? -kiwnąłem potakująco głową kiedy spojrzał na mnie wyczekując odpowiedzi. -Jednocześnie nie oznacza to, że masz tam tylko siedzieć i patrzeć na niego bezczynnie. Nie muszę ci tłumaczyć na czym to polega... muszę?
-Nie, nie... nie. -ostatnie czego chcę w tym momencie to słuchać jak Cole próbuje mi nakreślić to... wszystko.
-I pamiętaj, że klienci płacą tu wielkie sumy bo oczekują jakości. Nie zawiedź mnie w tej kwestii. Ach i jeśli będziesz obsługiwać kogoś kto wyda ci się... sławny, to nie zaprzątaj sobie tym głowy. Gwarantujemy tu również dyskrecję.
-Ile... ile to zazwyczaj trwa?
-Hm, to zależy na ile zostaniesz wynajęty. Nasi klienci to nie barowe pijaczki, swoich ram czasowych przestrzegają, bądź dopłacają później. Tym się nie przejmuj. Standardowo godzina, dwie...
-Co ja mam na siebie założyć....?
Cole słysząc moje pytanie roześmiał się głośno całkowicie mnie tym zaskakując.
-Nie sądziłem, że będziesz mieć taki dylemat.
-Więc w co w końcu? -mruknąłem krzyżując ręce.
-Co uważasz za stosowne. Jeśli klient będzie miał jakieś konkretne życzenie Zoe powie ci o tym wcześniej. Ah, właśnie. Jesteś wstawiony jutro na 19. Zazwyczaj wystarczy jak przyjdziecie około dziesięciu minut wcześniej, tym razem przyjdź odrobinę wcześniej. Zoe powie ci o kilku rzeczach.
-Ok...
-Coś cię trapi?
-Nie wiem jak mam się zachowywać przy kliencie. Nazywać go ''panem'' i te wszystkie inne rzeczy?
-Jezu broń. Jeśli nic takiego wcześniej nie będziesz miał powiedziane to oczywiście, że nie. Zachowuj się swobodnie. Zresztą sądzę, że łatwo wyczujesz atmosferę... w każdym razie zachowuj się tak, żeby tu jeszcze wrócił. -klasnął w dłonie. -W końcu to biznes!
Taa... tylko biznes.
* * *
Tak powinno być dobrze. Westchnąłem spoglądając w swoje odbicie w lustrze. Nie zamierzam chodzić w dziwnych rzeczach, które kojarzą się tylko i wyłącznie z burdelem, dlatego też założyłem najzwyklejsze w świecie czarne rurki i białą koszulkę z dekoltem w serek. Czerń i biel, tak? To niby ma być moim znakiem rozpoznawczym? Cóż, wszystko tylko nie lateks.
Oczywiście po dziwnej wzmiance Dannego o mało pociągających skarpetkach, którą usłyszałem przy śniadaniu, postanowiłem po prostu ich nie zakładać. Chociaż nie lubię chodzić w samych trampkach wolę przecierpieć te kilka metrów niż zostać potem w samych skarpetkach.
Usłyszałem nagle pukanie do drzwi mojego pokoju więc skoro stałem tuż obok nich pociągnąłem za klamkę i otworzyłem je by sprawdzić kogo tu przywiało.
-I jak tam? Trema? Stresik? -Cole pociesznym krokiem wszedł do środka i obejrzał mnie ze wszystkich stron. -Włosy ok, nie cuchniesz, ubranie ok... tylko jeszcze brakuje mi pewnej rzeczy... -mruknął zaczynając szukać czegoś w kieszeni marynarki.
-To mam założyć te skarpetki...? -jęknąłem spoglądając na swoje stopy w trampkach.
-Jakie skarpetki... nie założyłeś? -zachichotał wyciągając coś podłużnego z kieszeni. -Czy Danny coś ci mówił?
-Nic a nic...
-Legendy jakie krążą w tym domu to materiał na powieść detektywistyczną... wyciągnij lewą rękę. -jak chciał tak zrobiłem czekając aż zawiąże mi coś wokół nadgarstka. -Gotowe. Jak się podoba?
Przyjrzałem się rzeczy którą przymocował mi do ręki. Była to cieniutka bransoletka składająca się wyłącznie z małych, czarnych i białych koralików, zapinana na małe, srebrne zapięcie.
-Czerń i biel...? O co z tym chodzi? Wszystkie rzeczy są też tylko w tych kolorach. -przekrzywiłem głowę przyglądając się dokładniej bransoletce.
-Cóż, każdy z was ma jakiś znak szczególny, twoim po prostu będzie kolorystyka. Stwierdziłem, że to będzie pasować do ciebie bardziej niż dziewczęce sukienki. Ale skoro nalegasz, możemy to jeszcze zmienić.
-Nie! Nie, nie... jest ok. Ładnie i w ogóle...
-Świetnie. Chodź, odprowadzę cię na dół. -Cole położył mi rękę na ramieniu i wyprowadził z pokoju.
Gdy już zeszliśmy na dół do wielkiego holu zauważyłem tam mały ruch. Dwóch mężczyzn siedziało na kanapie ulokowanej przy drzwiach, inny właśnie znikał w drzwiach za kontuarem, za którym stała niska blondynka i gdzieś przemknęła mi sylwetka rudowłosego.
-Tam jest Zoe. -Cole wskazał osóbkę za kontuarem. -Idź do niej, powie ci wszystko. Więc... powodzenia. -posłał mi "oczko" i podszedł do mężczyzn siedzących na kanapie.
Ok... dawaj. To nic strasznego. Nic nowego.
Podszedłem do kontuaru gdzie od razu zostałem obdarzony wielkim ciepłym uśmiechem.
-Cześć! Jestem Zoe, a ty musisz być Yuuki. -wyciągnęła do mnie małą dłoń potrząsając krótko obciętą blond fryzurą.
Muszę przyznać, że ta niska blondyneczka ubrana w rzeczy w biurowym stylu emanowała całą sobą czystą, pozytywną energią. No jak na ceniony burdel przystało...
-Cześć. -uścisnąłem jej dłoń.
-Dzisiaj jesteś w pokoju numer cztery, twojego klienta jeszcze nie ma więc możesz tam iść i ulokować się wygodnie, obadać teren... no wiesz. -kolejny uśmiech niczym z reklamy pasty do zębów spłynął w moją stronę. -Ma na imię Alexander, zarezerwował sobie ciebie tylko na godzinkę, żadnych wymagań, klasyka.
"Tylko godzinkę"? "Klasyka"? Jak mimo to ona nadal pozostaje taka niewinna?
-Czy on już tu był kiedyś? -zapytałem rozglądając się dookoła, żeby nie okazało się, że właśnie stoi za moimi plecami.
-Tak, był już kilka razy, żadnych skarg na niego. Ale lepiej nie zadawaj jemu takich pytań... wiesz, nie wypada. -znowu zakończyła swoją wypowiedź powalając jakością wybielenia zębów.
-Ok, ok... to już pójdę.
-Pewnie. Drzwi są otwarte. Pa pa! -pomachała mi ręką kiedy otwierałem drzwi za kontuarem i za którymi niemal z ulgą się schowałem, byle by odciąć się już od tej jasnej strony mocy.
Tak jak zauważyłem z zewnątrz, w tej części budynku nie było żadnych okien. Stałem właśnie na początku długiego korytarza który zakręcał na prawo. Urządzony był w ciemnych kolorach, bardzo wyrafinowanie. Prawie jak w białym domu... Tylko w jego ciemniejszej wersji.
Ok ok... pokój numer cztery... nie musiałem go daleko szukać ani wchodzić za zakręt ponieważ drzwi ponumerowane były w kolejności od drzwi prowadzących do korytarza. Tak jak mówiła Zoe, pokój był otwarty. Oczywiście jego centrum zajmowało wielkie łóżko z bordową pościelą. Całe pomieszczenie wpasowywało się w klimat wyszukanego korytarza. No cóż, klient nasz pan... czy coś w tym guście.
W pokoju oprócz wielkiego łóżka i tajemniczej szafy, do której nawet nie chciałem zaglądać, znajdowała się również mała, gustowna kanapa, a po obydwu stronach łóżka ustawione były nocne stoliki, na których zachęcająco ułożone były prezerwatywy i jakieś małe buteleczki. No tak... przecież nie będę tu spał...
A te drugie drzwi to prowadzą dokąd...? Mając nadzieję, że nie zastanę za nimi nic przerażającego z ulgą przyjąłem istnienie łazienki wyposażonej jak w Hiltonie.
No ok. Teren zbadany.
Nie za bardzo wiedząc co ze sobą zrobić po prostu usiadłem u nóg łóżka z zadowoleniem przyjmując, że było bardzo miękkie i wygodne.
Ok. Zaczynam się denerwować. Kategorycznie nie mogę nawalić. A cholera wie, czy nawalę. Uh...
Z niepokojem zacząłem stopami zdejmować trampki. Im dłużej muszę czekać, tym bardziej się zdenerwuję...
-Pomóc ci? -z zaskoczeniem uniosłem głowę spoglądając na przybyłego właśnie mężczyznę.
Oh...
_____________________
Tak... musiałam skończyć w tym momencie <3
Może jednak przyda mi się ten wspomniany miesiąc. Rozdział, który właśnie dodałam potrzebował tylko kilku poprawek, dlatego mogłam dodać go wcześniej niż obiecywałam. (Wow, wcześniej niż obiecywałam xD to aż nienormalne na tym blogu). Jednak na kolejny rozdział.... troszkę musicie poczekać. Gomen. Albo kto wie... może mnie natchnie tak jak dziś ^^
Poza tym...
Zauważyłam, że zatrzymałam się w starej epoce, w ogóle nie płynę z duchem czasu tego zakątka internetu. Znacie może jakieś nowe opowiadania (of course yaoi) warte polecenia? Z chęcią poczytałabym coś nowego. Żądam świeżej krwi.
czwartek, 5 maja 2016
Cięcie!
Ciach!
Spokojnie, nie zamierzam porzucać tego bloga w diabły. Cięcie owszem. Ale ostro z włosami.
Wiem, że przepraszanie Was po raz setny za te długie przerwy jest już irytujące dla Was i nużące, dlatego ten post piszę uspokajająco z nadzieją dla tego bloga. Miesiąc. Po tym czasie wierzę, że ogarnę się ze wszystkimi otaczającymi mnie rzeczami do tego stopnia, że rozdziały zaczną wychodzić regularnie. I to nie tylko Straconego. :)
W dodatku (nie chcę nic obiecywać tym pytaniem) ale ciekawi mnie, jakie opowiadania najbardziej lubicie? Macie może ulubiony rodzaj postaci lub rzeczy, które muszą pojawić się w opowiadaniu, które Was porwie?
Oh Sabate, ogarnij się... Minęło już prawie pół roku, a ty w tym czasie dodałaś zaledwie dwa rozdziały, dziewczyno...
Spokojnie, nie zamierzam porzucać tego bloga w diabły. Cięcie owszem. Ale ostro z włosami.
Wiem, że przepraszanie Was po raz setny za te długie przerwy jest już irytujące dla Was i nużące, dlatego ten post piszę uspokajająco z nadzieją dla tego bloga. Miesiąc. Po tym czasie wierzę, że ogarnę się ze wszystkimi otaczającymi mnie rzeczami do tego stopnia, że rozdziały zaczną wychodzić regularnie. I to nie tylko Straconego. :)
W dodatku (nie chcę nic obiecywać tym pytaniem) ale ciekawi mnie, jakie opowiadania najbardziej lubicie? Macie może ulubiony rodzaj postaci lub rzeczy, które muszą pojawić się w opowiadaniu, które Was porwie?
Oh Sabate, ogarnij się... Minęło już prawie pół roku, a ty w tym czasie dodałaś zaledwie dwa rozdziały, dziewczyno...
sobota, 5 marca 2016
Rozdział 27 - Stracony
Anielska cierpliwość wymaga diabelskiej siły. Zatem niezłe z Was diabełki.
Kiedy Cole prowadził mnie dziś w południe do Claire był w dziwnie podminowanym nastroju. Jakby w każdej chwili coś złego miało się stać. W dodatku kiedy odstawiał mnie pod jej piecze życzył mi powodzenia... Siedząc sobie beztrosko i oglądając Claire przynoszącą niepokojące mnie rzeczy dopiero wówczas spostrzegłem, że znajdują się tu również drzwi do łazienki wyposażonej niczym ekskluzywny gabinet kosmetyczki oraz jakiś schowek. Oczywiście nie omieszkała skorzystać z niemal wszystkiego by popastwić się nade mną.
Nigdy nie przypuszczałem, że spędzę tu bite trzy godziny, wielokrotnie kąpany, moczony w dziwnych substancjach i co gorsza, depilowany. Przypominając sobie o swojej radosnej myśli kiedy wstawałem z łóżka, ciesząc się, że to już niedziela, co oznaczało, że będę mógł za dobę z hakiem przyjmować klientów, zacząłem sam karcić się w myślach. Ta dzika kobieta pozbyła się jakichkolwiek włosków z miejsc, o których nawet nie miałem pojęcia, że istnieją.
Chichocząc nad moją głową Claire tańczyła dookoła wklepując w moje obolałe ciało balsam o intensywnym zapachu.
-Dobrze, że zostawiłaś mi chociaż brwi.- mruknąłem kiedy podawała mi szlafrok.
-Spoko młody, zaraz je wydepiluję. -zaśmiała się klepiąc mnie w pośladek i sięgając po pęsetę.
* * *
Wymęczony powlokłem się do swojego pokoju dziękując wszystkim bóstwom, że przynajmniej skóra pod stopami mnie nie piecze. Cóż, nie powinienem narzekać. W końcu praca Claire nie jest bezcelowa, jeśli w jakimś stopniu ma to bardziej zachęcić klientów, powinienem po prostu przywyknąć.
Zamykając za sobą drzwi do swojego pokoju zerknąłem na karton, który nadal stał pod szafą w miejscu, w którym wcześniej zostawił go Blaise. No tak, powinienem w końcu przenieść rzeczy na półki... Kucając przed kartonem wyciągnąłem wszystkie ciuchy segregując je na odpowiednie kupki. Jednak burdel to burdel... pośród najzwyklejszych rzeczy znalazłem kilka bardziej, może i nie wyzywających, ale "kuszących" rzeczy, których sam nigdy bym na siebie nie wcisnął w poprzednim życiu. A skoro już o tym mowa... Jak ja mam się jutro ubrać? W końcu nie bez powodu te rzeczy znalazły się w moich rękach... I w ogóle jak to wszystko jutro będzie wyglądać? Z kim przyjdzie mi odpracować pierwszy dzień?
Ah, może o tym chciał porozmawiać Cole. Coś wspominał wcześniej, że mam się wieczorem do niego zgłosić. Co prawda, nadal jest jasno, do wieczoru jeszcze mały kawałek czasu, ale co mi szkodzi zajrzeć, czy jest wolny w tej chwili...
Wciskając na siebie czarne spodnie i tego samego koloru tradycyjny T-shirt z dekoltem w serek wyszedłem z pokoju i skierowałem się na dół, trafiając schodami do wspólnego salonu. Żeby dotrzeć do gabinetu Cole'a musiałem wyjść z części mieszkalnej. Wejście na "jego teren" znajdowało się w holu z kontuarem, który dzielił budynek na dwie części, mieszkalną i burdelową. Żeby dostać się do jego gabinetu trzeba była ruszyć tyłek po schodach w górę.
I właśnie pod tymi schodami stał w zastygnięciu Blaise spoglądający gdzieś w przestrzeń. Nawet gdy przechodziłem obok niego jego wzrok nie zmienił kierunku. I dobrze, nie przerwałem mu przynajmniej jego błogiej kontemplacji.
Zapukałem do środka i nie wiedzieć dlaczego, nie poczekałem na żadną odpowiedź tylko od razu pociągnąłem za klamkę i zrobiłem krok do środka. Gdybym wiedział w tamtym momencie jak wielki błąd popełniłem, prawdopodobnie wszystko potoczyłoby się inaczej.
-Chciałeś żebym przyszedł. -zacząłem spoglądając na Cole'a.
Jego mina bynajmniej nie wyrażała zadowolenia, lecz coś, co nazwałbym po prostu mocnym wkurwieniem. Był zły na mnie?
Nagle dostrzegłem czyjeś plecy siedzące na masywnym krześle przed jego biurkiem. Ah, ma gościa... ok, to w tył zwrot.
-Przep... -słowo utknęło mi w gardle, kiedy siedzący mężczyzna wykręcił głowę do tyłu spoglądając za siebie.
Na początku kiedy patrzył na mnie jego twarz nie wyrażała nic poza obojętnością. A ja? Stojąc jak słup soli przyglądałem się jak po chwili jego oczy przywodzące na myśl czarne diamenty rozszerzają się w zaskoczeniu.
-Yuuki? - moje imię w jego ustach wbiło ostatni gwóźdź do trumny.
Bum. Już po mnie.
W jednej chwili moje ciało stało się puszką pandory, skóra kryła pod sobą prawdziwy chaos. Umysł został zalany bólem. Płuca zamiast pobierać powietrze, zaczęły wciągać do środka żar.
Kiedy Cole prowadził mnie dziś w południe do Claire był w dziwnie podminowanym nastroju. Jakby w każdej chwili coś złego miało się stać. W dodatku kiedy odstawiał mnie pod jej piecze życzył mi powodzenia... Siedząc sobie beztrosko i oglądając Claire przynoszącą niepokojące mnie rzeczy dopiero wówczas spostrzegłem, że znajdują się tu również drzwi do łazienki wyposażonej niczym ekskluzywny gabinet kosmetyczki oraz jakiś schowek. Oczywiście nie omieszkała skorzystać z niemal wszystkiego by popastwić się nade mną.
Nigdy nie przypuszczałem, że spędzę tu bite trzy godziny, wielokrotnie kąpany, moczony w dziwnych substancjach i co gorsza, depilowany. Przypominając sobie o swojej radosnej myśli kiedy wstawałem z łóżka, ciesząc się, że to już niedziela, co oznaczało, że będę mógł za dobę z hakiem przyjmować klientów, zacząłem sam karcić się w myślach. Ta dzika kobieta pozbyła się jakichkolwiek włosków z miejsc, o których nawet nie miałem pojęcia, że istnieją.
Chichocząc nad moją głową Claire tańczyła dookoła wklepując w moje obolałe ciało balsam o intensywnym zapachu.
-Dobrze, że zostawiłaś mi chociaż brwi.- mruknąłem kiedy podawała mi szlafrok.
-Spoko młody, zaraz je wydepiluję. -zaśmiała się klepiąc mnie w pośladek i sięgając po pęsetę.
* * *
Wymęczony powlokłem się do swojego pokoju dziękując wszystkim bóstwom, że przynajmniej skóra pod stopami mnie nie piecze. Cóż, nie powinienem narzekać. W końcu praca Claire nie jest bezcelowa, jeśli w jakimś stopniu ma to bardziej zachęcić klientów, powinienem po prostu przywyknąć.
Zamykając za sobą drzwi do swojego pokoju zerknąłem na karton, który nadal stał pod szafą w miejscu, w którym wcześniej zostawił go Blaise. No tak, powinienem w końcu przenieść rzeczy na półki... Kucając przed kartonem wyciągnąłem wszystkie ciuchy segregując je na odpowiednie kupki. Jednak burdel to burdel... pośród najzwyklejszych rzeczy znalazłem kilka bardziej, może i nie wyzywających, ale "kuszących" rzeczy, których sam nigdy bym na siebie nie wcisnął w poprzednim życiu. A skoro już o tym mowa... Jak ja mam się jutro ubrać? W końcu nie bez powodu te rzeczy znalazły się w moich rękach... I w ogóle jak to wszystko jutro będzie wyglądać? Z kim przyjdzie mi odpracować pierwszy dzień?
Ah, może o tym chciał porozmawiać Cole. Coś wspominał wcześniej, że mam się wieczorem do niego zgłosić. Co prawda, nadal jest jasno, do wieczoru jeszcze mały kawałek czasu, ale co mi szkodzi zajrzeć, czy jest wolny w tej chwili...
Wciskając na siebie czarne spodnie i tego samego koloru tradycyjny T-shirt z dekoltem w serek wyszedłem z pokoju i skierowałem się na dół, trafiając schodami do wspólnego salonu. Żeby dotrzeć do gabinetu Cole'a musiałem wyjść z części mieszkalnej. Wejście na "jego teren" znajdowało się w holu z kontuarem, który dzielił budynek na dwie części, mieszkalną i burdelową. Żeby dostać się do jego gabinetu trzeba była ruszyć tyłek po schodach w górę.
I właśnie pod tymi schodami stał w zastygnięciu Blaise spoglądający gdzieś w przestrzeń. Nawet gdy przechodziłem obok niego jego wzrok nie zmienił kierunku. I dobrze, nie przerwałem mu przynajmniej jego błogiej kontemplacji.
Zapukałem do środka i nie wiedzieć dlaczego, nie poczekałem na żadną odpowiedź tylko od razu pociągnąłem za klamkę i zrobiłem krok do środka. Gdybym wiedział w tamtym momencie jak wielki błąd popełniłem, prawdopodobnie wszystko potoczyłoby się inaczej.
-Chciałeś żebym przyszedł. -zacząłem spoglądając na Cole'a.
Jego mina bynajmniej nie wyrażała zadowolenia, lecz coś, co nazwałbym po prostu mocnym wkurwieniem. Był zły na mnie?
Nagle dostrzegłem czyjeś plecy siedzące na masywnym krześle przed jego biurkiem. Ah, ma gościa... ok, to w tył zwrot.
-Przep... -słowo utknęło mi w gardle, kiedy siedzący mężczyzna wykręcił głowę do tyłu spoglądając za siebie.
Na początku kiedy patrzył na mnie jego twarz nie wyrażała nic poza obojętnością. A ja? Stojąc jak słup soli przyglądałem się jak po chwili jego oczy przywodzące na myśl czarne diamenty rozszerzają się w zaskoczeniu.
-Yuuki? - moje imię w jego ustach wbiło ostatni gwóźdź do trumny.
Bum. Już po mnie.
W jednej chwili moje ciało stało się puszką pandory, skóra kryła pod sobą prawdziwy chaos. Umysł został zalany bólem. Płuca zamiast pobierać powietrze, zaczęły wciągać do środka żar.
Poczułem tylko jak czyjeś ramię obraca mnie w drugą stronę i wypycha na zewnątrz. Nie mogąc znieść bólu przy kolejnym oddechu zamknąłem w rozpaczy oczy.
Zostaw mnie... albo dobij. I tak boli, co ja tu robię...? Co ON tu robi...?
Zostałem pociągnięty za rękę w dół schodów przez migające mi przed oczami białe włosy.
-Zaczekaj! -usłyszałem tylko krzyk tego potwornie raniącego głosu za swoimi plecami.
-Eric! -gdzieś w połowie schodów usłyszałem groźne brzmiącego Cole'a wymawiającego imię, którego tak bardzo nie chciałem usłyszeć.
Blaise wciągnął mnie do części wspólnej dla chłopców i skierował się do pomieszczenia, w którym wcześniej zajmowała się mną Claire i momentalnie skierował się do kantorka wpychając mnie do niego i samemu wchodząc do środka zamknął za nami drzwi.
Spojrzał w moim kierunku i położył mi rękę na ramieniu zaś wskazujący palec drugiej dłoni przytknął do swoich ust. Spoglądając na ten gest zdałem sobie sprawę, że cały się trzęsę, a z moich ust wydobywa się niekontrolowany szloch.
-Ciii. -powiedział to w tym samym momencie, w którym otworzyły się drzwi do pomieszczenia.
-Yuuki?! -słysząc ponownie JEGO głos nakryłem w obronnym geście głowę rękami modląc się o to, by nas tu nie znalazł.
-Spokojnie. -wyszeptał Blaise przykładając moją głowę do jego klatki piersiowej, a jego dłonie zakryły moje uszy tłumiąc ponowne nawoływanie przez człowieka, którego za żadne skarby świata nie chcę oglądać.
Nigdy bym nie pomyślał, że wracające wspomnienia potrafią wywołać taki ból. Co on tu robi... Nie chcę go, nie chcę go widzieć, słyszeć ani czuć. Po co tu przyszedł? Dołożyć mi jeszcze więcej cierpienia? Tego chce? Mało zadał mi bólu?!
Poczułem nagle jak ramiona Blaise'a przyciskają mnie mocniej do jego tułowia, sprowadzając tym samym na ziemię. Cały się trzęsę... mam mokre policzki i cieknie mi z nosa. W dodatku mam wrażenie, że serce wyskoczy mi zaraz z klatki piersiowej, tak bardzo boli.
Jestem żałosny. Powinienem być obojętny na wszelkie bodźce, które się z nim wiążą.
Żałosny.
Boli do cholery. To tak boli.
Poczułem jak z bezsilności tracę siłę w nogach nie mogąc ustać dłużej. Białowłosy wyczuwając to osunął się ze mną na podłogę podtrzymując mnie.
-Nie ma tam już nikogo. -szepnął zabierając dłonie z moich uszu.
I nagle puściły moje wszelkie hamulce. Bez oporów zacząłem płakać i szlochać jak małe dziecko. Dzieląc małą przestrzeń jaką oferował schowek na ręczniki i kosmetyki z białowłosym, za pomocą łez wymywałem z siebie wszystko co mi leży na sercu. Tak, źle jak teraz, nie było mi nawet u sadystycznego psychola. U niego bolało mnie ciało, teraz boli mnie serce. A jest to najgorszy ból jaki można sobie wyobrazić.
Dzięki pączusie moje, ja też się cieszę, że do Was wracam. ;)
-Zaczekaj! -usłyszałem tylko krzyk tego potwornie raniącego głosu za swoimi plecami.
-Eric! -gdzieś w połowie schodów usłyszałem groźne brzmiącego Cole'a wymawiającego imię, którego tak bardzo nie chciałem usłyszeć.
Blaise wciągnął mnie do części wspólnej dla chłopców i skierował się do pomieszczenia, w którym wcześniej zajmowała się mną Claire i momentalnie skierował się do kantorka wpychając mnie do niego i samemu wchodząc do środka zamknął za nami drzwi.
Spojrzał w moim kierunku i położył mi rękę na ramieniu zaś wskazujący palec drugiej dłoni przytknął do swoich ust. Spoglądając na ten gest zdałem sobie sprawę, że cały się trzęsę, a z moich ust wydobywa się niekontrolowany szloch.
-Ciii. -powiedział to w tym samym momencie, w którym otworzyły się drzwi do pomieszczenia.
-Yuuki?! -słysząc ponownie JEGO głos nakryłem w obronnym geście głowę rękami modląc się o to, by nas tu nie znalazł.
-Spokojnie. -wyszeptał Blaise przykładając moją głowę do jego klatki piersiowej, a jego dłonie zakryły moje uszy tłumiąc ponowne nawoływanie przez człowieka, którego za żadne skarby świata nie chcę oglądać.
Nigdy bym nie pomyślał, że wracające wspomnienia potrafią wywołać taki ból. Co on tu robi... Nie chcę go, nie chcę go widzieć, słyszeć ani czuć. Po co tu przyszedł? Dołożyć mi jeszcze więcej cierpienia? Tego chce? Mało zadał mi bólu?!
Poczułem nagle jak ramiona Blaise'a przyciskają mnie mocniej do jego tułowia, sprowadzając tym samym na ziemię. Cały się trzęsę... mam mokre policzki i cieknie mi z nosa. W dodatku mam wrażenie, że serce wyskoczy mi zaraz z klatki piersiowej, tak bardzo boli.
Jestem żałosny. Powinienem być obojętny na wszelkie bodźce, które się z nim wiążą.
Żałosny.
Boli do cholery. To tak boli.
Poczułem jak z bezsilności tracę siłę w nogach nie mogąc ustać dłużej. Białowłosy wyczuwając to osunął się ze mną na podłogę podtrzymując mnie.
-Nie ma tam już nikogo. -szepnął zabierając dłonie z moich uszu.
I nagle puściły moje wszelkie hamulce. Bez oporów zacząłem płakać i szlochać jak małe dziecko. Dzieląc małą przestrzeń jaką oferował schowek na ręczniki i kosmetyki z białowłosym, za pomocą łez wymywałem z siebie wszystko co mi leży na sercu. Tak, źle jak teraz, nie było mi nawet u sadystycznego psychola. U niego bolało mnie ciało, teraz boli mnie serce. A jest to najgorszy ból jaki można sobie wyobrazić.
Dzięki pączusie moje, ja też się cieszę, że do Was wracam. ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



