wtorek, 27 maja 2014

Rozdział 14 - Stracony

    Tak miało być... prawda? Taki los pisano mi już od urodzenia? Jestem sam, nie pamiętam już prawie rodziców, nie zaznałem nigdy prawdziwej przyjaźni, prawdziwej miłości... nie, nie mogę go tu zaliczać. Sprzedał mnie w końcu. Udawał? Udawał gdy mu wyznałem moje uczucia do niego? No tak, powinno być to dla mnie oczywiste. W końcu to jego praca, miał mnie tylko wytresować jak zwierzę i zarobić na mojej sprzedaży. Tylko tak miało być.
Ale to mi tak bardzo nie daje spokoju, jednak gdyby naprawdę był na wszystko obojętny nie widziałbym w jego oczach tych wszystkich emocji.
    Jestem tu nie całe pięć minut i już żałuję, że tamtego dnia nie uważałem w drodze do tej cholernej szkoły. Mając na myśli "tu", myślę o domu tego popaprańca... to znaczy mojego nowego właściciela. Chociaż, to nie jest zwykły dom... raczej wielki, nowoczesny apartament na obrzeżach jakiegoś miasta. Wszystko w nim jest takie białe... wręcz śmierdzi sterylnością, czuję się tu jak na świeżo zdezynfekowanej sali operacyjnej. Czysty minimalizm panuje w każdym pomieszczeniu. Prawie puste regały, idealnie ustawione kanapy i fotele, jednolite światło rozchodzące się równomiernie w pokojach... Jak laboratorium...
    Ostre szarpnięcie za ramię z powrotem nakierowało moją uwagę na blondyna. Nie chcę tu być...
-Kazałem ci się zatrzymywać? -znowu szarpnięcie lecz tym razem zaczął mnie ciągnąć za ramię gdzieś w głąb domu. Ku mojemu zdziwieniu gdy weszliśmy w jakiś dziwnie nie pasujący do wszystkiego korytarz, wystrój pomieszczeń zaczął się zmieniać. Nie było już idealnej bieli na każdym wolnym metrze, robiło się coraz ciemniej. Jaśniutką dekorację zaczęły zastępować ciemne elementy, ściany pokrywały ciemne farby.
Jakbym z nowoczesnego apartamentu teleportował się nagle do dworskich, mrocznych komnat.
Kiedy mężczyzna zatrzymał się przed ciężkimi, mahoniowymi drzwiami by wyciągnąć z kieszeni klucze wziąłem głęboki wdech. Zacząłem poważnie obawiać się tego, co może znajdować się za tymi drzwiami.
    Gdy mężczyzna otworzył je w końcu, momentalnie zbladłem. Nogi wrosły mi w ziemię, mimowolnie otworzyłem nieco usta i rozwarłem szeroko oczy nie mogąc uwierzyć w to co widzę. Sala tortur.... po prostu sala tortur.... Na środku znajdował się duży metalowy stół jak w jakimś prosektorium, na półkach pozawieszane przeróżne narzędzia, od medycznych przyrządów do łańcuchów, biczy... i ten reflektor nad stołem...
Brak mi tchu, niedobrze mi...
-I co szczeniaku, podoba się twoje nowe lokum? -jego oddech na moim karku zjeżył mi włosy na skórze.
Mam... tu... spędzić swoją najbliższą przyszłość?
Czując jak kładzie mi rękę na ramieniu zrobiło mi się niebezpiecznie ciepło a chwilę później czułem, że tracę władzę w nogach. Z zasuwającą się przed moimi oczami ciemnością osunąłem się na podłogę.

* * *

    Kiedy się ocknąłem i wróciła do mnie świadomość tego, w jakiej sytuacji się znajduję uniosłem się gwałtownie. W wyobraźni widziałem już siebie na tym okropnym stole...
Niemal z cierpieniem ulgi odetchnąłem i przyłożyłem dłonie do twarzy. Bylem w jakimś zwykłym pokoju, zwykłe, dwuosobowe łóżko, jakaś ciemna szafa i to wszystko, nie licząc oczywiście zasłoniętego szarymi zasłonami okna i dwóch par drzwi. Moment, dwóch? Jedne to wyjście z pokoju a drugie...?
Westchnąłem i chcąc podkulić nogi pod siebie skrzywiłem się słysząc brzęczenie metalu.
Parszywiec... przykuł mi lewą kostkę do ramy łóżka... nie mogę nawet z niego zejść!
Boże, gdzie ja trafiłem? Cholera, a gdybym zaczął doceniać życie z.. Ericiem? Czy też bym tu wkrótce wylądował? Naprawdę mi tu źle... chcę do niego... proszę, niech on się tu pojawi, niech tu do mnie przyjdzie... błagam.
    Głupi jestem. teraz rozpaczam? Sam się do tego przyczyniłem! Gdybym był mu posłuszny od początku nie zmieniłbym nigdy właściciela... co za idiota ze mnie. Otarłem samotną łzę, która potoczyła się po moim policzku i nagle poskoczyłem. Drzwi z hukiem otworzyły się na oścież i do środka wszedł blondyn.
Zacisnąłem dłonie w pięści i opuściłem głowę w dół, nie chcę na niego patrzeć.
On tak bardzo różni się od mojego byłego Pana... Jego chociaż zacząłem szanować, mimo że był tym, który odebrał mi wszystko co miałem... byłem zdolny zakochać się w nim. A ten tutaj? Czuję odrazę do niego, nie podoba mi się jego aura, jakby zwiastował najgorsze nieszczęście.
-Wyspałeś się laleczko? -zakpił ze mnie i usiadł w nogach łóżka na białej pościeli. -Muszę przyznać, że nie zdziwiła mnie twoja reakcja na mój... nazwijmy to pokojem relaksu...
Nie reagując na jego zaczepki wbiłem wzrok w zagniecenie w kołdrze.
-Chociaż zazwyczaj większość mdleje gdy już rozpoczniemy tam zabawę...
Zacisnąłem mocno oczy bojąc się, że moja wyobraźnia zacznie pracować i podsuwać mi nieprzyjemne obrazy.
-Szczeniaku.... - usłyszałem jego złowrogi syk.
Gdy otworzyłem lekko oczy by sprawdzić o co chodzi krzyknąłem gdy doskoczył nagle do mnie.
-Masz na mnie patrzeć! Rozumiesz to?! -złapał mnie jedną dłonią za gardło i mocno szarpnął w górę.
W akcie obrony zacisnąłem palce na jego przedramieniu i uniosłem się by móc zaczerpnąć powietrza.
-Okaż szacunek i patrz na mnie jak do ciebie mówię! Mam cię wychowywać kundlu niewdzięczny!? A może te twoje kudły ci przeszkadzają? -chwycił drugą ręką moje włosy i szarpnął ostro w tył.
Jęknąłem charcząco z braku wystarczającej ilości powietrza. Niech mnie puści.... Udusi mnie zaraz!
Nagle rzucił mną na łóżko, jęknąłem głośno gdy noga napięła się od oporu łańcucha na kostce.
-Znam lekarstwo na to... -podszedł do jedynej szafy w tym pomieszczeniu i wyciągnął z niej nożyczki.
Nie...
    Kiedy wrócił do mnie dzikim chodem moja ciało zareagowało nagle jakby zostało podłączone do prądu. Zacząłem krzyczeć i młócić rękami by mężczyzna nie podchodził do mnie. Dziko szamotając się zahaczyłem przedramieniem o wystawione w moim kierunku nożyczki i rozorałem sobie skórę do krwi. Blondyn niemal rzucił się na mnie i wykręcając mi ręce na plecy skuł je nie wiadomo skąd wyciągnietymi kajdankami. Nie przestałem się jednak szamotać. Popchnął mnie tak bym leżał na brzuchu.
-Zostaw mnie! Zooostaaaw! -kopałem nogami z całych sił w materac zalewając się spazmatycznym szlochem.
Nie może, nie może tego zrobić! Nie! Tylko nie włosy! Niech mnie już gwałci i upokarza ale nie włosy... Nie!
-Panie! -krzyknąłem lecz nie miałem na myśli blondyna.
Tak bardzo go w tym momencie potrzebuję... gdzie on jest... dlaczego mnie sprzedał?! Proszę! Panie, ratuj!
    Docisnął mi mocno twarz do poduszki i chwycił roztargany warkocz, który mi pozostał i jednym ruchem obciął go prawie przy samej skórze. Szarpnięciem przewrócił na plecy i uderzył mocno w twarz.
Jęknąłem głucho i załkałem żałośnie gdy krzywo docinał włosy, które pozostały mi po bokach.
-Odejdź... -zaszlochałem zamykając oczy. -uderzył mnie znowu, tym razem nieporównywalnie mocniej.
-Kazałem ci się odzywać!? Jakim prawem psie, mi rozkazujesz! Ja tu jestem panem!
Nie, on nie jest moim panem! Ja wierzę w Erica! On nim jest... on ma do mnie prawo i nikt inny! To przez niego chcę być dotykany, poniżany. To nie boli, on jest w stanie mnie ukoić.... A nie ten tutaj...
-Ni-nie jesteś... moim Panem.... -zaskomlałem gdy znowu mnie uderzył. -On nim... był.
Jego nozdrza zafalowały z rozdrażnienia, żyłka na jego skroni zaczęła pulsować niebezpiecznie.
-Jeszcze zobaczysz szczeniaku, kto tu jest twoim panem!
Gdy rozkuwał mi raczej mało delikatnie kostkę przyjrzałem się ręce, którą skaleczyłem o nożyczki i chwilę później na leżące dookoła włosy.
Oczy na powrót mi się zaszkliły lecz nie miałem czasu na lament, gdyż blondyn wywlókł mnie z pokoju z powrotem do pomieszczenia, przez które zemdlałem.
Ja tu oszaleję.... umrę.
Rzucił mnie na stół i obracając na brzuch skuł mocno wszystkie kończyny. Szlochając wykręciłem głowę by zobaczyć co on robi lecz momentalnie tego pożałowałem widząc, że trzyma w dłoni palnik.
Szarpnąłem dłońmi mając złudną nadzieję, że je uwolnię. No cóż.... nadzieja była złudna...
Krew w mojej głowie pulsowała dziko, tak bardzo jak teraz przerażony nie byłem jeszcze nigdy. Trzęsące się z prawdziwego przerażenia dłonie zacisnąłem w pieści najmocniej jak się da i zagryzłem mocno dolną wargę by z mojego płaczu nie wydobywało się tyle jęków.
-Szykuj się psie... -zasyczał nad moim uchem i mignął mi tylko przed oczami jakimś metalowym prętem.
Gdy nabrałem głęboko powietrza w roztrzęsione płuca w pokoju przez parę sekund nie było słychać jakiegokolwiek dźwięku.
Chwilę później ciszę przeszył mój paniczny, konwulsyjny krzyk. Jak w ataku epilepsji zacząłem miotać się na stole kiedy mężczyzna wypalał mi na łopatce skórę rozgrzaną do czerwoności, metalową pieczęcią, jak bydło.
-I co smarkaczu!? -wykrzyczał mi nad głową rozradowany z mojego cierpienia blondyn zabierając z moich pleców narzędzie tortów.
Tak boli... tak piecze... gdy do mojego nosa doleciał zapach spalonej skóry ucieszyłem się, że dawno nic nie jadłem, nie chcę jeszcze dodatkowo krztusić się własnymi wymiocinami.
Chcę wrócić... chcę do niego wrócić, Boże, czy wiesz jak mi źle?
    Na moją głowę poleciała nagle woda z wiadra, krzyknąłem przeraźliwie gdy zetknęła się ze świeżą raną.
-Pomyślałem, że cię nieco ochłodzę. -zaśmiał się i zaczął rozkuwać moje kończyny.
Jest tak cholernie okrutny... nie wytrzymam... już nie chodzi o to że zadaje mi ból fizyczny, on niszczy tym mnie od środka. Nie wytrzymam... ja nie wytrzymam.
Gdzie jest Eric, gdy go potrzebuję...?
    Mocnym szarpnięciem zrzucił mnie na podłogę. Gdy uderzyłem w nią z impetem z palących płuc uszło mi powietrze. Zwinąłem się momentalnie w kulkę próbują płytkimi, szybkimi wdechami zapewnić sobie wystarczającą ilość powietrza. Zamknąłem oczy powstrzymując potok piekących mnie łez, już nawet one sprawiały mi ból. Mam dość, chcę zemdleć, chcę wyrwać się z tego i zagłębić się w tą ukochaną, niewymagającą ode mnie czucia czerń. Tak tam błogo...
Zabierzcie mnie stąd.
    Kopnięciem przewrócił mnie nagle na plecy i postawił swoją odzianą w czyste lakierki stopę na moim brzuchu. Zaśmiał się boleśnie wbijając mi obcas w splot słoneczny.
-Więc jak sądzisz... kto tu jest jednak twoim panem?
Obróciłem głowę w bok by na niego nie patrzeć lecz butem nakierował ją w tak, bym musiał na niego spojrzeć.
Mimo opuchniętych oczu, nadal lejących się łez i cholernie bolącej rany na łopatce moje przez moje spojrzenie nadal przebijała się nienawiść do niego.
-Buńczuczny szczeniak... -prychnął i zabrał nogę z mojej twarzy.
Biorąc charczący, ciężki wdech zamknąłem oczy lecz nie było mi dane choć parę sekund nacieszyć się wytchnieniem. Mój oprawca mocno pociągnął za pozostałe mi tylko spodenki niemal rozrywając je na strzępy.
-Taki kundel jak ty nie potrzebuje jakichkolwiek łachmanów... -zdarł do końca ze mnie resztkę materiału.
Nagi, upokorzony, żałosny i zapłakany.
To właśnie ja.


Dziękuję Wam bardzo za wsparcie komentarzami i witam nowych czytelników, mam nadzieję, że to, w jaki sposób zmieni się bieg tego opowiadania nie zrazi Was do wyczekiwania kolejnego rozdziału. Wybaczcie, tylko na tyle mnie dzisiaj stać.  

niedziela, 18 maja 2014

Rozdział 13 - Stracony

Przepraszam, nie doceniam Was, ale naprawdę nie mam sił na pisanie jakichś wstępów. 


    Dwadzieścia kroków dzieli mnie od środka sceny.
Podchodzi do mnie jakiś osiłek i przyciąga mnie do siebie za ramię. 
-Rozbieraj się. -charczy mi w twarz śmierdzącym oddechem. 
Ta osoba  w ogóle nie pasuje do całej tej luksusowej otoczki. Powoli jak w otumanieniu nakierowuję na niego swój wzrok i dostrzegam innego mężczyznę zmierzającego w moim kierunku. Jest w garniturze. 
Staje przede mną i uśmiecha się zawadiacko kiedy jego wzrok trafia na herb na mojej obróżce. 
-Och, rarytas. -gwiżdże i kuca przede mną. -Trash, obchodź się łagodnie z tym  skarbeńkiem. -zwraca się do cuchnącego goryla po czym spogląda na mnie. -Wystarczy jak zdejmiesz bluzkę, mój drogi. 
Gdy robię to z ociąganiem widzę, że jego przyjacielska postawa emanuje fałszem. 
Nie chcę tego.
-Pospieszmy się. -mruczy i kładąc dłoń na moim barku kieruje mnie w stronę sceny.
    Osiemnaście kroków dzieli mnie od środka. 
Robi mi się nieznośnie gorąco mimo, że jestem na wpół nagi. Mimo nacisku mężczyzny stopniowo moje nogi zwalniają jakby myślały, że jeszcze jest nadzieja na ucieczkę.
    Jeszcze piętnaście kroków. 
Czuję, że powoli tracę panowanie nad swoim ciałem, mam wrażenie, że moje mięśnie wiotczeją. Nawet jeśli jestem świadom tego w jakiej sytuacji się znajduję, mój umysł nie jest w stanie tego pojąć. Jestem niewolnikiem. Nie mam praw, nie mam woli. Nie mogę żyć jak każdy człowiek, nie mogę myśleć jak człowiek. Nie jestem człowiekiem. To smutne.
    Dziesięć kroków. 
Dosięgnęły mnie już światła wydobywające się z reflektorów. Mrużę lekko spuchnięte powieki. Mogłem zdobyć wykształcenie, dobrą pracę. Mogłem założyć rodzinę, rozbijać się po imprezach, robić co chcę. Niestety nie jest mi to dane. Cholernie przygnębiające. Nie zaznałem prawdziwej miłości, nie pamiętam kiedy ktoś, poza mglistymi wspomnieniami o ojcu, powiedział, że mnie kocha. Nikt nie powiedział mi, że jestem cenny, że moje życie coś znaczy, że mój byt chociaż śladowo zaznacza się w ich życiu. Nikt po mnie nie płakał i płakać nie będzie. Nie ma kto. 
    Pięć kroków.
Tęsknię sięgam myślami do tych chwil gdy sam mogłem decydować o tym co robię w danym momencie. Już tego nie zaznam. Będę już tylko dalej upokarzany i poniżany. Do niczego innego nie będę się nadawać. Reszta mojej już i tak zanikającej osobowości zostanie wypłukana, a ja stanę się żałosną zbieraniną upodlenia. Inni będą widzieć we mnie tylko odium. 
Jestem zbyt oszołomiony by uronić chociaż jedną łzę. Chociaż ściska mnie w piersi, dławię się własnym smutkiem i żalem. Pali mnie to! Panie... pali mnie... Nie rozumiem, naprawdę już niczego nie rozumiem.
    Dwa kroki. 
Zaraz chyba zemdleję. 
    Jeden krok.
Boże, zabierz mnie stąd.

* * *

-Ericu, tutaj!
Odwracam się w stronę wołającego mnie głosu i napotykam ją. Cholera, tylko jej w tym momencie brakuje. 
-Rebeco. -kłaniam jej się z wymuszoną szarmancją i zajmuję wskazane przez nią miejsce przy jednym ze stolików. 
-Powiedz, nie żal ci tego słodziaka? -uśmiecha się i patrzy tęsknie w stronę sceny.
Zamieram na moment gdy widzę jak Yuuki jest wyprowadzany na scenę. Jest strasznie blady i ledwo powłócze nogami.
-Och, wygląda makabrycznie... czy to jego pierwsza aukcja? -brunetka z udawanym zatroskaniem spogląda na mnie chcąc najwyraźniej wybadać mój stosunek do niego.  
-Skoro specjalizuję się w tresowaniu nowego towaru, nie uważasz, że to oczywiste? -mruczę i spoglądam na scenę. 
Cholera...
Mam szczerą ochotę sam go teraz kupić. 
Zaciskam mocno dłonie w pięści i zamykam na moment oczy. 
Tak miało najwyraźniej być. Przecież nawet jeśli zostałby ze mną, nie zapewnię mu normalnego życia! A jeśli bym go wypuścił, tamci ludzie zaczęli by go szukać! 
-Eric... 
-Nie mam ochoty wysłuchiwać twoich kąśliwych uwag w tym momencie Rebeco. -piorunuję ją bazyliszkowatym wzrokiem na co tylko uśmiecha się figlarnie. 
-Skoro tak bardzo zależy ci na tym chłopcu, są lepsze sposoby by to okazać niż wystawiać go na aukcję. Nie bądź głupcem i nie udawaj wielkiej skruchy po dokonanym fakcie. 
Odrzuca na bok swoją ciemnobrązową grzywę i z obrażoną miną wpatruje się w scenę. 
Udawać skruchę? Czy ja udaję? Kurwa... nie mam ochoty się z nią kłócić.
Przyznaję, popełniłem wielki błąd, skoro zauważyłem w jego zachowaniu zmianę... i sam zacząłem się domyślać o co chodzi... dlaczego ja podpisałem te papiery? Bałem się? Bałem się kurwa uczuć?! 
-Jak sami państwo widzą marka jest marką, więc nie będziecie zdziwieni wysokością ceny wywoławczej. -nagle zwróciłem uwagę na głos prezentera.
Yuuki wygląda jakby miał się zaraz przewrócić. 
Gorzej skrzywdzić go nie mogłem.
-Zacznijmy od pół miliona! -gdy tylko z radością w głosie mężczyzna rzucił cenę, wiele rąk wystrzeliło w górę nawzajem się przekrzykując. 
Spojrzałem jeszcze raz na Yuukiego i oniemiałem. Patrzył mi prosto w oczy z cierpieniem przeżerającym się przez jego każdą, maleńką komórkę. Czekał.... czekał na mój ruch. 
Przepraszam cię. Naprawdę nie mogę już nic zdziałać... Wybacz mi Yuuki. 
Gdy nie doczekał się żadnej reakcji z mojej strony ze zrezygnowaniem zamknął powoli oczy. Poddał się.
Nie, to ja się poddałem...
Przepraszam.
-Dwadzieścia trzy miliony...! Kto da więcej!? -z podnieceniem krzyczał prezenter rozglądając się z rozgorączkowaniem po sali. 
Hmm, dawno nie przekroczono dwudziestu milionów. Błagam, niech tylko nie trafi do jakiegoś podstarzałego pryka. 
Gdy już nie wysunięto żadnych propozycji, po ostatnim uderzeniu młotka westchnąłem głęboko. Nie mogę sobie wyobrazić co Yuuki w tym momencie przeze mnie przeżywa.  
-Brawa dla nowego właściciela, pana Hartlieba. 
Gdy usłyszałem nazwisko zamarłem. Nawet Rebeca już z nieudawaną troską spojrzała w moją stronę.
Co...? Tylko nie ten psychol.... 

* * *

    Mój tyłek jest wart dwadzieścia trzy miliony? Jakoś nie widzę powodu do radości. 
Nie wiem jak przetrwałem aukcję, nie byłem tam obecny... Tylko widziałem jego. Tylko tyle pamiętam. 
Ach, no tak. Jestem już sprzedany. Co teraz?
Zostałem już nieco mniej delikatnie sprowadzony ze sceny i popchnięty w stronę ściany od której odbiłem się boleśnie.
-Czekaj tam. -żachnął prezenter i odszedł gdzieś w sobie znanym kierunku. 
Raczej zgubą byłoby próbowanie uciekać w tym momencie. Wątpię czy wyszedłbym stad w całości. 
Zresztą, chyba bym nie zdążył. Mężczyzna wracał już właśnie z innym nieznajomym. Czyżby nowy właściciel? 
-A oto pańska własność. Stosowne dokumenty tak jak zawsze zostaną przesłane do pana biura. -prezenter pokazał na mnie ręką po czym zwrócił się do niego... nowego...
Był wysoki... szczupły ale wysportowany... miał krótkie, blond włosy i bardzo pociągłą twarz z surowym wyrazem twarzy. Jego palce były długie jak on sam. Gdy spojrzałem na jego twarz zmroził mnie momentalnie chłodnym, niebieskim spojrzeniem. 
Opuściłem głowę w dół nie chcąc dalej patrzeć na niego. Gdy pomyślę, że będzie gorzej niż wcześniej zbiera mi się na płacz. Naprawdę nie jest dobrze. Ten mężczyzna... jest w nim coś, co budzi cały mój niepokój. Moje nogi każą mi uciekać ale jednocześnie się boją zrobić choćby centymetrowy kroczek. Źle trafiłem. 
    Wysunął nagle rękę w moją stronę i odruchowa skuliłem się lekko przymykając oczy. 
-Boisz się mnie...? -zapytał niskim głosem z nutką zdziwienia. 
Złapał obróżkę w swoje zimne palce i przyjrzał się herbowi.
-To dobrze. -uśmiechnął się z mrożącym krew w żyłach spojrzeniem i ściskając mocno medalik w dłoni jednym szarpnięciem zerwał go z obroży. 


Przepraszam jeśli opowiadanie stanie się zbyt brutalne. 

Sabate



wtorek, 6 maja 2014

Nieuniknione, potrzebne.

Witam,
tak, znowu będę błagać o wybaczenie, post obiecałam, a go nie ma. Co prawda rozdział napisałam ale nie chcę wstawiać czegoś tak żałosnego. Usunę, poprawię, cokolwiek, byle nie wstawiać tego co do tej pory napisałam.
Tak po za tym chyba się staczam. Wena jest, okej, wszystko fajnie. Jeszcze gdybym z tą weną potrafiła współpracować... było by o niebo lepiej. Co nie? Nawet rozpisałam sobie mały plan na kolejne rozdziały, a tu wielkie, jedno, gówniane nic. Tylko ten cholerny migający kursor, który cały czas stoi w jednym miejscu i cwaniak wie, że mnie to irytuje... że nie zamierza ruszyć swojej dupy chociaż o pięć linijek w dół. Nieeeee.... on chce mnie doprowadzić do szału bo wie, że szybko wychodzę z siebie. Cholerni faceci.
Tak w ogóle, nie dość że mam nawał roboty, to jeszcze mam  problemy ze swoim facetem. Dziewczyny, jeśli jakieś tu jeszcze zostały, jeśli ktoś przeczyta te moje godne pożałowania wypociny, olejcie skurwysynów. Tylko łez na takich dupków tracicie. Potem chodzicie i wyglądacie jak zombie bo nie śpicie po nocach, rozwalacie sobie mózgi przez natłok słów, nie wychodzi wam robota, szkołę macie gdzieś. Tak to kurwa bywa w życiu.
Może powinnam, poradzić się jednak jakiegoś lekarza? Wiecie, ze mną chyba naprawdę jest coś nie tak, spłodziłam takiego bloga, gadam ostatnio sama do siebie. Cudnie, po prostu cudnie.
Kończąc już to, wyjaśnię co chciałam wam przekazać.
By dać sobie chwilę na przemyślenia i ogarnąć nie tylko to opowiadanie jak i swoje myśli zawieszam bloga na niedługą chwilę. Od razu zapewniam, że gdybym miała bloga porzucić, poinformuję o tym.

Przepraszająca już setny raz
Sabate

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Rozdział 12 - Stracony

No to łapcie kolejny rozdział. 
Z góry przepraszam za błędy, nie chcę mi się sprawdzać xD
Po za tym, chciałam podziękować osobom, które udzielają się pod moimi postami, nawet jak każecie mi zmieniać bieg opowiadania i tak Was uwielbiam. Każdy jeden komentarz cieszy mnie i naprawdę motywuje do płodzenia tych kolejnych wpisów. 
Zatem, miłego czytania. 


-Przestań tak na mnie spoglądać, to nic nie da. -mruknął czarnowłosy i odwrócił głowę w stronę szyby podpierając ją na dłoni.
Siedzieliśmy z tyłu jakiegoś oczywiście ekskluzywnego, czarnego Audi. On po swojej stronie, ja po swojej. Najwyraźniej nie ma ochoty mnie dotykać w tym momencie... hmm, nie tylko w tym... już nigdy mnie nie dotknie? Jest to wykonalne, przecież zaraz mnie już więcej nie zobaczy. 
-Zapomniałbym... -szepnął do siebie nagle, spoglądając na mnie przelotnie.
Wyjął z kieszeni marynarki czarne płaskie pudełeczko obwiązane kobaltową wstążką. 
-Otwórz. -podał mi z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Gdy wziąłem pudełeczko do ręki stracił mną zainteresowanie, jednak nie umknęło mi jego zerkanie w moją stronę.
 Czeka na moją reakcję? Chce mnie jeszcze bardziej upokorzyć? Robi sobie ze mnie żarty wręczając mi "pożegnalny upominek"? To ma być śmieszne?! Czy on naprawdę nie widzi, że cały czas powstrzymuję się przed płaczem?! 
-Nie bulwersuj się tylko otwórz w końcu. -szepnął kładąc swoją dłoń na trzymanym przeze mnie pudełku.
Uniosłem głowę by na niego spojrzeć lecz przed wykrzyczeniem mu ostatni raz tego co o nim myślę powstrzymała mnie jego skonsternowana i nalegająca mina. 
-Proszę... -mruknął cicho zabierając dłoń i ponownie odsuwając się ode mnie najdalej jak to możliwe. 
Skierowałem moje spojrzenie na owo pudełeczko i wzdychając pociągnąłem za wstążkę, która bez zbędnych oporów ustąpiła szybko. Podniosłem powoli wieko pudełka obawiając się głęboko w duchy tego, co tam znajdę. 
Ku mojemu zdziwieniu nie było tam nic co miał mnie dobić. Chociaż...
Wyciągnąłem ze środka czarną, cienką obróżkę wysadzaną małymi kamieniami w kolorze kobaltu, tak ja wstążka, którą było obwiązane pudełko. Miała ona także przypięty mały, srebrny medalik. Chwyciłem go w palce by przyjrzeć się mu z bliska i uniosłem wyżej. Był na nim wygrawerowany herb z jakimś drapieżnym ptakiem, a pod nim widniały kunsztowne litery, układające się w jeden wyraz: "Halcón". 
    Dlaczego daje mi obrożę? Czy nie jest już przypadkiem za późno na takie prezenty? 
-Po co mi to dajesz? -warknąłem spoglądając na niego z miną raczej niewyrażającą zachwytu. 
-Podoba się? -zignorował moje pytanie i wyjął mi ją z dłoni.
-Co znaczy ten napis? -zmarszczyłem brwi.
-Sokół po hiszpańsku. 
-Dlaczego sokół? 
Przysunął się bliżej i odgarniając mój warkocz na bok założył mi obróżkę. Kiedy ją zapinał jego palce niby przypadkowo muskały mój kark. Wzdrygnąłem się na ten gest.
Jest taki okrutny, że w tej chwili musi obdarzać mnie takimi czułymi gestami? To boli. Niech tego nie pogłębia. 
-Nie dotykaj mnie. -odtrąciłem jego rękę i odsunąłem się najmocniej jak mogłem. 
-Nie zachowuj się jak dziecko. 
Niezrażony moim zachowaniem poprawił mi obrożę i przesunął dłonią po warkoczu. 
-Yuuki, będziesz się tak obrażał do końca? -pociągnął mnie lekko za włosy chcąc zwrócić na siebie moją uwagę. 
-Nie obrażam się.
-To nie bądź zły.
-Mam prawo być złym.
-Nie, nie masz.
-Owszem, mam! -krzyknąłem i obróciłem się gwałtownie w jego stronę chcąc wykrzyczeć mu wszystko co mnie dręczy lecz nie zdążyłem. 
Jego dłoń zacisnęła się na mojej szyi przyciągając mnie do niego. Szarpnąłem ramionami chcąc się uwolnić lecz czarnowłosy dołożył tylko drugą dłoń ściskając moją szczękę. 
-Nie szarp się. -mruknął cicho i poluzował od razu uścisk.
-Puść...
-Nie. -powiedział jeszcze ciszej i przysunął swoją twarz bliżej mojej. 
Wpatrywał się we mnie świdrując mnie tymi swoimi czarnymi oczami. Pali mnie jego spojrzenie. Niech w końcu przestanie dawać tę złudną nadzieję. Boję się, boję się jego zawahań takich jak w tym momencie, gdy patrzy na mnie jakby chciał powiedzieć mi coś bardzo ważnego, lecz żadne słowo nie wychodzi z pomiędzy jego warg. Tych ciepłych, miękkich warg. Niech przestanie. 
Dlaczego nie może patrzeć na mnie tak, jakby brzydził się mną? To by mi bardzo pomogło. Nie chcę nadziei. 
-Yuuki... -szepnął tak cicho, że gdybym nie patrzył na niego nie miałbym pojęcia jakie słowo wypowiedział. 
Dlaczego tak wpatruje się w moje wargi? Przysunął się jeszcze bliżej tak, że nasze usta dzieliły centymetry. Przesunął powoli kciukiem po mojej dolnej wardze i podniósł wzrok spoglądając mi w oczy. 
Smutek. Czułość. Ból. Radość. Tęsknota. Przez te wszystkie emocje, które dostrzegłem w jego spojrzeniu nawet nie poczułem jak łzy swobodnie spływają po moich policzkach.
Przestań... przestań tak na mnie patrzeć! Pocałuj mnie w końcu! 
Lecz gdy mężczyzna dostrzegł w moich oczach coś na kształt wiary w niego, że zabierze mnie stąd, że nie sprzeda zamknął nagle oczy. Oparł się czołem o moje i nic nie powiedział. Nie zrobił nic. 
Znowu ta złudna nadzieja, znowu dałem się nabrać. 
Przez chwilę trwałem w otępieniu nie mogąc pojąc tego wszystkiego. To on czuje coś do mnie czy nie? Stałem się kimś dla niego, czy nadal jestem przedmiotem?
    Nagle nie wytrzymałem. Siedząc tak czoło w czoło z czarnowłosym zaniosłem się szlochem. To mnie wszystko przerosło już dawno. Ja tak nie mogę, nie umiem. Smutek rozrywa mnie od środka a on wbija w moje poranione serce coraz więcej cierni. Czy nie rozumie, że każdym pożądającym mnie spojrzeniem i czułym gestem dobija mi gwoździ do trumny? 
Zjechał dłonią w dół mojej szyi i zatrzymał ją na obroży muskając medalik z herbem.
-Nie zdejmuj jej dopóki nie znajdziesz się w rękach nowego właściciela. 
Kiwnąłem tylko nieznacznie głową przyciskając dłoń do ust ponieważ na słowa "nowy właściciel" zalała mnie kolejna fala płaczu.
-Gdy będziemy na miejscu dzięki temu nikt cię nie tknie. -mruknął i oderwał czoło od mojego. 
Zamknąłem oczy by na niego nie patrzeć. Dość już się nacierpiałem. Nie mogę więcej. Nie potrafię tak jak on właśnie w tej chwili, na zawołanie przywoływać na twarz maskę sztucznej obojętności. 
Nie zniosę więcej jego zabawy, zwodzi mnie tylko. Raz okazuje mi troskę, dając znać że zależy mu na mnie, a chwilę później rani mnie dogłębnie. Dość.
    Może i jestem za wrażliwy, a on testuje moje możliwości by sprawdzić ile wytrzymam. 
Niestety dawno już przekroczył granicę. Pytanie dlaczego. Czyżby spostrzegł, że zaczynałem przykładać się do wszystkiego? Zauważył, że do wszystkich rzeczy jakie robiliśmy zacząłem wkładać moje uczucia? 
Tak, zauważył to. Zauważył, że się w nim zakochałem. 

* * * 

    Dla mojego komfortu zanim wysiedliśmy z samochodu, czarnowłosy dał mi chwilę na ogarnięcie się. Cóż, nie chcę przynieść mu wstydu. Więcej już mnie nie dotknął, nawet na mnie nie spojrzał tylko pouczył jak to wszystko mniej więcej będzie wyglądać. 
-Muszę zawiązać ci na moment oczy. Nie bój się. -powiedział niby to od niechcenia i bez czekania na moją odpowiedź zawiązał mi na oczach czarną apaszkę. 
Nawet teraz, gdy ją zakładał ledwo co mnie dotykał. Może to i dobrze. Zmęczyło mnie to wszystko. Jak mogłem być taki naiwny? 
    Prowadzony przez mężczyznę, którego miałem już nigdy nie zobaczyć szedłem posłusznie tam gdzie mi kazano. Nie widzę najmniejszego sensu w opieraniu się. Nie chcę mu uprzykrzyć ostatnich chwil ze mną. 
-To tutaj. 
Kiedy zdjął mi apaszkę z oczy mocno się zdziwiłem. W sumie nie mam pojęcia czego tak naprawdę mogłem się spodziewać, ale na pewno nie tego.  Byliśmy w wielkim.... nie wiem jak to nazwać. Głównym punktem w tym pomieszczeniu był duża scena. To wszystko wyglądało jak teatr, tylko zamiast foteli na widowni stały okrągłe stoliki z krzesłami. Między białymi obrusami krążyli kelnerzy i ludzie którzy szukali miejsc dla siebie wśród już zajętych stolików. Goście, jeśli tak ich mogę nazwać... Byli ubrani w stroje wieczorowe, kobiety w długich, ponętnych sukniach, a większość mężczyzn w garniturach. Jednak wsród nich można było dostrzec ludzi... jak ja. Młodzi ludzie, ubrani w jeszcze bardziej skąpe i wyzywające rzeczy posłusznie kroczyli za swoimi panami i zajmowali miejsca przy stolikach z nimi, bądź zostawali zmuszeni usiąść jak psy, przy nodze Pana. 
    Przełknąłem z niepokojem ślinę. Cholera, wpadłem w niezłe bagno. Błagam, nie chcę trafić do jakiegoś podstarzałego, brutalnego zboczeńca! 
-No proszę, kogo my tu mamy! -nagle usłyszałem nieco za piskliwy jak dla mnie głos i rozejrzałem się dookoła. 
W naszą stronę szła wysoka filigranowa brunetka w krwistej sukni ze dekoltem do brzucha. Co tu dużo kryć, seksapil wręcz z niej bombardował. Kusząco ruszając biodrami podeszła do czarnowłosego i ku mojemu zdumieniu uwiesiła się nieznacznie na jego ramieniu i przelotnie cmoknęła go w usta zostawiając na nich delikatny ślad czerwonej szminki.
-Witaj Ericu. -zaczęła radośnie odsuwając się trochę od niego.
Ach... więc ma na imię Eric. Czy to nie smutne, że dowiaduję się takich rzeczy na samym końcu? 
-Rebeca. -przywitał ją nieznacznym skinieniem głowy.
Ta, a ja się dziwię, że chce się mnie pozbyć kiedy zauważył moje uczucia do niego. Kto normalny wybrał by mnie przy tej kobiecie? Sam siebie bym nie wybrał... 
-A cóż to za rozkoszny szczeniaczek? -zachichotała spoglądając na mnie spod swoich wytuszowanych rzęs. 
-Ma na imię Yuuki, zainteresowana?
-Och, wystawiasz go? Szkoda, taki słodki... skusiłabym się ale chwilowo mam przeludnienie w swojej sypialni. -zachichotała ponownie jakby powiedziała jakiś świetny dowcip i zalotnie ułożyła swoją dłoń z idealnym manikiurem na piersi czarnowłosego. 
-Wybacz Rebeco, musimy iść już, porozmawiamy po aukcji. 
-Naprawdę szkoda tego słodziaka Ericu. -posłała mu całusa i odeszła w swoją stronę. 
Nie mogę uwierzyć, ze zaraz mnie sprzeda. Nie mogę tego pojąć... 
-Chodź. -mruknął widząc moją przerażoną minę i pociągnął mnie za nadgarstek w sobie znanym kierunku.
Wprowadził mnie do pomieszczenia za scenę, gdzie już wielu innych, dziewczyn i chłopców, nagich czy w lateksie przygotowywało się na swoją kolej. Nie którzy wyglądali na bardzo zadowolonych, rozmawiali z innymi. Innym z kolei było wszystko obojętne co się z nimi stanie. 
    Stałem tak jakbym miał stopy przybite do desek w podłodze. Dopiero teraz docierała do mnie cała prawda. On mnie zaraz sprzeda... już go nigdy nie zobaczę. Nie wiadomo gdzie trafię. 
Znowu nie zdałem sobie sprawy z tego, że po moich policzkach powoli spływają łzy. 
-Yuuki, ogarnij się. -rzucił czarnowłosy kucając przede mną i łapiąc mnie za ramiona. -Zaraz twoja kolej. 
-Panie... -jęknąłem cicho spoglądając w jego oczy. -Proszę... boję się. 
-Nie ma czeg... -zaczął łagodnym głosem lecz mu przerwałem,
-Jest! Jest czego! -rzuciłem się w jego pierś szukając schronienia. 
Jestem żałosny, łkam w pierś mężczyzny który chce się mnie pozbyć, w dodatku zakochałem się w nim. Gorzej być nie może. 
Dlaczego akurat w nim, w tym momencie szukam pociechy? Przecież powinienem go nienawidzić! On mi nie da wytchnienia i spokoju! Przecież mnie nie ukryje przed prawdą i życiem! 
Gdy spostrzegłem, że kolejka przede mną coraz bardziej maleje wpadłem w panikę. 
-Błagam zabierz mnie stąd, Panie... ja nie chcę, Panie... boję się,  proszę... ja cię... Panie proszę... -szlochając w jego ramię zacząłem wyrzucać wszystko co mi na język przyniesie.
Moje myśli zaprzeczają moim czynom. Oszalałem. Desperacja mną zawładnęła.
-Panie... błagam... kocham cię, Panie... zabierz mnie.... 
Nagle złapał mnie za barki i odciągnął by przyjrzeć się mojej twarzy. Zacisnąłem mocno oczy kręcąc głową i przycisnąłem dłonie do twarzy. Niech nie patrzy na mnie. To nic dobrego nie przyniesie.
-Yuuki... -oderwał moje dłonie by odsłonić moją twarz i złapał mnie za podbródek bym spojrzał na niego. 
Tym razem w jego oczach dostrzegłem rozpacz.
-Dlaczego teraz...? -szepnął.
Oniemiałem patrząc jak walczy sam ze sobą. Poruszał ustami jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, a ja tylko stałem i załzawionymi oczami wpatrywałem się w niego. 
-Panie Halcón, czas nagli. -podszedł do nas na moment jakiś barczysty mężczyzna.
Halcón? To jego nazwisko? Mam na sobie jego godło? Ten sokół.... 
-Już za późno... Za późno, nie odkręcę tego. -zamknął oczy i opuścił głowę w dół. 
Nie rozumiem, nie rozumiem już niczego. Dlaczego teraz chce mnie stąd zabrać? 
-Yuuki ja... nie myślałem, że ty... -spojrzał na mnie jakbym miał mu pomóc. -..też...
-Pan wybaczy ale teraz jego kolej. -ten sam mężczyzna co wcześniej pociągnął mnie mocno za ramię odrywając od czarnowłosego. 
-Panie!? -krzyknąłem szarpiąc się lecz ten tylko uraczył mnie przejmująco smutnym spojrzeniem i odwrócił się do mnie plecami zmierzając w stronę wyjścia. 
Co on chciał powiedzieć?! Dlaczego nie dokończył?!
Nigdy się tego nie dowiem. 




JAK MNIE ZABIJECIE ZA TO ŻE GO SPRZEDAŁAM NIE BĘDZIE NOWEGO ROZDZIAŁU !
BUAHAHHAAHAAAHAAA ! ! ! 






A tak w ogóle to chciałam Wam złożyć życzenia mimo, że trochę nie w porę to chcę Wam życzy cholernie mokrego poniedziałku tak żeby chałupę zalało i żebyście za bardzo nie przytyli po świętach, majonez tuczy. 

Kolorowych, yaoistycznych,
Sabate



niedziela, 13 kwietnia 2014

Rozdział 11 - Stracony

Jako, że ostatni rozdział był krótki wrzucam Wam już następny, który udało mi się spłodzić. Mam nadzieję, że nie będziecie za bardzo zawiedzeni. 


   Mój tyłek... tak zajebiście boli... uh, dawno mnie tak drań nie przeleciał... naprawdę, naprawdę musiał to zrobić aż cztery razy?! Zaraz umrę... 
-Yuuki, wstawaj. -pociągnął mnie za roztargany warkocz.
-Chyba sobie jaja robisz, Panie... -wyjęczałem w poduszkę rozwalony w poprzek łóżka. 
Gówno mnie teraz cokolwiek obchodzi. Mogę nawet dostać porządne lanie, jestem znieczulony. Spać, SPAĆ! 
-Yuuki. -szturchnął mnie mocno za ramię. 
-Daj mi spokój... -wymamrotałem jeszcze ciszej. 
No co on chce...
-Hej, -obrócił mnie na plecy i odgarnął grzywkę z twarzy. -Naprawdę nie chcesz się wykąpać? -dotknął mojego ubrudzonego czekoladą brzucha.
-Wisi mi to... -jęknąłem zamykając oczy.
Wkurwiała mnie strasznie jego zadowolona mina. 
-Jak chcesz. -odpowiedział i wstał przeczesując swoje mokre włosy. 
A tak, dopiero wyszedł z pod prysznica... Niuchnąłem nosem wyczuwając jakiś ładny żel. Nie, nie mam sił. Spać. 
Co, dał mi spokój? Uchyliłem jedną powiekę by upewnić się, że będę mógł sobie spokojnie pospać. Czarnowłosy siedział przy tym potężnym biurku i właśnie otwierał laptopa. Huuuh? Internet? Wziął do rąk plik jakichś dokumentów i jakby wyczuwając moje spojrzenie odwrócił się w moją stronę. 
-Śpij póki możesz. -posłał mi jakiś taki nostalgiczny uśmiech i stracił zainteresowanie mną.
Ok... no to spać!

* * *

Wyrywając mnie ze snu bez koszmarów i bez zmartwień mężczyzna musiał się nieźle natrudzić. 
-Yuuki, cholera, bo cię zaraz wrzucę do pełnej wanny. 
-Wstaję... -mruknąłem cichutko starając się otworzyć oczy.
-Yuuki! -złapał mnie za barki i usadził do pionu.- Piętnaście godzin snu ci wystarczy! 
-No już, już... -otworzyłem leniwie oczy i przetarłem je ziewając beztrosko czarnowłosemu w twarz. 
-Pospiesz się, nie mamy czasu. 
E? Jak to nie mamy czasu?
-Dalej wstawaj, musisz się ogarnąć. 
-Jak to...? -spojrzałem na niego nie rozumiejąc o co mu chodzi.  
Z westchnieniem złapał mnie pod pachami i ściągnął z łóżka stawiając na podłodze. Skrzywiłem się momentalnie i chwyciłem go za przedramiona z głuchym jękiem. Kur... jak boli. 
-A, no tak... -zreflektował się jakby nie pamiętał wcześniej, jak mnie wydupczył parę godzin temu. 
Podniósł mnie znowu tym razem ostrożniej i zaniósł do łazienki. Postawił mnie pod prysznicem i podniósł palcem moją twarz w górę.
-Wykąp się porządnie, za dziesięć minut wracam. -rozczochrał mi włosy i zniknął z łazienki. 
Uuh, no ok. Rozejrzałem się po kabinie prysznicowej i odkręciłem sobie ciepły, delikatny natrysk. Ooooh, jak miło... Rozplotłem swój roztargany warkocz i nałożyłem trochę jakiegoś szamponu na mokre włosy. 
Wmasowując powoli pianę w skórę głowy prawie odpłynąłem. Dopiero gdy niebezpiecznie zacząłem przechylać się na jedną stronę wróciłem do rzeczywistości. Spłukałem włosy i rozejrzałem się za jakimś żelem. Chwyciłem podłużną, brązową tubkę i gdy tylko ją otworzyłem do mojego nosa doleciał już tak bardzo znajomy mi zapach. Ta korzenna nuta, którą zawsze pachniał czarnowłosy. Ma chyba dobry gust, ten zapach bardzo relaksował. 
Wycisnąłem trochę żelu na ręką i odetchnąłem głęboko gdy zacząłem rozprowadzać go na swojej skórze. Dawał lekkie uczucie schłodzenia niczym maść na zbolałe mięśnie. Cholera, jak to odpręża. 
    Umyłem się dokładnie zmywając z siebie resztki czekolady i wyszedłem z pod prysznica rozglądając się za ręcznikiem. W tym samym momencie do łazienki wrócił mężczyzna niosąc w rękach puchaty, biały ręcznik i jakieś rzeczy, które odłożył na blat obok umywalki. 
-Już czyściutki? -uśmiechnął się klękając na jedno kolano i opatulając mnie ręcznikiem. 
Wydaje mi się, czy on aby nie jest dzisiaj jakiś dziwny? 
-Ta, ale boli nadal. -skrzywiłem się, gdy wycierał moje pośladki. 
-Wybacz. -przejechał kciukiem po moim policzku i wstał. 
Podszedł do szafek i wyciągnął jakiś balsam. Wrócił do mnie i ściągnął ze mnie ręcznik. 
-Pamiętasz jak wspominałem wcześniej o pewnej wycieczce? -zapytał otwierając pachnące smarowidełko. 
-Aha... -kiwnąłem powoli przytakując.
Na bank jest dzisiaj jakiś dziwny. Coś niedobrego wyczuwa mój radar...
-To dzisiaj. -uśmiechnął się pokrzepiająco.
Cholera. 
Stałem jak słup soli nie zważając na nic. Nie przeszkadzało mi nawet, że mężczyzna smaruje mnie tym balsamem dosłownie wszędzie. Przez moją głowę wciągu tej jednej chwili przeleciało tysiące myśli. 
-Yuuki? -odezwał się po chwili. 
-Po... po co... i gdzie...? 
Jego zachowanie za bardzo mi nie pasowało. To nie będzie nic fajnego... Będzie źle. 
Spojrzałem na niego prawdopodobnie wzrokiem przepełnionym strachem bo widząc moją minę jego twarz stężała. Zamknął na moment oczy i z westchnieniem podniósł się tylko.
Hej... chcę odpowiedzi!
Zabrał z szafki ubrania które przyniósł ze sobą i podał mi je. 
-Załóż to. -mruknął nie patrząc mi w oczy.
Przechwyciłem od niego rzeczy i ubrałem bez protestów to co kazał. Nie przeszkadzało mi nawet to, że znowu nie dostałem bielizny, a ubraniem były tylko krótkie, czarne, skórzane spodenki oraz brązowa, szeroka bluzka opadająca na jedno ramię, a drugie odsłaniająca. 
Czarnowłosy podszedł do mnie z suszarką oraz szczotką i zaczął suszyć, jednocześnie rozczesując mi włosy. 
Boję się. Przeraża mnie jego zachowanie. Nie robi niby niczego nadzwyczajnego, ale w każdym jego ruchu, w każdym muśnięciu wyczuwam smutek. I.... tęsknotę? 
-Dokąd się wybieramy? -zapytałem unosząc głowę i szukając jego spojrzenia. Miałem wrażenie, że specjalnie unika patrzenia mi w oczy. No cholera! 
    Gdy już wysuszył moje włosy stanął za mną i zaczął powoli zaplatać mi kłosa. Specjalnie go robi zamiast zwykłego warkocza? Bo plecie się go dłużej? 
Rani mnie jego zachowanie... Dlaczego niczego mi nie wyjaśni? 
-Panie...? Odpowiesz mi na pytania? -zapytałem cicho.
-Wszystko w swoim czasie. -odpowiedział równie cicho i dokończył plecenie warkocza. -Musimy już iść. 
Złapał mnie za dłoń i wyprowadził z łazienki. 
    W sypialni dał mi czarne conversy i otworzył szafę. Gdy ja zakładałem trampki on ubierał się w schludnie skrojony garnitur, ten sam, który miał na sobie, gdy zobaczyłem go po raz pierwszy. 
-Czarna czy biała? -zapytał wyciągając różne koszule. 
-Czarna... 
Pyta mnie o zdanie? Jak małżeństwo. 
Gdy założył wskazaną przeze mnie koszulę wyciągnął z szafy cały zestaw krawatów. 
-Który?
-Nie wiem... żaden?
-Ok. -uśmiechnął się lekko i schował krawaty z powrotem do szafy.
-Dlaczego ty jesteś tak wystrojony, a ja mam na sobie norm... -no może nienormalne -zwykłe ciuchy? 
-Naprawdę lepiej będzie jak dowiesz się wszystkiego w swoim czasie.
Położył rękę na moim ramieniu i powoli odgarnął mi za ucho zbłąkany kosmyk. Palcami uniósł moją twarz za podbródek do góry zmuszając abym spojrzał na niego. Cholera, dlaczego jego oczy muszą w tym momencie wyrażać tak wiele? 
Chce mi się płakać przez te dziwne, niewypowiedziane słowa które zawisły miedzy nami. Nie, jego spojrzenie mówi mi wszystko.
-Panie... -wbrew zamierzeniom głos załamał mi się i musiałem zacisnąć oczy by łzy nie ujrzały światła dziennego. 
Kiedy poczułem jego usta na swoich wargach zarzuciłem mu od razu ramiona na szyję. Przygarnął mnie niemal rozpaczliwie do siebie i zachłannie zaczął obcałowywać moje usta. 
Nie musi mi już niczego wyjaśniać. Już wszystko wiem. Ten pocałunek mówi mi aż za dużo. To koniec. Sprzeda mnie.
Gdy nasze języki splotły się razem rozpłakałem się. To było tak czułe... jeszcze nigdy tak mnie nie całował. Każdym ruchem, każdym muśnięciem dawał mi do zrozumienia, że w tym momencie jednocześnie mnie pożąda i...  mnie... To iluzja? 
Kiedy odsunął się na moment by zaczerpnąć powietrze, kiedy pękła cienka nić śliny między nami załamałem się i rzuciłem na jego pierś. 
-Panie...! -załkałem. -Nie chcę... nie chcę nigdzie! 
-Yuuki... -pogładził mnie po włosach.
-Proszę cię... -zaszlochałem w jego koszulę. -Proszę cię, Panie! -krzyknąłem rozpaczliwie.
-Yuuki pozbieraj się... -złapał w obie dłonie moją twarz.
-Nie! Panie! -wyrwałem się z jego uścisku zasłaniając głowę rękoma. -Nie chcę! Proszę! Proszę!!! -krzyczałem coraz głośniej.
Czy on nie ma serca? Czy on specjalnie daje mi do zrozumienia, że darzy mnie głębszym uczuciem żebym się załamał? Kurwa! 
-Yuuki! -złapał mnie w nadgarstkach. -Yuuki uspokój się! 
Łkając oparłem się czołem o jego pierś. 
To koniec.
-Już się nie mogę wycofać, zrozum to... Ja... -dlaczego on mi się tłumaczy? I tak zrobi co będzie chciał.
Jego twarz przybrała nagle twardego, nie znoszącego sprzeciwu wyrazu. 
-To moja praca, mówiłem ci, że i tak trafisz gdzie indziej. Ogarnij się, musimy już iść. 
Odsunąłem się powoli od jego torsu. Ach... więc tak. 
Jestem już stracony. 
To koniec.
-Chodź. -chwycił moją dłoń i wyprowadził z sypialni. 


Sabate