poniedziałek, 29 lutego 2016

Rozdział 26 - Stracony

Ah cholera, wyszłam z wprawy. 




    Korzystając z faktu, iż kilkoro z moich współmieszkańców właśnie ulotniło się czy to do klientów czy po prostu zajęli się sobą, zgodnie ze złożoną Cole'owi obietnicą przeszedłem do jadalni by pomęczyć się trochę z jedzeniem. Usiadłem przy stole najbliżej kosza z owocami, który stał na jego środku i zmierzyłem spojrzeniem moje potencjalne ofiary. Ok, muszę postawić sobie wyzwanie. Wyglądam jak najgorsze nieszczęście świata. Co za tym idzie, niewielu klientów może mnie zechcieć. A za tym z kolei ciągnie się stagnacja, do której zdecydowanie nie mogę dopuścić. Do cholery, czas zabrać się za swoje gówniane życie, nie ważne jak bardzo jest ono marne, życie to życie. A ja chcę żyć. Najlepiej jak mi tylko sytuacja pozwala. Burdel? Ok. Nie ma sprawy. Jeśli się wpasuję, będzie dobrze, prawda? Patrząc na energię życia reszty chłopaków nie może być tu tak źle...

Zatem, sorry bananie.

Wygrzebałem swoją ofiarę z kosza i z niesamowicie pozytywnym nastawieniem obrałem go ze skórki i odłamałem połowę od razu starając się ją zjeść. Ok, pierwszy kęs, drugi, trzeci...
Z zadowoleniem spojrzałem na zjedzonego w całości banana, mimo niemal bólu w żołądku czułem się z tym cholernie dobrze. Banan, plus dziesięć do mojego braku masy.

Nagle drzwi do jadalni otworzyły się z hałasem i do środka wpadł zdyszany Danny.

-Yuuki! Ej, obżerasz się? -spojrzał na mnie dziwnie i podbiegł do mnie łapiąc mnie za dłoń. -Twoje rzeczy przyszły! No chodź szybko! -Wyciągnął mnie do salonu gdzie Hayato rozgrzebywał wielkie pudło i wyciągał z niego masę przeróżnych ubrań, a Blaise po cichu składał je z powrotem i układał w równych kupkach.

-Zobacz jakie fajne! -krzyknął Danny podciągając mnie do kartonu. -Jonny zamówił wszystko w czerni i bieli!

-Obejrzyj je. Wszystkie są twoje. -rzucił Hayato wyciągając jakiś czarny T-shirt i machając mi nim przed nosem.

Moje...? Moje... Na sam nostalgiczny ton tego słowa ogarnął mnie niesamowity smutek. Kiedy mieszkałem w domu dziecka, potem ON, dalej Hartlieb... coś takiego jak "moje" nie miało prawa bytu. Dla nich te ubrania to nic, dla mnie prezent, jakiego dawno nie dostałem. I to tylko dla mnie. 
Z rozczulenia poczułem jak moje dłonie zaczynają nieznośnie się trząść. Nie, nie, nie...! Nie bądź głupi Yuuki! Miałeś być normalny, zebrać się do kupy! Nie wymyślaj!

Cholera... wpadam w rozpacz z tak głupich powodów i nie mogę się ogarnąć! Nie przy nich! Nie mogą tego widzieć!

-Yuuki, spójrz na to. -Blaise wyciągnął z dna pudła białą bluzę z kapturem odciągając uwagę pozostałej dwójki od mojej osoby. -Teraz też będziesz bałwanem jak ja. 
Spojrzałem na niego w otępieniu i zacisnąłem dłonie w pięści skupiając się na jego słowach.

OGARNIJ SIĘ YUUKI.

Spojrzałem na białowłosego wypuszczając z ust powietrze i posłałem mu wyrażające wdzięczność spojrzenie.
Uśmiechnął się tylko kiwając mi przytakująco głową i zaczął naciągać na Hayato trzymaną przez niego białą bluzę mówiąc coś cicho o armii bałwanów w tym domu.

-Uhhhh... Muszę już iść. -jęknął Danny spoglądając na zegar wiszący nad kanapą i pospiesznie wyszedł z części domu przeznaczonej dla nas.

-Dużą ma dziś kolejkę? -zwrócił się Hayato w kierunku białowłosego.

-Tylko jednego. -mruknął cicho przekładając wszystkie rzeczy z powrotem do kartonu.

To nienormalne. To nie jest normalne z żadnej strony. Nie mogę tak tracić panowania nad swoimi emocjami. Mam być normalny...

-Yuuki? -Blaise delikatnie zwrócił na siebie moją uwagę i wstał chwytając karton.

Kiwnął głową w stronę schodów prowadzących do pokoi, w których śpimy i zaczął się po nich wspinać. 
Tak nie może być dalej... 

Zostawiając Azjatę w salonie poczłapałem się do góry idąc za białowłosym, który zatrzymał się przed moim pokojem grzecznie czekając aż sam go nie otworzę.
Dlaczego sam nie otworzy drzwi?

-Nie chcę naruszać twojej prywatności. -uśmiechnął się blado jakby wiedział o czym myślę gdy uchylałem drzwi do środka.

Postawił karton pod nadal pustą szafą i prostując się kiwnął mi tylko głową, po czym ulotnił się z pokoju zamykając za sobą drzwi.
Zrezygnowany opadłem na łóżko przymykając oczy. Zdecydowanie nie idzie mi zbyt dobrze. Czy ja w ogolę chcę się zmienić? Tak do cholery... Muszę coś ze sobą zrobić.

Nagle ktoś zapukał do drzwi i spojrzałem w ich kierunku oczekując na osobę, która miała się w nich pojawić, jednak to nie następowało.

A! Zapomniałem...

-Proszę..? -rzuciłem niezręcznie i dopiero po tych słowach drzwi się uchyliły, a zza nich wyłoniła się twarz Cole'a z przyjaznym uśmiechem na twarzy.

-Mogę na chwilkę?

-Tak. -wzruszyłem ramionami. Przecież to jego dom...

-Chciałem ci tylko powiedzieć, że wpisałem cię już w poniedziałkowy grafik i dodałem do... hm, menu? -zaśmiał się na swoje słowa lecz po chwili mina mu zrzedła.

Spoglądając na mnie podejrzliwie ulokował swoje dłonie na biodrach i westchnął.

-Dobra mały, bez owijania w bawełnę. Co się stało?

I co? Mam mu powiedzieć, że jestem nienormalny? Ha, ha. No pewnie.

-Hej, mi możesz powiedzieć o wszystkim, a jest to nawet wskazane. -podszedł do łóżka i usiadł obok mnie. -Jeśli nie będę mieć pewności, że współpracujesz to wyrzucę cię z grafiku. Dla twojego dobra Yuuki. Rozumiesz to?

-Rozumiem. -mruknąłem bez większego przekonania i wbiłem wzrok w odległy kąt.

Ja to naprawdę rozumiem... ale on tego nie zrozumie.

-Słuchaj, może na to nie wygląda, ale troszczę się o was. Jeśli któryś z klientów skrzywdzi cię w sposób, na który się nie zgodziłeś masz mnie natychmiast o tym poinformować. Kiedy któryś z reszty chłopców sprawia ci przykrość, czujesz się chory lub po prostu ci źle, powiedz mi o tym. Rozwiążemy to, ok?

Z westchnieniem spojrzałem na niego w końcu przekazując mu za pomocą wzroku ciężar swojej frustracji.

-Mam problem. Chcę najlepiej jak mogę, ale jest ze mną psychicznie źle. Co z tym zrobisz w takim razie?

-Najpierw pochwalę cię bo nie przypominam sobie tak długiej wypowiedzi z twoich ust. -ku zwiększeniu mojej konsternacji rozczochrał mi dłonią włosy i uśmiechnął się.

-Wywalisz mnie z grafiku?

-Widzę, że się starasz, poza tym sądzę, że jakiś zajęcie ci się przyda. Chociaż nie uważam tego za coś, co rzeczywiście mogłoby ci pomóc...

-Chcę przyjmować klientów. -mruknąłem widząc, że zaraz zmieni zdanie.

-Nie ma sprawy, ale nic wymagającego... poza tym. Chcesz zacząć chodzić do jakiegoś terapeuty? Nie będzie z tym żadnego problemu.

-Nie. Chcę żebyś tylko wiedział, że nie jest do końca ok. -pokręciłem lekko głową na boki nie wierząc za bardzo w swoje szczęście, Cóż, może któryś z klientów jednak zwróci uwagę, że zdecydowanie coś jest ze mną nie tak.

-W takim razie, mogę wiedzieć jak to się objawia? -obdarzył mnie przyjaznym lecz nalegającym spojrzeniem.

Oh rany...

-Czasami po prostu... nie wiem co się dzieje ze mną. Z błahych powodów... -mruknąłem przymykając oczy, by zaraz otrzeźwieć. -Ale to nic, naprawdę! Mogę bez problemu dostawać klien...

-Oczywiście. -przerwał mi w połowie słowa. -Nie usuwam cię na razie z grafiku pod jednym warunkiem, ok?

-Ok...

-Jeśli zacznie się dziać coś poważnego, naprawdę Yuuki... jeśli poczujesz, że coś jest bardzo nie tak, natychmiast się mam o tym dowiedzieć. Zrozumiano
?
-Tak. -przytaknąłem mu w duszy mocno dziękując.

Chyba bym oszalał gdyby jednak odwidziała mu się moja "praca" i musiałbym bezczynnie przesiadywać kolejne dni zdany na swoją łaskę.

-Świetnie. -klasnął głośno w dłonie i podniósł się z łóżka podchodząc do drzwi. -Jutro przyjdzie jeszcze raz Claire, tym razem przygotuje cię nieco... dokładniej, jeśli wiesz co mam na myśli. -posłał mi nieco głupawy uśmieszek, a ja niestety chcąc nie chcąc musiałem się domyślić.

No skoro to konieczne... Kiwnąłem głową dając mu znać, że zdaję sobie sprawę z tego co mnie czeka.

-Powinna być tu jutro po dwunastej... -zastanowił się chwilę nad czymś i ruszył w stronę drzwi. -Ah, i nie izoluj się tak od reszty Yuuki. -uśmiechnął się raz jeszcze i opuścił pokój z dziwnie pozytywnym nastawieniem.



Tak tak, krótko, nic ciekawego... Ale cieszę się, że wracam.

środa, 26 sierpnia 2015

Rozdział 26 - ?

Chcielibyście prawda?
Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie zaglądałam tutaj równie długi czas, jak dodany został ostatni rozdział w marcu.
Z wielką uciechą przywitałam wszystkie wasze komentarze. Wow, ludzie, jesteście niesamowici. Naprawę potraficie podnieść człowieka na duchy.
Jednak wczytując się w dalsze komentarze, pozostawione przez najwyraźniej bardzo sfrustrowanych czytelników (w czym sumie się nie dziwię) zrobiło mi się po prostu przykro. Nie, "nie nabijam komentarzy", "nie poświęcam się tak bardzo nauce", "nie mam swoich fanów za nic" a tym bardziej "nie zlewam ich ciepłym moczem". A swoją postawę godną pożałowania mogę usprawiedliwić tylko tym, że zmarła bardzo bliska mi osoba. Nie mam zamiaru opowiadać wam jak bardzo mi z tym ciężko i użalać się przed wami, gdzie pewnie niektórzy stwierdzą że znalazłam sobie bardzo ciekawą wymówkę na brak nowych rozdziałów. Rozumiem waszą gorycz, więc zrozumcie moją. Dziękuję bardzo tym, którzy czekali na kolejne części opowiadania. A tym, którzy pokazali jak bardzo ludzie są zarozumiali i bez powodu potrafią oczerniać innych nie znając ich położenia również dziękuję. Jednak świat jest tak bardzo zepsuty jak może się wydawać.

Czy będzie kolejny rozdział?
Być może. Nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej w tym temacie. Jednak nie twierdzę, że nigdy go nie wznowię.
Jednak, na chwilę obecną blog jest zawieszony.


Sabate

czwartek, 12 marca 2015

Rozdział 25 - Stracony

Jedziemy z tym koksem. I tak, nadal nie betowane, nie spodziewajcie się cudów. 




Sobota... jest grubo po godzinie jedenastej, a ja nadal nie wyszedłem ze swojego pokoju. Tak, alienuję się. Już od ósmej słychać z dołu sporadyczne okrzyki radości. Ponieważ żadne z nich nie idzie przecież dzisiaj do szkoły, to logiczne, że będą tutaj siedzieć. Ale czy nie mogą sobie gdzieś pójść? Tak o, dla mnie. Żeby sobie wyparowali. Gdybym był inteligentniejszy przewidziałbym to wcześniej i dowiedział się jak na przykład po cichu, ulotnić się do ogrodu i tam sobie wegetować z dala od ich radosnego darcia mordy.

A tak, że niestety grzeszę przeciętnym IQ, to siedzę teraz w swoim pokoju i bawię się tabletkami, które dostałem od Cole'a układając dziwne wzorki. Przynajmniej każde opakowanie zawierało tabsy w innych kolorach. Kreatywnie, nie powiem.

Jeszcze niecałe dwa dni i będę mieć w końcu ciekawsze zajęcia. (Ha, ha! Nie ma to jak nazwanie ciekawym zajęciem wypinanie tyłka). Nigdy bym nie pomyślał u Hartlieba, o czymś tak nieistotnym jak bycie znużonym nudą. Nie, nie... nie narzekam. Wszystko lepsze niż bycie chłostanym.

Wzdrygnąłem się słysząc głośny krzyk przemieszany z rechotem. Jezu, co tak głośno tym razem? A... no tak. Teraz było słychać tak wyraźnie ponieważ drzwi były otwarte. A w nich stała sobie osoba, którą w pierwszej kolejności wypchnąłbym z tratwy, przeznaczonej tylko dla jednej osoby. Hmm, chociaż przy głębszym zastanowieniu to pewnie on pierwszy wywaliłby mnie z niej.

-Przez ciebie musiałem wlec się po tych schodach, więc racz ruszyć swój kościsty tyłek i zejdź na dół. -oj, wyraźnie został zmuszony do przyjścia tutaj.

Nie żeby mi to w jakiś sposób przeszkadzało...

Westchnąłem ostentacyjnie przewracając oczami, tak żeby żaden szczegół nie umknął Jaredowi i leniwie zsunąłem się z krzesła. Kiedy bez słowa mijałem go w drzwiach ku mojej radości zauważyłem, że zaraz puści mu żyłka na skroni. Meeeeheeeheee.... nie lubię kretyna.

Mając w głębokim poważaniu tego przerośniętego napaleńca zacząłem staczać się mozolnie po schodach. Uh, pewnie Cole coś chce ode mnie... jak mi będzie wciskał śniadanie....

Cóż, może zostanę telefoniczną wróżką, bo widzenie przyszłosci coś mi zaskakująco dobrze idzie.
Siedziałem w jadalnie przy stole, za mną stał paplający coś właściciel tej wielkiej chałupy, a przede mną stał wielki talerz z porządnym śniadaniem.

Ok, nie gardzę jedzeniem, ale...

-...masz opróżnić cały talerz! Nie możesz unikać jedzenia! -mężczyzna uniósł głos, przez co mimowolnie opuściłem głowę.

No kurwa, niech nie krzyczy na mnie! Ja naprawdę nie mogę jeść takich ilości! Nie że nie chcę! Nie mogę! Czy on myśli, że po takim długim czasie, gdzie praktycznie cały czas jechałem na głodzie będę w stanie wpierdalać tak często takie porcje? Aż mi się płakać chce! Z chęcią bym zjadł to wszystko, ale jak tylko o tym pomyślę robi mi się niedobrze.

-Hej... Yuuki, nie płacz,

Co? Przecież nie ryczę! Odwal się!

Przecząc swoim myślą zacząłem energicznie ocierać policzki, które faktycznie były mokre.

-Co się dzieje? -Cole przysiadł na krześle obok przybierając mocno zatroskany ton głosu.

I co on się tak użala nade mną?! Po co mi to? Na cholerę się tak przejmuje, niby co mu to da?

Pokręciłem przecząco głową biorąc chrapliwy wdech. O nie.... nie, nie, nie! Znowu panikuję! Nie dobrze! Zaraz zacznę wariować!

-Yuuki, nie wypuszczę cię z jadalni dopóki nie powiesz. -mimo troski, w głosie mężczyzny było słychać stanowczość.

-Nie zjem tego! -Boże, czy tak trudno mu to zrozumieć?

-Chcesz coś innego? Boli cię coś? -dalej naciskał brnąc w swoją opiekuńczość.

-Nie... nie przełknę tak wielkich porcji. -jęknąłem żałośnie z nadzieją na zrozumienie spoglądając na mężczyznę.

-Oh, ok, nie musisz jeść wszystkiego. -jego mina sama za siebie mówiła, że nadaję się do czubków.

Co tylko niestety zaostrzyło moją popierdoloną histerię. W efekcie przez jakieś okrągłe dziesięć minut Cole siedział obejmując mnie i zachodząc w głowę czy przypadkiem nie udławię się szlochem. Świetnie, teraz to pewnie w ogóle nie będę mógł mieć żadnych klientów.

-Przepraszam... -jęknąłem odsuwając się od niego.

Muszę zachować jakieś pozory poukładanego umysłu. Nie chcę, żeby z powodu mojej nieprzydatności odesłał mnie gdzieś indziej. Histeryzować mogę tylko w samotności.

-Yuuki, odzwyczaiłeś się od takiego jedzenia, o to chodzi? -mimo wszystko Cole dalej nie odpuszczał.

Kiedy kiwnąłem głową jego twarz wyraźnie pojaśniała jakby wszystko stało się dla niego jasne.

-Ah, ok. W takim razie jedz na razie co chcesz, małe porcyjki. Ale mam warunek, żebyś jadł parę razy na dzień. Mało a często. Blaise'owi to pomogło.

Huh? Blaise? No ta, coś ktoś wspominał.

-Dobrze?

-Dobrze. -przytaknąłem przecierając dłonią twarz.

-To może masz ochotę na jakiś owoc? Banan, jabłko?

-Jabłko. -neutralnie, bez udziwnień. -Ale pół.

Słysząc "pół" Cole zrobił niezadowoloną minę ale poszedł do kuchni i chwilę później wrócił z przekrojonym jabłkiem.

-Zaraz na stole będzie postawiony kosz z różnymi owocami i przekąskami, więc jak tylko najdzie cię ochota to śmiało bierz. W porównaniu do innych nie obowiązują cię żadne ograniczenia co do jedzenia. Tylko po prostu go nie unikaj. -zerknął na zegarek, który miał na ręce i zmarszczył lekko brwi. -Wybacz, ale sprawy naglą... Mało ale często! -rzucił ostrzegawczo po czym szybkim krokiem wyszedł z jadalni.

Z westchnieniem zerknąłem na połówkę jabłka w mojej dłoni i położyłem je przed sobą na krawędzi stołu.

Nagle z hałasem Cole wpadł do jadalni z powrotem i pod naporem ciskanych piorunów w odłożony owoc wziąłem go do ręki.

-Zapomniałem ci powiedzieć, że po południ przyjdą twoje ubrania. -przerzucił sobie ciemny płaszcz przez ramię. -Nie możesz ciągle chodzić w łachmanach... ale jak nie zjesz tego jabłka to będziesz biegać bez majtek!

Krzywiąc się w myślach wgryzłem się w połówkę owoca.

-Zjem je, zjem...

-Ja myślę... -mruknął Cole i wycofał się powoli niczym drapieżnik znikając mi z oczu.

Poważnie?

Niestety, najwyraźniej w tym miejscu, we wszystkie weekendy i dni wolne od szkoły nie zaznam zbyt długiej chwili ciszy. Chwilę po wyjściu mężczyzny w drzwiach pokazała się twarz Dannego.

-Chodź ze mną zagrać!

Ah... energiczny rudzielec... W sumie, to jak on się znalazł w tym całym domu wariatów? Nie jest niewolnikiem, jest młody... Co skłoniło go do tego, żeby podjąć się takiej pracy? Przecież to chore. Nie, nie będę go oceniać. Może jest taki wesoły bo tuszuje wiele spraw? Nie wiem, nie mam pojęcia.

Danny podbiegł do mnie i chwytając za rękę wyciągnął mnie do salonu, gdzie na kanapie siedział Jared z laptopem na kolanach a za nim trzymając ręce na oparciu stał Hayato i zerkał mu przez ramię.

-Oni nie chcą ze mną grać bo boją się, że znowu przegrają! -posłał w ich kierunku wystawiony język i chwycił za dwa pady odpalając konsolę.

-Nie masz honoru, nie potrafisz przegrywać. -Hayato w odwecie pokazał mu swój język i uśmiechnął się do mnie. -Biedny Yuuki, Danny znalazł kolejną ofiarę...

-Zdrajca. -rudzielec syknął w stronę Azjaty przyciskając mnie do swojego ramienia. -On jest mój! Mój!

Nagle kolejne ramię szybkim ruchem wyrwało mnie z uścisku chłopaka i przygarnęło do innego ciała, które było nie tyle co zimne, a mokre.

-Teraz mój. -z lekkim uśmiechem Blaise spoglądał na rudzielca.

Wzdrygnąłem się czując krople wody na mojej twarzy opadające z jego białych włosów.

-Nie fair! -zbuntował się Danny. -A w ogóle to zostawiasz za sobą kałuże!

Białowłosy z nierozumieniem spojrzał za siebie i chwilę później przeniósł wzrok na mnie.

-Deszcz zaczął padać. -odsunął się ode mnie i bez kolejnych słów ruszył w stronę pokojów, zapewne chcąc się przebrać.

-Rany, Blaise jak zwykle w swoim świecie. -rudzielec wcisnął mi pada w rękę i rzucił dwie poduszki przed telewizor. -Idę o zakład, że zasnął gdzieś pod drzewem. -burknął siadając na jednej z poduszek. -Chcesz coś na przebranie?

-Obejdzie się. -usiadłem obok niego i spojrzałem jak zręcznie posługując się padem uruchamia jakąś nieznaną mi grę.

Szczerze powiedziawszy większość gier będzie dla mnie nieznana... W domu dziecka raczej takich rozrywek jak konsola do gier nie posiadaliśmy, a o wszystkich nowinkach technologicznych czy modowych dowiadywałem się w szkole od reszty.

-Danny, mógłbyś wytłumaczyć jak tego używać?

Chłopak wytrzeszczył oczy patrząc na mnie jak na kosmitę. Wzruszając ramionami postanowiłem kontynuować pochłanianie jabłka, które trzymałem w drugiej dłoni przez cały ten czas. póki chłopak nie wchłonie tego całego "podziwu" względem mojej cudownej osoby.

-Nie bój się Yuuki! -położył mi dłoń na ramieniu w teatralnym przejęciu. -Zaufaj mi, a wszystkiego cię nauczę!

Uff, kiepsko to widzę.

_______________


Ja wiem, wiem.... krótko i w ogóle mdło... ale parę rozdziałów i zrobi się szatańsko xD
Poza tym mam do was pytanie: Wolicie jak jest więcej scenek +18, czy chędożenie w co drugim, trzecim rozdziale to przesada?

niedziela, 8 marca 2015

Gomen

Bijąc niskie pokłony bardzo was przepraszam za tą chamską ciszę z mojej strony. Nie będę się za wiele tłumaczyć, z mojej  winy nie nadążam za szkołą, straszą maturą,  brak mi czasu. Standard.
I żeby nie pozostawiać was już w niepewności,  nadal obiecuję,  że nie zniknę bez słowa. Przyznam się,  że dawno tu nie zaglądałam, ale pozytywnie jestem zaskoczona. Nie spodziewałam się tylu nagabujących komentarzy xD.  I tak! Będzie więcej doktora Erica!
Tylko błagam... Dajcie mi troszkę czasu na poprawienie kilku rozdziałów,  bo to co mam napisane w zapasie, ni jak do cholerci nie chce się kupy trzymać.
Zdaję sobie sprawę, że tą długą przerwą zraziłam do siebie wielu czytelników, ale błagam o wybaczenie. Może i moja poprawa nie będzie cudowna, nadal nie będzie regularnych notek, będą błędy, wiele faktów nie będzie spójnych ale postaram się.

Sabate

sobota, 3 stycznia 2015

Zaszczyt...



Nie chcąc Was oszukiwać, miałam nadzieję, że ten dzień nigdy nie nadejdzie ^^". Nie kręcą mnie takie zabawy ale moje zdanie jest moje, wy macie swoje.

Mimo to dziękuję Nanie chan za nominację i zapraszam na jej bloga. 


Zasady:
Nominacja Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana do blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje im możliwość ich rozpowszechniania. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań, otrzymanych od osoby, która cię nominowała. Następnie Ty informujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań.
Nie wolno nominować bloga, który cię nominował.

Zatem, oto moje odpowiedz:
1. Byliście kiedyś na konwencie?
Sí, teogorczny Japanicon i dwie poprzednie edycje Pyrkonu. Osobiście polecam Pyrę, raz dwa trzy - kto zgadnie co Sabate zamierza cosplayować w tym roku?

2. Jeśli moglibyście przenieść się do jednego anime, to które byście wybrali?
O mój boziu... tyle perspektyw! Najlepiej do takiego, w którym miałabym jakieś moce, skrzydła... Albo wylądować w jakimś josei'u u boku dobrego bisha... Nie pogardzę bycia złym charakterem.

3. Jaka jest wasza największa zaleta?
Egoizm <3
No co? Miała być zaleta - też was kocham.

4. Czego się boicie?
Przez traumę z dzieciństwa, z udziałem w roli głównej starej piguły, nabawiłam się aichmofobii.

5. Ulubiony gatunek filmów?
Lubię filmy z sensem. Od psychologicznych horrorów do dobrych tragedii, okruchów życia. Nie przepadam za romansidłami, które jak nie patrzeć zawsze kończą się tak samo, strasznie przewidywalne.

6. Ulubiony autor książek?
Ciężko wybrać, zbyt dużo czytam. Cassandra Clare Dan Brown, Chmielewska, Masterton, Fitzpatrick... trochę ich będzie.

7. Rodzaj muzyki której słuchacie to... ?
Cóż, mam eklektyczny gust jeśli chodzi o muzykę. Od ostrego rocku i punka, przez J-rock do nawet klasyki.

8. Co was motywuje do pracy?
Fakt, że skoro innym się nie chce to mam ich gdzieś, sama zrobię to lepiej bez zbędnego bzyczenia mi nad głową.

9. Wasze największe marzenie to...?
Chcę zostać policjantem.

10. Ulubione zwierzę.
Skoro mam psa to pies.

11. Ulubiony kolor.
Głęboka ciemna czerwień.


Cóż, niestety tu zabawa się kończy, Wiem, że powinnam nominować dalej aż 11 blogów, niestety wszystkie, które czytam otrzymały już takową nominację, niektóre nawet kilkakrotnie.
Wybaczcie, że łamię zasady - tak jest lepiej.