wtorek, 8 lipca 2014

Rozdział 17 - Stracony

Jako że milo mnie zaskoczyliście i wystukaliście 20 tysięcy wyświetleń tego bloga, postanowiłam się sprężyć i zmotywowana dzięki Wam, napisałam kolejny rozdział. 
Ale najpierw spraw kilka...
Jeśli chodzi o muzykę na blogu, wybaczcie ale jeszcze trochę Was nią podręczę ;> 
Chociaż zdenerwowałam się ostatnio jeśli chodzi o muzykę... piosenkę, którą ostatnio wstawiłam na początku posta znałam ją już w poprzednim roku, taka sobie o, francuska piosenkarka... a teraz nagle wielki bum na nią i słyszę ją prawie na każdym komercyjnym chłamie >.> się wkurzyłam kurde no...
Chciałabym podziękować także nowemu czytelnikowi, mianowicie Danielowi. Tak dzielnie przebrnął przez początki tego opowiadania (mam nadzieję, że nie tylko on). Ale jeśli chodzi o błędy jakie popełniam pisząc to opowiadanie... zaznaczałam już, że nie posiadam bety i z góry przepraszam za moje następne błędy. Postaram się poprawić co znalazłeś i nie tylko to. A znając mnie innych nie zauważę xD Niestety mam coś takiego, że pisząc skupiam się tylko na fabule i na tym jak mam przelać swoje myśli w ekran.
A! Jeśli chodzi o to ciągłe użalanie się nad sobą Yuukiego... wiem o co chodzi. Prawdę powiedziawszy popsułam to już dwa rozdziały temu. Chciałam inaczej pokierować fabułą ale przyznaję się, że w pośpiechu po prostu zapomniałam o tym T.T... Potem tylko siedziałam pół dnia i rozkminiałam co jest w tym wszystkim nie tak. Przepraszam Was, niestety musicie wycierpieć ten żal Yuukiego, wybaczcie mi ;-; Dodatkowo nie zawsze umiem ubrać w słowa to, co wykreowałam sobie w swoim małym móżdżku, strasznie nad tym ubolewam bo czuję, że wiele przez to moje opowiadanie traci.
Poza tym chcę, żebyście wiedzieli, że dzielnie czytam każdy was komentarz, czasami nawet niejednokrotnie! Dlatego bardzo dziękuję, za każde poświęcenie minutki na jakiś ślad pod rozdziałem. 
No... to chyba wszystko co chciałam Wam przekazać... 
Enjoy


    Pomijając jeszcze jedno obciągniecie innemu facetowi, to ta cała szczęśliwa orgietka obeszła mnie bez większego, brutalnego naruszenia. Na szczęście dla mojego obolałego tyłka.
Kiedy w domu zaczęło się robić coraz ciszej i nie słyszałem już "rozkosznych" dźwięków ani gwarnych rozmów, zdałem sobie sprawę, że ten spęd psycholi dobiegł końca. Hallelujah!
Już mam serdecznie dość siedzenia z zawiązanymi oczami!
-Wstawaj! -nagle usłyszałem nad sobą głos pana bynajmniej nie w radosnym wydaniu.
Posłusznie podniosłem się z kanapy jak chciał i nagle sobie o czymś przypomniałem. Spodenki! Tak dawno nie dostałem ubrania, że nie mogę o nich zapomnieć! Może mi pozwoli...
Odwróciłem się w stronę mebla chcąc wymacać rzecz lecz od razu zostałem odepchnięty od kanapy tak, że upadłem na plecy. Kiedy się przewracałem pod palcami przez sekundę wyczułem materiał spodenek i jęknąłem żałośnie gdy wymknęły mi się spod dłoni.
-Panie... ja...
-Nie! -krzyknął i szarpnięciem postawił mnie do pionu.
Próbując złapać równowagę przypadkiem uderzyłem łokciem w jego pierś i momentalnie znowu zostałem powalony na ziemię, tym razem mocnym spoliczkowaniem z otwartej dłoni blondyna.
-Mało ci jeszcze na dzisiaj?! -niemal wrzasnął nade mną. -Mam zapewnić ci jeszcze więcej atrakcji ty niewyżyta suko?!
Co?! O czym on mówi! Przecież ja nie chciałem go uderzyć!
Jezu litości! Nic nie zrobiłem! Nie chciałem no! Przecież nic nie widzę!
-Panie, przepraszam... -jęknąłem kręcą na boki głową.
Kolejne uderzenie spadła na mój policzek i mocnym szarpnięciem podciągnął mnie do góry. Od tych nagłych ruchów czarna przepaska, którą miałem przewiązane oczy zsunęła się na szyję. Kiedy blondyn to zauważył jego usta ściągnęły się w cienką linię, a brwi wykrzywiły w grymasie szaleńczej wściekłości.
O co mu chodzi...?!
-Nie przypominam sobie żebym kazał ci ściągnąć z oczu chustkę. -warknął cicho głosem zwiastującym tysiące gróźb.
-Panie! Sama się zsunęła!
Złapał mnie nagle swoją wielką dłonią za gardło i sapiąc jak rozjuszony smok w twarz powlekł mnie w głąb domu, z powrotem do pomieszczenia, którego tak nienawidzę.
Jest nienormalny! Przecież nie odsłoniłem specjalnie oczu!
-Panie przepraszam! -jęknąłem gdy rzucił mnie na podłogę w tym cholernym pokoju uciech. -To nie ja! Sama spadła!
-Nie krzycz na mnie! -z twarzą czerwoną od wściekłości postawił but na mojej klatce piersiowej.
-Przepraszam. -załkałem zamykając oczy.
Ja tak nie chcę... nie chcę tego! Nienawidzę! Gardzę! Boję się! Jeszcze nie rozkręcił się do końca, a ja już trzęsę się jakbym siedział w chłodni.
-Przepraszam... -powtórzyłem cicho gdy pochylił się nade mną i uniósł w górę.
Gdy ułożył mnie na stole tak, że brzuchem leżałem na nim, a nogami sięgałem podłogi wiedziałem co zaraz będzie. Skuł mi ręce w nadgarstkach na plecach i rozsunął szerzej uda. Zaraz mnie wypieprzy.
    Zacisnąłem mocno zęby by nie wydawać z siebie już żadnych dźwięków, słów. Zrobi co chce i mnie zostawi... Przetrwam te chwilę bólu wiedząc, że po dłuższej chwili się rozładuje i zostawi mnie.
Gdy wszedł we mnie jak jeszcze nigdy nie mogłem powstrzymać spięcia mięśni i wygiąłem kręgosłup w łuk niemal w agonalnym geście.
Z rzeką łez w oczach wbiłem połamane paznokcie w dłoń chcąc przenieść swoją uwagę na mniej upokarzający ból.
Przetrwam... dam radę, zaraz skończy i odejdzie. Jeszcze trochę.
    W końcu spuścił się w moim wnętrzu i odsunął ode mnie chciałem zsunąć się i usiąść na podłodze lecz mężczyzna powstrzymał moje plany.
Niemal wyrywając mi ręce ze stawów rozkuł je lecz nie na długo. Przypiął znowu za nadgarstki do kajdan zwisających z sufitu. Przynajmniej stopami dosięgałem podłogi...
Kiedy zobaczyłem na jego twarzy perfidny uśmiech zdałem sobie sprawę, że on jeszcze nie skończył.
-A teraz sobie porozmawiamy o twoim zachowaniu...
Podszedł do jednej z półek wiszącej na ścianie i zdjął z niej czarną szpicrutę.
Moment... będzie mnie jeszcze bił?
Jakby samemu chcąc zaprzeczyć co widzę, chcąc oszukać mój umysł zacząłem kręcić przecząco głową.
Niech nie podchodzi... niech odejdzie. Niech mnie zostawi!
Rączką pręta uniósł mój podbródek w górę i przybliżył się zlizując z obrzydliwym uśmiechem łzy z moich policzków.
Nie mogąc powstrzymać się odwróciłem machinalnie twarz w drugą stronę i od razu tego pożałowałem. Zamachnął się i dostałem pierwsze uderzenie w policzek.
Krzyknąłem głucho zagryzając wargi. Nie spodziewałem się takiej mocy uderzenia. Kiedy po policzku zaczęła powoli spływać kropla krwi zorientowałem się, że szpicruta ma metalowe zakończenie.
Nieznośne pulsowanie w miejscu uderzenia zaczęło coraz mocniej mi doskwierać. Parzyły mnie nawet łzy spływające po ranie.
Nie mogę...
-Krzyczysz na mnie. -zaczął okrążać mnie jak myśliwy swoją ofiarę. -Na mnie! -świst przeciął powietrze i krzyknąłem znowu w reakcji na uderzenie w pośladek.
Nie rycz Yuuki... dasz radę, do tej pory dawałeś.
-Daję ci jeść! -kolejne uderzenie tym razem w uda.
Znowu zacząłem wbijać paznokcie w dłoń lecz ten ból, w porównaniu z jego uderzeniami wydawał się łaskotaniem, nieszkodliwym mrowieniem.
-Dbam o ciebie! -szpicruta tym razem spadła na lędźwie.
Na jego słowa nie wytrzymałem. Wybuchnąłem rzewnym szlochem jeszcze mocniej kręcąc na boki głową.
-Wcale.. wcale że nie... -załkałem żałośnie.
Nie musiałem widzieć jego twarzy by widzieć jak bardzo go to rozjuszyło.
-Psie! Niewdzięczniku! -seria uderzeń zaczęła zalewać moje plecy. -Popamiętasz sobie jeszcze brak twojej skruchy! -nie przestawał okładać mnie szpicrutą.
Mam dość, chcę zemdleć. Zaraz udławię się własnymi łzami. Nie mogę powstrzymać tych konwulsji.
Boże jak to boli... jakby moje plecy się paliły.
    Nie mam pojęcia ile razy uderzył mnie z taką siłą, ale robi mi się gorąco... za bardzo.
-Nie kazałem ci odpływać! -nie wiadomo skąd na moją głowę poleciała woda z wiadra.
Krzyknąłem nagle z zimna odzyskując ostrość widzenia. Boże... starczy już.
-Nieprzydatna sterta kości. -spojrzał na mnie z pogardą wylewającą się z jego spojrzenia. -Nadajesz się tylko do robienia za worek na spermę. -splunął w moją i skierował swoje spojrzenie w stronę ściany, na której wisiały te cholerne zabawki i narzędzia
Starczy... naprawdę już starczy.
    Dziękuję wszystkim niebiosom, które sprawiły, że właśnie w tym momencie zadzwoniła komórka znajdująca się w kieszeni spodni blondyna.
Kiedy odbierał telefon znowu zacząłem niekontrolowanie płakać, tym razem z czystej ulgi.
-Zaraz będę. -rzucił tylko krótko w komórkę i schował ją z powrotem do kieszeni.
Spojrzał na mnie z obrzydzeniem i uśmiechnął się złośliwie.
-Ty tu sobie jeszcze powisisz. - z zadowolonym z siebie uśmieszkiem wyszedł z pomieszczenia, trzaskając za sobą głośno drzwiami.
Nie ma go... co za ulga.
Wytchnienie.

* * *

    Cóż, może i trzy godziny temu byłem szczęśliwy gdy wyszedł ale teraz zdecydowanie mi się to nie podoba. Nie umiem przestać płakać z bólu. Moje cholernie naciągnięte barki strasznie ciągną gdy tylko zrobię najmniejszy ruch, choćby tylko ruszę się o centymetr. A plecy? Zaraz zejdę z cierpienia. Pode mną zrobiła się już nawet mała kałuża z krwi cieknącej z rozoranej szpicrutą skóry. Nie dobrze mi.
I po co ja wtrącałem swoje trzy grosze? Zawsze tak jest... ale teraz skutecznie mnie zniechęcił do jakiegokolwiek posiadania własnego zdania.
No? I po co mi to było?
Cały czas tylko ryczę i użalam się nad sobą... ale weź tu człowieku w takiej sytuacji nie roztapiaj się nad sobą. Czuję się taki zmiażdżony, nic nie warty na tym świecie. To już nie są moje poprzednie załamania. Ja to wiem, nikt nie zauważy mojego braku. Ja naprawdę nic nie znaczę i nie znaczyłem.
Na moją twarz momentalnie wpływa wygasły uśmiech gdy sobie pomyślę, że ktoś odczuje ulgę po mojej śmierci. Chociaż na taki sposób się w czymś przysłużę. Tak bywa, niektórzy jak ja nie powinni się urodzić.
"Ja". Czy wypada tak o sobie myśleć? To zbyt człowiecze, a przecież ja jestem nikt, nie, przepraszam. Jestem nic. I... to uczucie... kiedy umiera we mnie ostatnia cząstka mnie.
    Głupie pierdolenie. Tylko się użalam! Mam już dość do cholery!
Czy nie prościej jest naprawdę się poddać i być kukiełką tego psychola? Tak będzie łatwiej. Inaczej w takim tempie się zabiję przy pierwszej okazji.
Wysiadam, mam dość. Sam jestem zdziwiony ile do tej pory wytrzymałem.
Koniec z tym wszystkim.

piątek, 4 lipca 2014

Rozdział 16 - Stracony

Na mocy nadanego mi prawa przeze mnie samą, ogłaszam separację pomiędzy mną a weną. 
Nie dzielimy już stołu i łoża.
Przykro mi.

P.S. 
Eterna, działa, dziękuję. 
Hopie, jestem wybrednym i egoistycznym uke. 



Dziękuję za dedyka. Tekst idealnie wpasowujący.

"Ostatni taniec
żeby zapomnieć o moim wielkim cierpieniu.
Chcę stąd uciec, wszystko zaczęło się od nowa.
Och, moja słodka udręko."


Please, listen.



-Ubieraj się. -blondyn rzucił w moim kierunku jakąś rzecz i wyszedł od razu z pokoju.
Huh?
Podniosłem się ociężale i w połowie ruchu syknąłem cicho zaciskając oczy i dłonie na pościeli. Zdecydowanie nie jest dobrze z moim tyłkiem. Boli jak po autobusie arabów.
Wyciągnąłem rękę po to co przyniósł ten świr i zaniepokoiłem się trochę. Trzymałem w dłoni spodenki... po prostu spodenki, zwykłe, czarne, dwie kieszenie z tyłu, nic podejrzanego.
Dawno nie miałem na sobie żadnego ubrania... więc dlaczego teraz tak nagle? Chodzi o ten dzisiejszy zjazd psychopatów? Ts...
    Mozolnie postawiłem stopy na podłodze siadając w pionie na łóżku. Nie wiem jakimi siłami przetrzymam dzisiaj to wszystko ale będzie cholernie ciężko. Pomijam fakt, że nie wiem co mnie dokładnie czeka. Czuję świetną imprezę... normalnie... bombarduje mnie ekscytacja.
    Naciągnąłem powoli na siebie spodenki i zapiąłem guzik. Huh... zawsze byłem szczupły ale jeszcze aż tak bardzo spodnie na mnie nie wisiały nigdy, jak na wieszaku.
Drzwi otworzyły się i do środka wszedł blondyn. Nie czekając na nic uklęknąłem od razu na podłodze opuszczając głowę.
Widziałem tylko kątem oka, że podchodzi do mnie i pochyla się nieznacznie.
-Masz teraz uważnie mnie posłuchać. -złapał za podbródek i uniósł szarpnięciem tak, bym patrzył mu w oczy.
Wspominałem, że nie podoba mi się jego spojrzenie? Wygląda jak zwiastun nieszczęść.
-Zawiążę ci zaraz oczy. -jak powiedział tak zrobił.
Co?
Nie! Tylko nie to! Chcę chociaż widzieć co mi będą robić! Wystarczy już, że nie będę mieć nad tym kontroli! Bożę boję się!
    Mimowolnie moja ręką powędrowała w górę by poprawić czarną chustkę, która mężczyzna zawiązał mi oczy lecz w połowie drogi oberwałem w dłoń.
Ał..
-Czy ja kazałem ci ją ściągać?! To po pierwsze! Masz jej za nic nie ściągać! Rozumiesz to psie!?
-Rozumiem. -kiwnąłem lekko głową.
Boję się.
-Nikt inny też nie będzie mógł ci jej ściągnąć. Nawet nie próbuj podglądać. -zaczynam mieć nieprzyjemne dreszcze już od samego jego tonu głosu.
Jest zbyt agresywny.
-Z miejsca, w którym cię zostawię masz się nie ruszać nawet o centymetr. Rozumiesz to? -syknął mi niebezpiecznie gdzieś z lewej strony.
-Rozumiem panie. -przełknąłem ślinę i kiwnąłem automatycznie głową.
On mnie naprawdę przeraża.
-Masz być posłuszny innym, nie odzywać się bez potrzeby, po wszystkim każdemu masz dziękować.
Moment, co?!
Mam im dziękować?! Za co? Że mnie będą na zmianę rżnąć?! Chyba jest z nim coś naprawdę nie tak!
-Nawet nie myśl o sprzeciwianiu się, każde ich życzenie masz spełniać, jeśli dowiem się o jakimś nieposłuszeństwu możesz z miejsca zacząć się modlić o spokojną śmierć. -syknął tym razem gdzieś z drugiej strony nieco dalej.
Uhhh! Nie dość, że nie widzę, to jeszcze mam się tak dawać!?
Boże.
    Nagle szarpnął mnie mocno w górę i postawił w pionie. Nie czekając aż złapię równowagę pociągnął mnie prawdopodobnie w stronę wyjścia. Tak, charakterystyczne już dla mnie niemiłe skrzypnięcie drzwi od tego pomieszczenia utwierdziło mnie w tym. Pociągnął za sobą dalej w głąb domu, który widziałem tylko raz, wtedy jak tu trafiłem.
    Ponieważ nic nie widziałem, najbardziej uderzyło mnie ciepło. W tej części domu było tak przyjemnie ciepło... nie było czuć środkami chemicznymi, ani jakąś pleśnią... tak miło. Zupełnie inaczej niż tam, gdzie przyszło mi sypiać.
-Siadaj.
Mówiąc to mężczyzna nagle pchnął mnie na jakąś kanapę na którą poleciałem niemal bezwładnie. Jęknąłem głucho lądując na miękkim obiciu. Jezuu... jaki komfort.
Aż mi się zanosi na płacz. Tak dawno nie doświadczyłem tak ludzkich rzeczy, tak codziennych i zwykłych dla innych... a niedostępnych dla mnie. To przykre.
-Masz się nie ruszać. -niemal wysyczał te słowa nad moją głową.
    Nagle zamarłem. Do moich uszu dobiegło krystaliczne dźwięczenie... brzmiało jak... dzwonek do drzwi?
To już?
Usłyszałem jego oddalające się kroki i wstrzymałem oddech. Boże... jak ja się boję...
Zacisnąłem mocno dłonie w pięści na kolanach gdy usłyszałem gdzieś w oddali jakieś rozmowy.
Pomocy?

* * *

    Przez jakąś godzinę... albo i nie, nie jestem w stanie określić jak długo tak już siedzę na tej kanapie, czekałem w napięciu na cokolwiek. Ku mojemu rozradowaniu wśród tych wszystkich gwarnych rozmów, cichej muzyki i dźwięków uderzania szkła o szkło nikt się mną nie zainteresował.
Do czasu.
    Gdy już byłem przekonany, że przetrwam tą całą "szaloną imprezę" bez przykrych wspomnień i użycia poczułem czyjąś dłoń na moim ramieniu. Momentalnie wciągnąłem powietrze przez zaciśnięte zęby i spiąłem się cały. Proszę nie... idź sobie!
-A co tu robi ten samotny, zabłąkany szczeniaczek? -do moich uszu dotarł jakich chrapliwy męski głos.
No nie... znowu facet!?
Poczułem jak kanapa po mojej prawej stronie nieznacznie się ugina, co oznacza, że koleś usiadł obok mnie. Uh!
-Nie nudzi ci się tak samemu? -jego dłoń z ramienia przeniosła się na mój kark.
Nie mogąc powstrzymać niemiłego dreszczu, który przeszedł moje ciało, opuściłem tylko głowę w dół. Co z tego, że mam zawiązane oczy, on mnie może widzieć!
-Hmm, cóż to za reakcja? -jego głos mnie irytuje, jakby cały czas miał chrypkę.
Najlepiej niech się zamknie i robi co chce.
    Nagle złapał moją dłoń i uniósł ją nieco w górę. Hę? O co mu chodzi... no nie! Cholera!
Mężczyzna ułożył sobie moją ręką na swoim kroczu, już wyraźnie wybrzuszonym.
Obleśne!
Wciągnąłem cicho powietrze i skręciłem głowę w przeciwną do faceta stronę, po czym wtuliłem ją w swoję ramię.
Dobra Yuuki, musisz to przetrzymać.
-Nie udawaj już takiego nieśmiałego. -przejechał palcami po moim odsłoniętym karku.
Kiedy złapał mnie znienacka za biodra i usadził sobie szarpnięciem na swoich kolanach, przodem do niego pisnąłem cicho gryząc się w język.
Nie chcę się za dużo odzywać... najlepiej wcale.
-Widze, że coś dzisiaj szczeniaczku nie masz ochoty do współpracy... Co powiesz na szybkie załatwienie sprawy i zostawiam cię w spokoju?
Mój Boże Alleluja! Chociaż ten facet przejawia coś zwanego "normalnością".
Kiwnąłem potakująco głową obracając ją w stronę jego twarzy -taką przynajmniej miałem nadzieję.
-Świetnie.
Doooobraaaa...
    Poczułem jak mężczyzna pochyla się nade mną i wtula twarz w moją szyję. Powoli ustami zjeżdża na moje obojczyki i znowu wodząc nosem po skórze wraca do szyi.
Już na sam ten gest mimowolnie zacząłem się rozluźniać. Tak dawno nie otrzymałem żadnego czułego gestu... a tu nagle jakiś facet, którego nawet nie znam, nie widzę, znam tylko jego głos... to rozczula.
Jego palce delikatnie zaczęły od karku sunąc w dół po kręgosłupie i w górę. Kiedy zahaczył o łopatkę i miejsce, w którym tamten psychol wypalił mi skórę z sykiem wzdrygnąłem się, odskakując nieznacznie od jego dłoni.
-Przepraszam. -usłyszałem od razu co strasznie mnie zdziwiło.
To ja powinienem przeprosić.... Uh, nie mogę być dla niego taki. On jest miły, niebrutalny ani agresywny, a przyznam, że czegoś takiego się właśnie spodziewałem. Opryskliwego i przedmiotowego traktowania, a tu?
    Przeniosłem powoli dłonie na jego ramiona i delikatnie zacząłem je masować. Huh... ciekawe czy jest młody czy stary. Nic mi do tego, ale jednak wolałbym, żeby nie przekroczył czterdziestki.
-Ah, zaczynasz się odprężać? -jego głos nieco się rozweselił. -Nie gryzę.
Nie odpowiadając mu na żaden sposób musnąłem lekko jego szyję i linię szczęki. Pod palcami wyczułem delikatny, drapiący zarost. Chyba nie taki stary... jego skóra jest jędrna i w miarę przyjemna w dotyku.
Uh, nie mnie oceniać.
Jedną dłoń zsunąłem w dół na jego pierś gładząc ją. Raczej szczupły...
    Dobra, miało być szybko i po wszystkim.
Dołączyłem drugą dłoń do pierwszej i zacząłem zsuwać z jego ramion marynarkę. Kiedy zorientował się co chcę zrobić odsunął się lekko do tyłu i prawdopodobnie zdjął sam do końca marynarkę. Gdy już z powrotem wrócił do poprzedniej pozycji upewniłem się, że ma już na sobie tylko koszulę, którą wyczułem wcześniej.
Nie zważając na nic zacząłem się dobierać do guzików odpinając je po kolei  z małym trudem.
-Aż tak ci śpieszno...? -mruknął tylko tą swoją chrypką nad moim uchem i zsunął dłonie na moje biodra.
Tak! Chcę mieć to już za sobą!
Uniósł mnie i szybkim ruchem pociągnął moje spodenki w dół, po czym ściągnął mi je do końca.
No i po ubraniach.
Jego dłoń od razu zawędrowała do moich odkrytych pośladków gładząc je już nieco zachłannie.
Gdy uporałem się z jego koszulą rozsunąłem ją na boki dalej gładząc jego tors. Nie był jakoś szczególnie umięśniony, nie wyróżniał się niczym nadprogramowym.
    Kiedy tak sobie dumałem nad jego korpusem spiąłem się lekko gdy nagle wsunął we mnie nawilżony czymś palec. Bogu dzięki, że użył tego czegoś, tyłek nadal przypominał mi o sobie.
-Boli?
Pokręciłem przecząco głową w sumie zgodnie z prawdą.
Widząc moją reakcję zaczął mnie nieco zbyt powoli rozciągać, jakby bał się, że zaraz rozpadnę się.
    No cóż, delikatność delikatnością, lecz gdy w końcu przyszła pora na jego męskość zacisnąłem mocno dłonie na jego ramionach i wcisnąłem odruchowo głowę w jego obojczyk. Tak! Teraz boli!
Co prawda nie był raczej jakiś pokaźnych rozmiarów ale po wczorajszym... ta, kolejny stosunek raczej nie jest moim antidotum.
Ale  zwracam facetowi honor... grzecznie zaczekał aż się przyzwyczaję do jego "obecności" we mnie i nie narzucał jakiegoś zwariowanego tempa na sam początek. Tak... tak cholernie łagodnie robił wszystko. Łagodnie w porównaniu do tego, co ostatnio mnie spotyka. Jakaś miła odmiana.
Dobra, Yuuki, a teraz myśl o czymś bardziej podniecającym... masz tu przecież dojść! Myśl może o... Ericu?
-Grzeczny chłopiec -musnął palcami moją twarz widząc jak moje ciało coraz rozpaczliwiej reaguje na jego ruchu.
Powiem wam, że nie jest trudno wyobrazić sobie kogoś innego na miejsce tego gościa, szczególnie uwzględniając fakt, że ma się zasłonięte oczy.
Przyspieszył po chwili swoje tempo i doszedł z jakimś dziwnym jękiem we mnie.
Na moje szczęście doszedłem chwilę po nim... trochę głupio było by, gdyby się tak nie stało.
-To ja się zbieram. -odłożył mnie na bok głaszcząc mnie po głowie. -Spisałeś się dobrze.
-Dziękuję. -wypowiedziałem do niego jedyne słowo dzisiejszego wieczoru i ułożyłem się wygodniej na kanapie.
Poczułem tylko jeszcze jak cmoka mnie w czoło, a potem nie wyczuwałem już jego obecności.
W końcu.

piątek, 27 czerwca 2014

Rozdział 15 - Stracony

Nie macie pojęcia, jak się cieszę widząc nadal te same nicki w komentarzach, nawet jeśli nikomu nie podoba się nowe opowiadanie. Trudno. 


    Z odrętwiałym przez strach ciałem leżałem na łóżku zwinięty w kłębek i wpatrywałem się tępo w ścianę. Boli.... Boli skóra na łopatce, boli rana na ręce, boli tyłek... Nie przesadą było by powiedzenie, że boli mnie po prostu wszystko. Ostatnimi czasy ciągle zresztą coś mi doskwiera. Problemem nie jest tu samo odczucie bólu... Problem w tym, że mi to już nie przeszkadza. Przyzwyczaiłem się, albo raczej zostałem zmuszony do zaakceptowania tego. Czy jestem zastraszony? Oczywiście, że tak. Mam dość jego co nowych pomysłów na karanie mnie.
    Z jękiem przekręciłem się na plecy i westchnąłem, z żałością spoglądając na swój brzuch i biodra. Ociągając się uniosłem powoli rękę i opuszkami przejechałem po siniaku na biodrze, powstałym przez silne zaciskanie palców.... Ma wielkie dłonie.
Przeniosłem swój dotyk na udo gdzie wyraźne znaczyły się świeże dwa punkciki po przypaleniu papierosem, tak, mój nowy pan pali.
Strasznie się cieszę, że w tym pokoju nie ma żadnego lustra. Chyba bym nie zniósł widoku swojego pokaleczonego ciała. Huh... Zresztą i tak tylko on mnie widzi, przystraja mnie według swojego upodobania... Więc co jeszcze mnie czeka?
Na sama myśl ile jeszcze będę musiał wycierpieć łzy potoczyły się z moich oczu. Czasami zastanawiam się, czy przez wypłakiwanie takiej ilości wody z organizmu nie odwodnię się. A zresztą co tam.... I tak żebra i kości biodrowe niebezpiecznie już mi wystają jakby miały przeciąć od środka moją skórę.
Po za tym rana na ręce... Powinienem ją w końcu czymś zdezynfekować... ostatnio osocze nie chce przestać lecieć z niej, tylko czym?
Podskoczyłem lekko gdy z hukiem nagle otworzyły się drzwi. Gdy tylko mignęła mi jego sylwetka moje serce automatycznie jak na komendę dostało palpitacji.
-Dzień dobry kundlu. -uśmiechnął się z kpiną i wszedł do środka z psią miską.
Cudownie się zapowiada...
-Nie śpisz z ekscytacji na myśl o naszej dzisiejszej zabawie? -zaśmiał się głośno jakby powiedział coś wybitnie zabawnego.
Pospiesznie nie zważając na ból kończyn zszedłem z łózka i uklęknąłem na podłodze. Taką oto kazał mi przyjmować pozę, za każdym razem gdy tu wchodził. Kwestia przyzwyczajenia.... takie rzeczy jak patrzenie mu prosto w oczy jak do mnie mówi, nazywanie go w każdym zdaniu "panem", wykonywanie najmniejszej zachcianki... to wchodzi w nawyk, wiecie? Szczególnie przy jego metodach edukacyjnych. A szczerze mam dość już jego lekcji.
-Nie zgłodniałeś może od ostatniego posiłku? -postawił miskę na ziemi w odległości trzech metrów ode mnie.
Ostatni posiłek? Ma na myśli tą starą bułkę dwa dni temu czy jego spermę wczoraj wieczorem? Podczas jego "zabaw" naprawdę wolę mieć pusty żołądek. Chociaż marzy mi się czasami jakiś pożywniejszy posiłek... nie, zamiast dać mi coś normalnego ten kretyn podłącza mi kroplówki. Gdzie tu logika?
-Do nogi psie. -mruknął stając przy misce i wyczekująco na mnie spoglądając.
Bez innego wyboru uniosłem się nieco i ze spuszczona głową na czworakach zbliżyłem się do niego klękając przy nim.
Dopóki się do mnie nie odzywał nie podnosiłem głowy. No bo przecież nie mam takiego prawa.
Przyjrzałem się przy okazji zawartości miski, biały chleb z masłem pokrojony w kostkę. Cóż... Naprawdę wole nie ingerować w jego kulinarne umiejętności.
-Zacznij jeść powoli i nie przestawaj. -rozkazał głosem nie znoszącym sprzeciwu, bacznie przyglądając się moim poczynaniom.
-Dobrze panie. -tak jak kazała, rak zrobiłem.
Nie powiem, nie pogardzę teraz jedzeniem.... Nawet głodny się zrobiłem, po za tym warto by zadbać o te moje wystające żebra.
    Gdyby mnie w tym stanie zobaczył mój pierwszy właściciel... Huh, nie ma co marzyć. Jestem kretynem, że w ogóle zaprzątam sobie jeszcze nim głowę.
-Masz nie przerywać. -mruknął przechodząc za mnie.
No nieeeee.... jęknąłem w duchu biorąc w usta kawałek jedzenia. Czy nie może dać mi trzech minut spokoju do czasu, aż zjem? Cholera, teraz też będzie się znęcał nade mną? Teraz?!
-Wypnij się mocniej szczeniaku. -klepnął mnie ostro w pośladek z głupim rechotem.
Skrzywiłem się lekko na piekące miejsce i przymykając odruchowo oczy przełknąłem to, co miałem w ustach. Jezzz.... dlaczego te dni lecą tak wolno?
-Wiesz co teraz będę robił? -złapał mnie za resztki moich włosów i odciągając twarz od miski nakierował ku swojemu spojrzeniu.
Tak, kurwa! Ależ oczywiście, że wiem!
-Nie panie. -gdy odpowiedziałem momentalnie spuściłem wzrok.
No w końcu mam patrzeć jak mówię, on mówi albo mi każe. Dobitnie mi to już wytłumaczył...
-Mało domyślny jesteś. -prychnął i odtrącił moją głowę w kierunku miski.
-Przepraszam, panie.
-Jutro urządzam małe przyjęcie... -zaczął z nieco przerażającą ekscytacją w głosie.
Oh, coś czuję, że tam raczej nie będę balować.
-Będziesz usługiwał innym gościom.
-Dobrze panie...
Cholera.... cholera! No raczej oczywiste, że ten pomyleniec robi orgię! Przecież moja służba nie bedzie polegać na podawaniu herbatki. Boże boję się. Ilu ludzi? Kurdę.. co ja mam robić?
-Jedz. -rzucił kierując się w stronę drzwi.
Cóż, przynajmniej już wiem do czego służą tamte drugie drzwi w pokoju. Niestety, to nie łazienka. Ten pokój w którym zazwyczaj sypiam ma bezpośrednie połączenie z pokojem.... jego uciech. Z tą cholerną salą tortur.
    Gdy wrócił po dłuższej chwili zdążyłem opróżnić całą miskę. Hm, napiłbym się czegoś. Pff, oczywiście nie będę mu o tym wspominał, nie chcę nawet myśleć jaki pomysł napojenia mnie, przyjdzie mu do głowy.
-Na łóżko i wypnij się porządnie. Ręce nad głową. -rzucił od razu komendę nie patrząc na mnie.
Jak chciał tak zrobiłem, podsuwając nogi pod swój brzuch uniosłem wysoko biodra i przeniosłem ręce nad głowę. Ts, wygodniejszej pozycji to nie łaska, co nie?
-Jeśli będziesz się dzisiaj stawiał to zafunduję ci taką jazdę bez trzymanki, że nie pozbierasz się przez tydzień, zrozumiałeś to? -syknął mi nad uchem.
-Tak panie, zrozumiałem.
-Świetnie. -z wyraźną kpiną w głosie odsunął swoją twarz ode mnie i wygodnie usiadł sobie za mną, znowu klepiąc w pośladek.
Dobra Yuuki, spokojnie. To oczywiste, że to nie będzie nic miłego. Spokojnie, staraj się oddychać powoli, zrelaksować, przyjąć to.
Spokojnie.
    Jak niemal za każdym razem, tradycyjnie skrępował moje nadgarstki i przypiął je za pomocą metalowych kajdanek do ramy łóżka. Cóż, na nadgarstkach mam już takie siniaki i zadrapania, że mi to większej różnicy nie robi.
-Słowo protestu, 10 batów, zrozumiałeś to? -chwycił moją twarz i szarpnięciem nakierował ku sobie.
-Rozumiem... panie.-patrząc mu w oczy kiwnąłem potakująco głową.
Cholera.... Jak mnie znowu złamie czymś okropnym... Nie umiem powstrzymywać swoich krzyków.
Boże, to jest okrutne.
   Z pomrukiem zadowolenia uniósł jeszcze wyżej moje biodra i przeprowadził palcem miedzy moimi pośladkami. Mimowolnie przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz, którego ni jak nie mogłem pohamować. Oh, nienawidzę tego. Jego dotyk zawsze wywołuje u mnie niepokój, lęk... no i dość często ból.
Usłyszałem ciche kliknięcie otwieranej tubki i skrzywiłem się. Znam ten odgłos, zbyt często go słyszę... lubrykant. Chociaż powinienem podziękować mu, że zazwyczaj go używa.
Bez ostrzeżenia poczułem jak napiera dwoma palcami na moje wejście. Wcisnąłem twarz w poduszkę gdy szybko wsunął je we mnie z niemiłym uczuciem. Uuuhhh...
Nie zważając na nic blondyn szybkim tempem zaczął mnie rozciągać, już po chwili dodając kolejne palce. Za szybko.
Zacisnąłem mocno palce na ramie łóżka przez co kajdanki zaczęły nieco wpijać mi się w nadgarstki.
    Nagle poczułem pustkę w sobie. Huh? Koniec?
Wykręciłem głowę do tyłu by spojrzeć co robi mężczyzna. Moja mina gdy zobaczyłem, że smaruje lubrykantem całą swoją dłoń? W każdym bądź razie nie wyrażała szczęścia.

* * *

    Po całej "zabawie" leżałem na łóżku tak jak mnie zostawił. Tak jak teraz, tyłek nie bolał mnie chyba jeszcze nigdy. Coś strasznego. Nie mogę się nawet przekręcić na bok.
I ja mam jutro jeszcze usługiwać na tym cholernym przyjęciu? Chyba coś się temu psychopacie pomyliło.
Uuh... jak boli...
Dobra Yuuki, mnie możesz tak przeleżeć całej nocy. Wdech i.... syknąłem głośno, gdy spiąłem nieco mięśnie kiedy położyłem się na plecach. Boże... zwariuję. Nie zasnę z bólu.
Ale... nadal najbardziej dokucza mi ręką, którą skaleczyłem o nożyczki, kiedy ten psychol ścinał mi włosy.
Przyjrzałem się z niepewnością kończynie. Ok, tak raczej to nie powinno wyglądać. Coś mi się w tej ranie syfi... i boli.




Wybacz Hopie, ja to raczej w związku jestem takie o... uke. Ale mogę mentalnie być twoim semiszczem.

sobota, 21 czerwca 2014

Cherish Life - 2. Tease

Po przeczytaniu wszystkich waszych komentarzy raz jeszcze stwierdziłam, że czas najwyższy na rozdział. 


Co za nie ostrożny dzieciak. Zamknięcie okna nic mu nie da, zwłaszcza, że od tygodnia tylne drzwi cały czas są otwarte. Zmaterializowałem się przy nich i pod ruchem mojego palca w powietrzu, zamek szczęknął dając znać o swoim zablokowaniu. Dla mnie żadna przeszkoda ale dla pierwszego, lepszego złodzieja? Trochę byłoby mi to nie w smak.
    Wróciłem do jego pokoju znajdującego się na piętrze, tym razem ludzkim sposobem - marszem po schodach. Gdy wszedłem do pomieszczenia pokręciłem głową z irytacją. Dwie minuty temu serce podchodziło mu do gardła, a teraz śpi już w najlepsze. Ciekawe stworzenie.
Rozejrzałem się po pokoju chłopaka. Dziwne pomieszczenie... zazwyczaj ludzie w jego wieku, zresztą w każdym wieku, urządzają sypialnie po swojemu, zostawiają tu i ówdzie jakieś znaki swoich wspomnień, pamiątki, zdjęcia, rysunki czy plakaty. A tu nic. Po prostu łóżko, biurko z komputerem, szafa, komoda i sterta ciuchów z jakimiś papierkami. Co prawda widać tu jakieś parę płyt, książkę...  Jak w pokoju wystawowym na sklepie, tyle, że z bałaganem. Gdyby na podłodze nie walały się jego ubrania, każdy normalny człowiek pomyślałby, że nikt tu nie mieszka. Nie widać tu zaangażowana ze strony lokatora. Pokój bez emocji rzekłbym. Więc taki jest właściciel?
    Odwróciłem się w stronę łóżka i podszedłem do niego pochylając się nad chłopakiem. Nadal czuć było on niego alkoholem, nie powinien pić.
Ma śliczne włosy. Nie za długie, nie za krótkie, sięgają mu do linii szczęki. Ciekawy odcień, jak czekolada. Pasują mu do mlecznej skóry. Tylko schrupać. Ale jeszcze nie teraz...
No i oczywiście te jego rozszerzone ze strachu, zielone, duże oczka. Zapamiętam sobie ten widok dość długo. Trafiłem dobrze, chłopak jest urodziwy jak na ludzkie standardy, wysportowany, szczupły, tylko nieco niski. Może to i dobrze? Uśmiechnąłem się sam do siebie na czające się w moim umyśle wizje. Jeszcze troszkę...

* * *

Do wyjścia z łóżka zmusił mnie ryk wokalisty BFMV wydostający się z elektronicznego budzika. Gdy w końcu go dosięgnąłem i wyłączyłem, rzuciłem w kąt to plastikowe cholerstwo i westchnąłem ciężko opadając z powrotem na poduszkę. Pierdolę czwartkowe poranki. Nie, pierdolę każde poranki, które zaczynają się przed godziną dziesiątą. Zresztą, jeden dzień nieobecności w szkole w tą czy w tamtą nie zrobi mi różnicy.
Z błogim uśmiechem wtuliłem się w poduszkę obejmując ją mocno i wbiłem twarz w poduszkę by promienie słoneczne nie świeciły mi prosto w oczy.
Nie!
Podniosłem się szybko do siadu przypominając sobie o nieco istotnej rzeczy.
Mia! Jeśli wróciła może będzie już dzisiaj w szkole. Skoro Cornie podobno widział ją na wczorajszym meczu.... ryzyk fizyk.
Kiedy wstałem przeciągając się od razu odczułem skutki wczorajszych procentów. Eh... kocham pierwsze lekcje na kacu. Jezu... może prysznic na orzeźwienie? Mam jeszcze czas...
    Stojąc pod gorącym strumieniem wody westchnąłem cierpiętniczo i oparłem się czołem o ścianę kabiny prysznicowej. Incydent z otwartym oknem postanowiłem zrzucić na swoją sklerozę, a ów cień na pijackie rozkojarzenie. No litości... rogi? Odbija mi już naprawdę do reszty.
Zresztą nie o tym mi teraz myśleć. Co jeśli Mia naprawdę wróciła? Cóż, byliśmy ponad rok ze sobą ale zaczęła się strasznie zmieniać. Poza tym, ja jakoś nie odczuwałem wielkiej potrzeby widzenia jej w każdy dzień... Ona wręcz przeciwnie. Zrobiło się to wszystko zbyt nachalne. Nawet poczułem ulgę gdy się wyprowadziła... ale nierozwiązane sprawy pozostały. A teraz ona wróciła... Yh, trzeba się będzie z tym zmierzyć.
    Naciągając na siebie przetarte jeansy i szary T-shirt oczywiście musiałem uderzyć łokciem w jakąś szafkę. Piękny, marcowy poranek, cudownie. Może jeszcze jakiś ptak narobi mi na głowę? Takie o, dopełnienie tego promiennego dnia.
Przed wyjściem z domu wrzuciłem komórkę do brązowej, skórzanej torby, w której noszę zeszyty i zamknąłem za sobą drzwi, wciskając klucze do kieszeni kurtki.
    Przekraczając próg szkoły o mało co nie przewróciłem się pod ciężarem jakiegoś rudego cielska, które nagle rzuciło się na mnie jak na jakąś zdobycz.
-Jeszcze jej nie ma. -oznajmił mi zadowolony z siebie przyjaciel.
-Złaź baranie... -zrzuciłem go z siebie i westchnąłem poprawiając torbę, która zjechała mi z ramienia. -Jakby to mnie obchodziło. -prychnąłem ruszając korytarzem w stronę naszej klasy.
-Leli no! -rudzielec złapał mnie za ramię i obrócił w swoją stronę.
Cholera, dlaczego to ja jestem ten niższy i słabszy?!
-Przejmujesz się, przyznaj. -uśmiechnął się klepiąc mnie w policzki.
-Odwal się. -wyminąłem go i ruszyłem przed siebie.
-Oj chłopie, śmierdzisz niepewnością i napięciem. -zrównał ze mną krok i wyciągnął ze swojego plecaka puszkę coli. -Trzymaj, jeszcze zimna.
-Dzięki. -przechwyciłem od niego napój i od razu otworzyłem z charakterystycznym sykiem ulatniającego się gazu.
Zimny napój zbawiennie ochłodził moje wysuszone kacem gardło.
-Tak myślałem. -Cornie mruknął jakby sam do siebie widząc moją zadowoloną minę po dużym łyku coli.
No cóż, czasami czuję się przy nim jak jego młodszy braciszek, dba o mnie lepiej niż ktokolwiek inny i zawsze wie czego mi trzeba. Gdy kiedyś zły powiedziałem mu o tym zaczął się śmiać i powiedział, że powinienem się cieszyć. Przynajmniej mam pewność, że z nim mogę się upić, że mnie nie wystawi.
    Nasze ławki znajdują się na samym końcu klasy pod oknem toteż po wejściu do klasy i rzuceniu paru powitalnych słów do ludzi znajdujących się już w pomieszczeniu, Cornie usiadł na parapecie, a ja na ławce przodem do okna.
-Kiedy macie kolejny mecz? -otworzył swoją puszkę coli i wziął od razu spory łyk.
-W przyszłym tygodniu, w piątek. -zaśmiałem się widząc jak krztusi się gazem, który naleciał mu do nosa. -Mówiłem ci, że zachłanność kiedyś cię zgubi?
-Tak tak, nadmiar dziwek i koki. -poklepał się po piersi przymykając oczy.
Przewróciłem oczami z rozżaleniem widząc jak nie może sobie poradzić z kaszlem i klepnąłem... hm, no dobra, może to było trochę mocniej niż zwykłe "klepnąłem".... Corniego miedzy łopatki. Ten próbując nie spaść z parapetu oblał się oczywiście napojem.
-Nawet nie próbuj. -zgromiłem go wzrokiem widząc, że szykuje się do zamachu z puszką. -Wystarczy nam, że tylko ty jesteś oblany. -podałem mu chusteczkę z zadowolonym z siebie uśmieszkiem, że ominął mnie jego los.
-Od jutra dostajesz soczki marchwiowe. -z podniesioną dumnie głową przechwycił ode mnie chusteczkę i majestatycznie próbował wysuszyć swoje spodnie.
-Znajdę sobie innego kumpla. -zagroziłem dopijając swoją colę z rozbawieniem.
-Powodzenia. Nie wiem gdzie znajdziesz kolejnego naiwniaka do robienia za twoją matkę. -spojrzał na mnie urażony lecz po chwili podniósł wzrok gdzieś nad moją głowę, a jego mina diametralnie się zmieniła. Otworzył lekko usta wpatrując się w coś za mną.
Hm?
Obróciłem się do tyłu by sprawdzić co go tak zaintrygowało i zastygłem. Metr ode mnie stała Mia w pełnej krasie, ściskająca swój plecak w granatowe kwiatki, ten sam co zawsze. Jej jasne blond włosy jak zwykle oplatały falami jej ramiona, a błękitne oczy iskrzyły się tym czymś co intrygowało, bądź czasami mnie przerażało.
-Mia. -rzuciłem cicho jakby w przestrzeń dalej przypatrując się jej bez skrępowania.
A jednak... wróciła.
I co ja mam teraz z tym fantem zrobić?
-Cześć. -spuściła wzrok i założyła za ucho zbłąkane pasmo włosów.
-Cześć... -mruknąłem odstawiając na ławkę puszkę po coli.
Zszedłem ze stolika i oparłem się o niego biodrami splatając ramiona. No więc?
-Ja... ja chciałam się tylko przywitać... żebyś wiedział, że znowu z rodziną przyjechaliśmy do tego miasta...
-Rozumiem. -odpowiedziałem patrząc wyczekująco w jej oczy.
To tyle?
-Pójdę już. -ze zrezygnowaniem znowu opuściła głowę w dół i odwróciła się z zamiarem wyjścia z klasy.
Nie poznaję tej dziewczyny. Zawsze walczyła o swoje, a teraz stała się nagle strasznie potulną osóbką. Co jest?
-Ok. -mruknąłem kładąc dłoń na puszce.
-Leli... -odwróciła się z powrotem do mnie i podeszła bliżej.
Aha, jednak jest coś jeszcze.
-Dlaczego nie odpisywałeś na moje smsy? Zmieniłeś numer...? -przekrzywiła leciutko głowę na bok.
Jej mina sama za siebie mówiła, że takiej właśnie pragnie odpowiedzi. Chce usłyszeć, że popsuł mi się telefon, zmieniłem numer, cokolwiek. Niestety prawda jest inna, a ja nie mam w zwyczaju kłamać tak jak ona czasami.
-Uznałem, że nie ma to sensu. Skoro i tak zniknęłaś bez większego słowa wyjaśnienia...
-Ale Leli! -doskoczyła nagle do mnie kładąc dłonie na moich ramionach.
Przypadkiem straciłem puszkę z ławki, a ta poturlała się po podłodze z hałasem zwracając na nas uwagę wszystkich obecnych w klasie. I po co odstawia znowu te swoje teatrzyki?
Zawsze tak robiła. Kiedy jej się coś nie podobało lub robiłem coś nie po jej myśli zrzucała na mnie winę przy innych, robiąc ze mnie tyrana bez serca.
-Ja naprawdę chciałam ci to wszystko wytłumaczyć ale...
-Ale? To śmieszne. Tak trudno powiedzieć, że się wyprowadza? Co w tym takiego? -prychnąłem odsuwając się od niej.
-Leli... -spojrzała na mnie szkolącymi się oczyma.
No nie, chce się tu rozryczeć? Znowu robi ze mnie bezdusznika!
-Porozmawiamy później. -mruknąłem odwracając się w stronę Corniego.
Na moje szczęście zadzwonił dzwonek więc musiała pójść do swojej klasy.
Cholera, wkurzyłem się przez nią! Dlaczego nie zerwałem z nią przed jej wyjazdem? Teraz to muszę naprostować, chcę mieć święty spokój z nią. Tylko mnie irytuje...
-Ej! -nagle ktoś klepnął mnie w głowę. -Już się tak nie wkurzaj. -rudzielec posłał mi pokrzepiający uśmiech i usiadł w swojej ławce, która znajduje się za moją.
-Och daj spokój. -burknąłem zły siadając na swoim miejscu ponieważ nauczyciel wszedł już do klasy i zaczął uspokajać rozhulane towarzystwo.
    Gniotąc ołówek w dłoni siedziałem wpieniony i wpatrywałem się w linijki zeszytu. Rzecz jasna olewałem jakiekolwiek wywody nauczyciela, lekcja historii z rana, nie ma nic bardziej fascynującego.
Postanowione! Muszę skończyć z tą dziewczyną bo mnie rozsadza od środka. Dwie minuty! Wróciła i wystarczyły jej dwie minuty żeby mnie wpienić!
Ok... może reaguję tak przez to, że gdy wyjechała poczułem się wystawiony i porzucony. Co z tego, że już wtedy przestało mi tak mocno zależeć na związku z nią. Mogła chociaż wcześniej powiedzieć, że wyjeżdża! Nawet się umówiła ze mną! A tu co? Dowiaduję się potem dzień później, że dawno już jej nie było w mieście.
-Hej... -słyszę nagle szept Corniego.
Nad ramieniem przelatuje mi skrawek pomiętego papieru i ląduje na moim zeszycie. Z irytacją rozwijam go by sprawdzić co znowu wymyślił ten nadpobudliwy rudzielec.

"Słonko, zrywamy się następnych lekcji?" 

Cóż, czasami i jemu zdarzają się dobre pomysły. Rozprostowałem papier by odpisać.

"Jak najdalej od tego wariatkowa." 

Zwinąłem papier w kulkę i odrzuciłem z powrotem do pierwotnego nadawcy. Nie musiałem czekać długo by otrzymać liścik z powrotem.

"Yey!  \(^o^)/"



W gwoli ścisłości, Straconego nie mam zamiaru porzucić, rozdział kolejny napisany ale dla mnie niekompletny, strasznie mu czegoś brakuje. Ale zanim się dowiem czego, kolejne notki będą z nowym opowiadaniem.
Bardzo dziękuję Wam za wszystkie komentarze. Co prawda ostatnio coś ten blog mi podupada, ale na większość z Was nadal mogę liczyć. Dziękuję. 





niedziela, 15 czerwca 2014

Cherish Life - 1. Doesn't exist

-Leli! Chodź tutaj!
Słyszę swój głupi przydomek i odwracam się z westchnieniem w stronę rozradowanej rudej gęby.
-Prosiłem cię tyle razy, żebyś tak do mnie nie mówił. -odpowiadam znudzonym głosem i przypatruję się mojemu przyjacielowi.
Wściekle rude włosy sterczące mu na wszystkie strony, poza bokami, które nosi niemal wygolone dzisiaj są w wyjątkowym nieładzie. Gdy podbiega do mnie bliżej schyla się na moment kładąc dłonie na kolanach by zaczerpnąć tchu. Jego piegi na policzkach są mniej widoczne niż zwykle przez rumieńce nabyte od biegu. Kiedy prostuje się jego zielone oczy w odcieniu łąki uśmiechają się do mnie. Po za tym, jest jakieś pół głowy ode mnie wyższy dlatego leciutko unoszę głowę by w nie spojrzeć.
-Chcesz żebym sobie język połamał? Nikt nie umie wymówić normalnie twojego imienia! -sapie mi nadal zmęczony w twarz.
No dobra... niech mu będzie.
-Co się stało, palą się dzienniki? - zamykam swoją szafkę w szatni i podnoszę swoją torbę ze strojem sportowym z ławki.
-Nie zgadniesz kogo widziałem na widowni podczas meczu!
-Oświecisz mnie? -niewzruszony ruszam do drzwi, zresztą Cornie podnieca się byle czym więc wątpię by ta wiadomość mnie zaskoczyła. -Czy może jednak szkoda mi tracić czasu na twoje wymysły?
-Mia! Widziałem ją!
Co...?
Zatrzymuję dłoń na klamce i odwracam się do tyłu by spojrzeć na jego twarz i upewnić się czy nie robi sobie ze mnie jaj.
-Mi-Mia? Wróciła?
-Ha! A jednak zaintrygowany! -klaszcze głośno w dłonie i uśmiecha się jeszcze szerzej.
-Tss, głupek. Musiałeś z kimś ją pomylić. Przecież się wyprowadzili.
Otwieram drzwi i nie zważając na to, czy podąża za mną ten rudy wrzaskun wyszedłem z szatni i pokierowałem się w stronę wyjścia z sali.
-No nie! Leli,  to musiała być ona! Nie pomyliłem się!
Wzdycham ciężko i zatrzymuję się by na niego spojrzeć.
-Idę z drużyną na piwo, idziesz z nami? -Kiwam w stronę chłopaków stojących na zewnątrz i czekających na mnie.
-Widziałem ją....... grrr, idę!
-Tak, tak, okaże się jutro.
Wychodzę z sali i gdy wiatr nagle uderza mi w twarz owijam się szczelniej bluzą w barwach drużyny i podchodzę do grupki sześciu osób ubranych niemal tak jak ja.
-Nasz kochany rozgrywający! -jeden z kumpli owija swoje ramię wokół mojej szyi i przyciąga do siebie czochrając mi włosy. -Za te piękne kosze stawiasz dzisiaj!
-Puszczaj do cholery -wyrywam się z jego uścisku i odskakuję do tyłu. -Jak to możliwe, że jestem najniższy z was wszystkich a gram najlepiej?
Mój śmiech przerywa salwa protestów z ich strony.
-I tak stawiasz przykurczu.

* * *

    Wracam do jak zwykle pustego domu i rzucam torbę gdzieś w kąt, zapalając po drodze do swojego pokoju wszystkie światła. Rodzice są jakimiś badaczami czy licho ich tam wie, dlatego takie ich wyjazdu na dwa, pięć miesięcy są czymś normalnym. Ważne, że przysyłają pieniądze, reszta mało mnie obchodzi.
Dostanie się do mojego pokoju idzie mi ciut opornie. Czekają mnie jeszcze schody a ja jestem prawdopodobnie nieźle zalany. Świetnie... przeczuwam jutro rano kaca... cholera, która godzina? Yh, chyba nawet pierwszej jeszcze nie ma.
Gdy już udaje mi się dostać na piętro klnę zły na siebie. Nie zamknąłem drzwi wejściowych, żeby to szlag je wziął. Z cierpiętniczą miną wracam mozolnie na dół i dopadam drzwi. Upewniony, że są odpowiednio zamknięte wchodzę do kuchni i zabieram ze sobą butelkę wody i coś na ból głowy... oj przyda się jutro, albo nawet i teraz...
    W łazience zrzucam z siebie jeansy i niebiesko czarną bluzę z nazwą drużyny i numerem czternaście. Przelotnie spoglądam na rosnącą stertę brudnych ciuchów, rosnącą w kącie. Wypadało by za tydzień posprzątać tu w końcu...
Prysznic jest dla mnie niemal zbawieniem, lecz nie na długo. Otrzeźwia mnie do tego stopnie, że prawie moje myśli biegną normalnym, niezaburzonym torem.
Mia... niemożliwe. A może jednak wróciła tu z rodziną? Cholera, a co jeśli tak? Odezwie się chociaż do mnie? Będzie jak dawniej czy.... a może lepiej, żeby nie było tak jak kiedyś? Nie mam pojęcia co zrobi jak mnie zobaczy...
Głupek. Po co ja o tym w ogóle myślę?
Zły na siebie zakręcam wodę i wycieram się wciągając na siebie bokserki. Powinienem sobie dać spokój i iść spać.
Póki jeszcze mam siłę gaszę światła w całym domu i ruszam swoje dupsko na górę do pokoju. W nim też trzeba by kiedyś ogarnąć... Co za ironia... dlaczego ja po pijaku myślę o sprzątaniu? Jezuu....
Niemal przewracam się na łóżko i obejmuję z uradowaniem swoją kochaną poduszkę, mojego najlepszego towarzysza snu i zamykam z błogim westchnieniem oczy. Wybawienie.
    Ze snu wyrywa mnie nagle jakiś ruch w pokoju. Uchylam lekko powieki z bólem i gdy miga mi jakiś cień przed oczami zrywam się z łóżka do pionu z podchodzącym do gardła sercem. Kurwa... byłem pewien, że widziałem rogi...
Na ziemię sprowadza mnie trzepocząca na wietrze zasłona więc pochodzę do okna i zamykam je sprawiając, że materiał przestaje szaleńczo szamotać się. Nagle zastygam w bezruchu.
Przecież... nie otwierałem okna.
Cofając się powoli do tyłu w stronę łóżka rozglądam się po pokoju z walącym serduchem i zapalam po chwili wahania lampkę stojącą na biurku.
O kurwa... jestem aż tak nawalony? Niemożliwe.... niemożliwe. Dostaję naglę gęsiej skórki i owijam się szczelnie kołdrą. Mam teraz zasnąć?
Łapię z szafki nocnej pudełko z tabletkami przeciwbólowymi i biorę od razu dwie popijając je sporym łykiem wody.
Co to było...? Czyżbym zapomniał, że otworzyłem okno? Uh... przecież wyraźnie widziałem coś na kształt rogów i jakiś cień... czy to jakieś...  Nie!
Chyba postradałem zmysły... przecież one nie mogą istnieć.




Wybaczcie mi, ale zawsze miałam ochotę na jakiegoś demona.