Po przeczytaniu wszystkich waszych komentarzy raz jeszcze stwierdziłam, że czas najwyższy na rozdział.
Co za nie ostrożny dzieciak. Zamknięcie okna nic mu nie da, zwłaszcza, że od tygodnia tylne drzwi cały czas są otwarte. Zmaterializowałem się przy nich i pod ruchem mojego palca w powietrzu, zamek szczęknął dając znać o swoim zablokowaniu. Dla mnie żadna przeszkoda ale dla pierwszego, lepszego złodzieja? Trochę byłoby mi to nie w smak.
Wróciłem do jego pokoju znajdującego się na piętrze, tym razem ludzkim sposobem - marszem po schodach. Gdy wszedłem do pomieszczenia pokręciłem głową z irytacją. Dwie minuty temu serce podchodziło mu do gardła, a teraz śpi już w najlepsze. Ciekawe stworzenie.
Rozejrzałem się po pokoju chłopaka. Dziwne pomieszczenie... zazwyczaj ludzie w jego wieku, zresztą w każdym wieku, urządzają sypialnie po swojemu, zostawiają tu i ówdzie jakieś znaki swoich wspomnień, pamiątki, zdjęcia, rysunki czy plakaty. A tu nic. Po prostu łóżko, biurko z komputerem, szafa, komoda i sterta ciuchów z jakimiś papierkami. Co prawda widać tu jakieś parę płyt, książkę... Jak w pokoju wystawowym na sklepie, tyle, że z bałaganem. Gdyby na podłodze nie walały się jego ubrania, każdy normalny człowiek pomyślałby, że nikt tu nie mieszka. Nie widać tu zaangażowana ze strony lokatora. Pokój bez emocji rzekłbym. Więc taki jest właściciel?
Odwróciłem się w stronę łóżka i podszedłem do niego pochylając się nad chłopakiem. Nadal czuć było on niego alkoholem, nie powinien pić.
Ma śliczne włosy. Nie za długie, nie za krótkie, sięgają mu do linii szczęki. Ciekawy odcień, jak czekolada. Pasują mu do mlecznej skóry. Tylko schrupać. Ale jeszcze nie teraz...
No i oczywiście te jego rozszerzone ze strachu, zielone, duże oczka. Zapamiętam sobie ten widok dość długo. Trafiłem dobrze, chłopak jest urodziwy jak na ludzkie standardy, wysportowany, szczupły, tylko nieco niski. Może to i dobrze? Uśmiechnąłem się sam do siebie na czające się w moim umyśle wizje. Jeszcze troszkę...
* * *
Do wyjścia z łóżka zmusił mnie ryk wokalisty BFMV wydostający się z elektronicznego budzika. Gdy w końcu go dosięgnąłem i wyłączyłem, rzuciłem w kąt to plastikowe cholerstwo i westchnąłem ciężko opadając z powrotem na poduszkę. Pierdolę czwartkowe poranki. Nie, pierdolę każde poranki, które zaczynają się przed godziną dziesiątą. Zresztą, jeden dzień nieobecności w szkole w tą czy w tamtą nie zrobi mi różnicy.
Z błogim uśmiechem wtuliłem się w poduszkę obejmując ją mocno i wbiłem twarz w poduszkę by promienie słoneczne nie świeciły mi prosto w oczy.
Nie!
Podniosłem się szybko do siadu przypominając sobie o nieco istotnej rzeczy.
Mia! Jeśli wróciła może będzie już dzisiaj w szkole. Skoro Cornie podobno widział ją na wczorajszym meczu.... ryzyk fizyk.
Kiedy wstałem przeciągając się od razu odczułem skutki wczorajszych procentów. Eh... kocham pierwsze lekcje na kacu. Jezu... może prysznic na orzeźwienie? Mam jeszcze czas...
Stojąc pod gorącym strumieniem wody westchnąłem cierpiętniczo i oparłem się czołem o ścianę kabiny prysznicowej. Incydent z otwartym oknem postanowiłem zrzucić na swoją sklerozę, a ów cień na pijackie rozkojarzenie. No litości... rogi? Odbija mi już naprawdę do reszty.
Zresztą nie o tym mi teraz myśleć. Co jeśli Mia naprawdę wróciła? Cóż, byliśmy ponad rok ze sobą ale zaczęła się strasznie zmieniać. Poza tym, ja jakoś nie odczuwałem wielkiej potrzeby widzenia jej w każdy dzień... Ona wręcz przeciwnie. Zrobiło się to wszystko zbyt nachalne. Nawet poczułem ulgę gdy się wyprowadziła... ale nierozwiązane sprawy pozostały. A teraz ona wróciła... Yh, trzeba się będzie z tym zmierzyć.
Naciągając na siebie przetarte jeansy i szary T-shirt oczywiście musiałem uderzyć łokciem w jakąś szafkę. Piękny, marcowy poranek, cudownie. Może jeszcze jakiś ptak narobi mi na głowę? Takie o, dopełnienie tego promiennego dnia.
Przed wyjściem z domu wrzuciłem komórkę do brązowej, skórzanej torby, w której noszę zeszyty i zamknąłem za sobą drzwi, wciskając klucze do kieszeni kurtki.
Przekraczając próg szkoły o mało co nie przewróciłem się pod ciężarem jakiegoś rudego cielska, które nagle rzuciło się na mnie jak na jakąś zdobycz.
-Jeszcze jej nie ma. -oznajmił mi zadowolony z siebie przyjaciel.
-Złaź baranie... -zrzuciłem go z siebie i westchnąłem poprawiając torbę, która zjechała mi z ramienia. -Jakby to mnie obchodziło. -prychnąłem ruszając korytarzem w stronę naszej klasy.
-Leli no! -rudzielec złapał mnie za ramię i obrócił w swoją stronę.
Cholera, dlaczego to ja jestem ten niższy i słabszy?!
-Przejmujesz się, przyznaj. -uśmiechnął się klepiąc mnie w policzki.
-Odwal się. -wyminąłem go i ruszyłem przed siebie.
-Oj chłopie, śmierdzisz niepewnością i napięciem. -zrównał ze mną krok i wyciągnął ze swojego plecaka puszkę coli. -Trzymaj, jeszcze zimna.
-Dzięki. -przechwyciłem od niego napój i od razu otworzyłem z charakterystycznym sykiem ulatniającego się gazu.
Zimny napój zbawiennie ochłodził moje wysuszone kacem gardło.
-Tak myślałem. -Cornie mruknął jakby sam do siebie widząc moją zadowoloną minę po dużym łyku coli.
No cóż, czasami czuję się przy nim jak jego młodszy braciszek, dba o mnie lepiej niż ktokolwiek inny i zawsze wie czego mi trzeba. Gdy kiedyś zły powiedziałem mu o tym zaczął się śmiać i powiedział, że powinienem się cieszyć. Przynajmniej mam pewność, że z nim mogę się upić, że mnie nie wystawi.
Nasze ławki znajdują się na samym końcu klasy pod oknem toteż po wejściu do klasy i rzuceniu paru powitalnych słów do ludzi znajdujących się już w pomieszczeniu, Cornie usiadł na parapecie, a ja na ławce przodem do okna.
-Kiedy macie kolejny mecz? -otworzył swoją puszkę coli i wziął od razu spory łyk.
-W przyszłym tygodniu, w piątek. -zaśmiałem się widząc jak krztusi się gazem, który naleciał mu do nosa. -Mówiłem ci, że zachłanność kiedyś cię zgubi?
-Tak tak, nadmiar dziwek i koki. -poklepał się po piersi przymykając oczy.
Przewróciłem oczami z rozżaleniem widząc jak nie może sobie poradzić z kaszlem i klepnąłem... hm, no dobra, może to było trochę mocniej niż zwykłe "klepnąłem".... Corniego miedzy łopatki. Ten próbując nie spaść z parapetu oblał się oczywiście napojem.
-Nawet nie próbuj. -zgromiłem go wzrokiem widząc, że szykuje się do zamachu z puszką. -Wystarczy nam, że tylko ty jesteś oblany. -podałem mu chusteczkę z zadowolonym z siebie uśmieszkiem, że ominął mnie jego los.
-Od jutra dostajesz soczki marchwiowe. -z podniesioną dumnie głową przechwycił ode mnie chusteczkę i majestatycznie próbował wysuszyć swoje spodnie.
-Znajdę sobie innego kumpla. -zagroziłem dopijając swoją colę z rozbawieniem.
-Powodzenia. Nie wiem gdzie znajdziesz kolejnego naiwniaka do robienia za twoją matkę. -spojrzał na mnie urażony lecz po chwili podniósł wzrok gdzieś nad moją głowę, a jego mina diametralnie się zmieniła. Otworzył lekko usta wpatrując się w coś za mną.
Hm?
Obróciłem się do tyłu by sprawdzić co go tak zaintrygowało i zastygłem. Metr ode mnie stała Mia w pełnej krasie, ściskająca swój plecak w granatowe kwiatki, ten sam co zawsze. Jej jasne blond włosy jak zwykle oplatały falami jej ramiona, a błękitne oczy iskrzyły się tym czymś co intrygowało, bądź czasami mnie przerażało.
-Mia. -rzuciłem cicho jakby w przestrzeń dalej przypatrując się jej bez skrępowania.
A jednak... wróciła.
I co ja mam teraz z tym fantem zrobić?
-Cześć. -spuściła wzrok i założyła za ucho zbłąkane pasmo włosów.
-Cześć... -mruknąłem odstawiając na ławkę puszkę po coli.
Zszedłem ze stolika i oparłem się o niego biodrami splatając ramiona. No więc?
-Ja... ja chciałam się tylko przywitać... żebyś wiedział, że znowu z rodziną przyjechaliśmy do tego miasta...
-Rozumiem. -odpowiedziałem patrząc wyczekująco w jej oczy.
To tyle?
-Pójdę już. -ze zrezygnowaniem znowu opuściła głowę w dół i odwróciła się z zamiarem wyjścia z klasy.
Nie poznaję tej dziewczyny. Zawsze walczyła o swoje, a teraz stała się nagle strasznie potulną osóbką. Co jest?
-Ok. -mruknąłem kładąc dłoń na puszce.
-Leli... -odwróciła się z powrotem do mnie i podeszła bliżej.
Aha, jednak jest coś jeszcze.
-Dlaczego nie odpisywałeś na moje smsy? Zmieniłeś numer...? -przekrzywiła leciutko głowę na bok.
Jej mina sama za siebie mówiła, że takiej właśnie pragnie odpowiedzi. Chce usłyszeć, że popsuł mi się telefon, zmieniłem numer, cokolwiek. Niestety prawda jest inna, a ja nie mam w zwyczaju kłamać tak jak ona czasami.
-Uznałem, że nie ma to sensu. Skoro i tak zniknęłaś bez większego słowa wyjaśnienia...
-Ale Leli! -doskoczyła nagle do mnie kładąc dłonie na moich ramionach.
Przypadkiem straciłem puszkę z ławki, a ta poturlała się po podłodze z hałasem zwracając na nas uwagę wszystkich obecnych w klasie. I po co odstawia znowu te swoje teatrzyki?
Zawsze tak robiła. Kiedy jej się coś nie podobało lub robiłem coś nie po jej myśli zrzucała na mnie winę przy innych, robiąc ze mnie tyrana bez serca.
-Ja naprawdę chciałam ci to wszystko wytłumaczyć ale...
-Ale? To śmieszne. Tak trudno powiedzieć, że się wyprowadza? Co w tym takiego? -prychnąłem odsuwając się od niej.
-Leli... -spojrzała na mnie szkolącymi się oczyma.
No nie, chce się tu rozryczeć? Znowu robi ze mnie bezdusznika!
-Porozmawiamy później. -mruknąłem odwracając się w stronę Corniego.
Na moje szczęście zadzwonił dzwonek więc musiała pójść do swojej klasy.
Cholera, wkurzyłem się przez nią! Dlaczego nie zerwałem z nią przed jej wyjazdem? Teraz to muszę naprostować, chcę mieć święty spokój z nią. Tylko mnie irytuje...
-Ej! -nagle ktoś klepnął mnie w głowę. -Już się tak nie wkurzaj. -rudzielec posłał mi pokrzepiający uśmiech i usiadł w swojej ławce, która znajduje się za moją.
-Och daj spokój. -burknąłem zły siadając na swoim miejscu ponieważ nauczyciel wszedł już do klasy i zaczął uspokajać rozhulane towarzystwo.
Gniotąc ołówek w dłoni siedziałem wpieniony i wpatrywałem się w linijki zeszytu. Rzecz jasna olewałem jakiekolwiek wywody nauczyciela, lekcja historii z rana, nie ma nic bardziej fascynującego.
Postanowione! Muszę skończyć z tą dziewczyną bo mnie rozsadza od środka. Dwie minuty! Wróciła i wystarczyły jej dwie minuty żeby mnie wpienić!
Ok... może reaguję tak przez to, że gdy wyjechała poczułem się wystawiony i porzucony. Co z tego, że już wtedy przestało mi tak mocno zależeć na związku z nią. Mogła chociaż wcześniej powiedzieć, że wyjeżdża! Nawet się umówiła ze mną! A tu co? Dowiaduję się potem dzień później, że dawno już jej nie było w mieście.
-Hej... -słyszę nagle szept Corniego.
Nad ramieniem przelatuje mi skrawek pomiętego papieru i ląduje na moim zeszycie. Z irytacją rozwijam go by sprawdzić co znowu wymyślił ten nadpobudliwy rudzielec.
"Słonko, zrywamy się następnych lekcji?"
Cóż, czasami i jemu zdarzają się dobre pomysły. Rozprostowałem papier by odpisać.
"Jak najdalej od tego wariatkowa."
Zwinąłem papier w kulkę i odrzuciłem z powrotem do pierwotnego nadawcy. Nie musiałem czekać długo by otrzymać liścik z powrotem.
"Yey! \(^o^)/"
W gwoli ścisłości, Straconego nie mam zamiaru porzucić, rozdział kolejny napisany ale dla mnie niekompletny, strasznie mu czegoś brakuje. Ale zanim się dowiem czego, kolejne notki będą z nowym opowiadaniem.
Bardzo dziękuję Wam za wszystkie komentarze. Co prawda ostatnio coś ten blog mi podupada, ale na większość z Was nadal mogę liczyć. Dziękuję.
Blog o tematyce yaoi, czyli miłości między dwoma mężczyznami. Wszystkich zniesmaczonych i zdegustowanych proszę o opuszczenie tej strony i nie tracenie czasu na zostawianie złośliwych uwag. (Blog może zawierać opisy scen gwałtów, znęcań się, itd) +18
sobota, 21 czerwca 2014
niedziela, 15 czerwca 2014
Cherish Life - 1. Doesn't exist
-Leli! Chodź tutaj!
Słyszę swój głupi przydomek i odwracam się z westchnieniem w stronę rozradowanej rudej gęby.
-Prosiłem cię tyle razy, żebyś tak do mnie nie mówił. -odpowiadam znudzonym głosem i przypatruję się mojemu przyjacielowi.
Wściekle rude włosy sterczące mu na wszystkie strony, poza bokami, które nosi niemal wygolone dzisiaj są w wyjątkowym nieładzie. Gdy podbiega do mnie bliżej schyla się na moment kładąc dłonie na kolanach by zaczerpnąć tchu. Jego piegi na policzkach są mniej widoczne niż zwykle przez rumieńce nabyte od biegu. Kiedy prostuje się jego zielone oczy w odcieniu łąki uśmiechają się do mnie. Po za tym, jest jakieś pół głowy ode mnie wyższy dlatego leciutko unoszę głowę by w nie spojrzeć.
-Chcesz żebym sobie język połamał? Nikt nie umie wymówić normalnie twojego imienia! -sapie mi nadal zmęczony w twarz.
No dobra... niech mu będzie.
-Co się stało, palą się dzienniki? - zamykam swoją szafkę w szatni i podnoszę swoją torbę ze strojem sportowym z ławki.
-Nie zgadniesz kogo widziałem na widowni podczas meczu!
-Oświecisz mnie? -niewzruszony ruszam do drzwi, zresztą Cornie podnieca się byle czym więc wątpię by ta wiadomość mnie zaskoczyła. -Czy może jednak szkoda mi tracić czasu na twoje wymysły?
-Mia! Widziałem ją!
Co...?
Zatrzymuję dłoń na klamce i odwracam się do tyłu by spojrzeć na jego twarz i upewnić się czy nie robi sobie ze mnie jaj.
-Mi-Mia? Wróciła?
-Ha! A jednak zaintrygowany! -klaszcze głośno w dłonie i uśmiecha się jeszcze szerzej.
-Tss, głupek. Musiałeś z kimś ją pomylić. Przecież się wyprowadzili.
Otwieram drzwi i nie zważając na to, czy podąża za mną ten rudy wrzaskun wyszedłem z szatni i pokierowałem się w stronę wyjścia z sali.
-No nie! Leli, to musiała być ona! Nie pomyliłem się!
Wzdycham ciężko i zatrzymuję się by na niego spojrzeć.
-Idę z drużyną na piwo, idziesz z nami? -Kiwam w stronę chłopaków stojących na zewnątrz i czekających na mnie.
-Widziałem ją....... grrr, idę!
-Tak, tak, okaże się jutro.
Wychodzę z sali i gdy wiatr nagle uderza mi w twarz owijam się szczelniej bluzą w barwach drużyny i podchodzę do grupki sześciu osób ubranych niemal tak jak ja.
-Nasz kochany rozgrywający! -jeden z kumpli owija swoje ramię wokół mojej szyi i przyciąga do siebie czochrając mi włosy. -Za te piękne kosze stawiasz dzisiaj!
-Puszczaj do cholery -wyrywam się z jego uścisku i odskakuję do tyłu. -Jak to możliwe, że jestem najniższy z was wszystkich a gram najlepiej?
Mój śmiech przerywa salwa protestów z ich strony.
-I tak stawiasz przykurczu.
* * *
Wracam do jak zwykle pustego domu i rzucam torbę gdzieś w kąt, zapalając po drodze do swojego pokoju wszystkie światła. Rodzice są jakimiś badaczami czy licho ich tam wie, dlatego takie ich wyjazdu na dwa, pięć miesięcy są czymś normalnym. Ważne, że przysyłają pieniądze, reszta mało mnie obchodzi.
Dostanie się do mojego pokoju idzie mi ciut opornie. Czekają mnie jeszcze schody a ja jestem prawdopodobnie nieźle zalany. Świetnie... przeczuwam jutro rano kaca... cholera, która godzina? Yh, chyba nawet pierwszej jeszcze nie ma.
Gdy już udaje mi się dostać na piętro klnę zły na siebie. Nie zamknąłem drzwi wejściowych, żeby to szlag je wziął. Z cierpiętniczą miną wracam mozolnie na dół i dopadam drzwi. Upewniony, że są odpowiednio zamknięte wchodzę do kuchni i zabieram ze sobą butelkę wody i coś na ból głowy... oj przyda się jutro, albo nawet i teraz...
W łazience zrzucam z siebie jeansy i niebiesko czarną bluzę z nazwą drużyny i numerem czternaście. Przelotnie spoglądam na rosnącą stertę brudnych ciuchów, rosnącą w kącie. Wypadało by za tydzień posprzątać tu w końcu...
Prysznic jest dla mnie niemal zbawieniem, lecz nie na długo. Otrzeźwia mnie do tego stopnie, że prawie moje myśli biegną normalnym, niezaburzonym torem.
Mia... niemożliwe. A może jednak wróciła tu z rodziną? Cholera, a co jeśli tak? Odezwie się chociaż do mnie? Będzie jak dawniej czy.... a może lepiej, żeby nie było tak jak kiedyś? Nie mam pojęcia co zrobi jak mnie zobaczy...
Głupek. Po co ja o tym w ogóle myślę?
Zły na siebie zakręcam wodę i wycieram się wciągając na siebie bokserki. Powinienem sobie dać spokój i iść spać.
Póki jeszcze mam siłę gaszę światła w całym domu i ruszam swoje dupsko na górę do pokoju. W nim też trzeba by kiedyś ogarnąć... Co za ironia... dlaczego ja po pijaku myślę o sprzątaniu? Jezuu....
Niemal przewracam się na łóżko i obejmuję z uradowaniem swoją kochaną poduszkę, mojego najlepszego towarzysza snu i zamykam z błogim westchnieniem oczy. Wybawienie.
Ze snu wyrywa mnie nagle jakiś ruch w pokoju. Uchylam lekko powieki z bólem i gdy miga mi jakiś cień przed oczami zrywam się z łóżka do pionu z podchodzącym do gardła sercem. Kurwa... byłem pewien, że widziałem rogi...
Na ziemię sprowadza mnie trzepocząca na wietrze zasłona więc pochodzę do okna i zamykam je sprawiając, że materiał przestaje szaleńczo szamotać się. Nagle zastygam w bezruchu.
Przecież... nie otwierałem okna.
Cofając się powoli do tyłu w stronę łóżka rozglądam się po pokoju z walącym serduchem i zapalam po chwili wahania lampkę stojącą na biurku.
O kurwa... jestem aż tak nawalony? Niemożliwe.... niemożliwe. Dostaję naglę gęsiej skórki i owijam się szczelnie kołdrą. Mam teraz zasnąć?
Łapię z szafki nocnej pudełko z tabletkami przeciwbólowymi i biorę od razu dwie popijając je sporym łykiem wody.
Co to było...? Czyżbym zapomniał, że otworzyłem okno? Uh... przecież wyraźnie widziałem coś na kształt rogów i jakiś cień... czy to jakieś... Nie!
Chyba postradałem zmysły... przecież one nie mogą istnieć.
Wybaczcie mi, ale zawsze miałam ochotę na jakiegoś demona.
Słyszę swój głupi przydomek i odwracam się z westchnieniem w stronę rozradowanej rudej gęby.
-Prosiłem cię tyle razy, żebyś tak do mnie nie mówił. -odpowiadam znudzonym głosem i przypatruję się mojemu przyjacielowi.
Wściekle rude włosy sterczące mu na wszystkie strony, poza bokami, które nosi niemal wygolone dzisiaj są w wyjątkowym nieładzie. Gdy podbiega do mnie bliżej schyla się na moment kładąc dłonie na kolanach by zaczerpnąć tchu. Jego piegi na policzkach są mniej widoczne niż zwykle przez rumieńce nabyte od biegu. Kiedy prostuje się jego zielone oczy w odcieniu łąki uśmiechają się do mnie. Po za tym, jest jakieś pół głowy ode mnie wyższy dlatego leciutko unoszę głowę by w nie spojrzeć.
-Chcesz żebym sobie język połamał? Nikt nie umie wymówić normalnie twojego imienia! -sapie mi nadal zmęczony w twarz.
No dobra... niech mu będzie.
-Co się stało, palą się dzienniki? - zamykam swoją szafkę w szatni i podnoszę swoją torbę ze strojem sportowym z ławki.
-Nie zgadniesz kogo widziałem na widowni podczas meczu!
-Oświecisz mnie? -niewzruszony ruszam do drzwi, zresztą Cornie podnieca się byle czym więc wątpię by ta wiadomość mnie zaskoczyła. -Czy może jednak szkoda mi tracić czasu na twoje wymysły?
-Mia! Widziałem ją!
Co...?
Zatrzymuję dłoń na klamce i odwracam się do tyłu by spojrzeć na jego twarz i upewnić się czy nie robi sobie ze mnie jaj.
-Mi-Mia? Wróciła?
-Ha! A jednak zaintrygowany! -klaszcze głośno w dłonie i uśmiecha się jeszcze szerzej.
-Tss, głupek. Musiałeś z kimś ją pomylić. Przecież się wyprowadzili.
Otwieram drzwi i nie zważając na to, czy podąża za mną ten rudy wrzaskun wyszedłem z szatni i pokierowałem się w stronę wyjścia z sali.
-No nie! Leli, to musiała być ona! Nie pomyliłem się!
Wzdycham ciężko i zatrzymuję się by na niego spojrzeć.
-Idę z drużyną na piwo, idziesz z nami? -Kiwam w stronę chłopaków stojących na zewnątrz i czekających na mnie.
-Widziałem ją....... grrr, idę!
-Tak, tak, okaże się jutro.
Wychodzę z sali i gdy wiatr nagle uderza mi w twarz owijam się szczelniej bluzą w barwach drużyny i podchodzę do grupki sześciu osób ubranych niemal tak jak ja.
-Nasz kochany rozgrywający! -jeden z kumpli owija swoje ramię wokół mojej szyi i przyciąga do siebie czochrając mi włosy. -Za te piękne kosze stawiasz dzisiaj!
-Puszczaj do cholery -wyrywam się z jego uścisku i odskakuję do tyłu. -Jak to możliwe, że jestem najniższy z was wszystkich a gram najlepiej?
Mój śmiech przerywa salwa protestów z ich strony.
-I tak stawiasz przykurczu.
* * *
Wracam do jak zwykle pustego domu i rzucam torbę gdzieś w kąt, zapalając po drodze do swojego pokoju wszystkie światła. Rodzice są jakimiś badaczami czy licho ich tam wie, dlatego takie ich wyjazdu na dwa, pięć miesięcy są czymś normalnym. Ważne, że przysyłają pieniądze, reszta mało mnie obchodzi.
Dostanie się do mojego pokoju idzie mi ciut opornie. Czekają mnie jeszcze schody a ja jestem prawdopodobnie nieźle zalany. Świetnie... przeczuwam jutro rano kaca... cholera, która godzina? Yh, chyba nawet pierwszej jeszcze nie ma.
Gdy już udaje mi się dostać na piętro klnę zły na siebie. Nie zamknąłem drzwi wejściowych, żeby to szlag je wziął. Z cierpiętniczą miną wracam mozolnie na dół i dopadam drzwi. Upewniony, że są odpowiednio zamknięte wchodzę do kuchni i zabieram ze sobą butelkę wody i coś na ból głowy... oj przyda się jutro, albo nawet i teraz...
W łazience zrzucam z siebie jeansy i niebiesko czarną bluzę z nazwą drużyny i numerem czternaście. Przelotnie spoglądam na rosnącą stertę brudnych ciuchów, rosnącą w kącie. Wypadało by za tydzień posprzątać tu w końcu...
Prysznic jest dla mnie niemal zbawieniem, lecz nie na długo. Otrzeźwia mnie do tego stopnie, że prawie moje myśli biegną normalnym, niezaburzonym torem.
Mia... niemożliwe. A może jednak wróciła tu z rodziną? Cholera, a co jeśli tak? Odezwie się chociaż do mnie? Będzie jak dawniej czy.... a może lepiej, żeby nie było tak jak kiedyś? Nie mam pojęcia co zrobi jak mnie zobaczy...
Głupek. Po co ja o tym w ogóle myślę?
Zły na siebie zakręcam wodę i wycieram się wciągając na siebie bokserki. Powinienem sobie dać spokój i iść spać.
Póki jeszcze mam siłę gaszę światła w całym domu i ruszam swoje dupsko na górę do pokoju. W nim też trzeba by kiedyś ogarnąć... Co za ironia... dlaczego ja po pijaku myślę o sprzątaniu? Jezuu....
Niemal przewracam się na łóżko i obejmuję z uradowaniem swoją kochaną poduszkę, mojego najlepszego towarzysza snu i zamykam z błogim westchnieniem oczy. Wybawienie.
Ze snu wyrywa mnie nagle jakiś ruch w pokoju. Uchylam lekko powieki z bólem i gdy miga mi jakiś cień przed oczami zrywam się z łóżka do pionu z podchodzącym do gardła sercem. Kurwa... byłem pewien, że widziałem rogi...
Na ziemię sprowadza mnie trzepocząca na wietrze zasłona więc pochodzę do okna i zamykam je sprawiając, że materiał przestaje szaleńczo szamotać się. Nagle zastygam w bezruchu.
Przecież... nie otwierałem okna.
Cofając się powoli do tyłu w stronę łóżka rozglądam się po pokoju z walącym serduchem i zapalam po chwili wahania lampkę stojącą na biurku.
O kurwa... jestem aż tak nawalony? Niemożliwe.... niemożliwe. Dostaję naglę gęsiej skórki i owijam się szczelnie kołdrą. Mam teraz zasnąć?
Łapię z szafki nocnej pudełko z tabletkami przeciwbólowymi i biorę od razu dwie popijając je sporym łykiem wody.
Co to było...? Czyżbym zapomniał, że otworzyłem okno? Uh... przecież wyraźnie widziałem coś na kształt rogów i jakiś cień... czy to jakieś... Nie!
Chyba postradałem zmysły... przecież one nie mogą istnieć.
Wybaczcie mi, ale zawsze miałam ochotę na jakiegoś demona.
wtorek, 27 maja 2014
Rozdział 14 - Stracony
Tak miało być... prawda? Taki los pisano mi już od urodzenia? Jestem sam, nie pamiętam już prawie rodziców, nie zaznałem nigdy prawdziwej przyjaźni, prawdziwej miłości... nie, nie mogę go tu zaliczać. Sprzedał mnie w końcu. Udawał? Udawał gdy mu wyznałem moje uczucia do niego? No tak, powinno być to dla mnie oczywiste. W końcu to jego praca,
miał mnie tylko wytresować jak zwierzę i zarobić na mojej
sprzedaży. Tylko tak miało być.
Ostre szarpnięcie za ramię z powrotem nakierowało moją uwagę na blondyna. Nie chcę tu być...
-Kazałem ci się zatrzymywać? -znowu szarpnięcie lecz tym razem zaczął mnie ciągnąć za ramię gdzieś w głąb domu. Ku mojemu zdziwieniu gdy weszliśmy w jakiś dziwnie nie pasujący do wszystkiego korytarz, wystrój pomieszczeń zaczął się zmieniać. Nie było już idealnej bieli na każdym wolnym metrze, robiło się coraz ciemniej. Jaśniutką dekorację zaczęły zastępować ciemne elementy, ściany pokrywały ciemne farby.
Jakbym z nowoczesnego apartamentu teleportował się nagle do dworskich, mrocznych komnat.
Kiedy mężczyzna zatrzymał się przed ciężkimi, mahoniowymi drzwiami by wyciągnąć z kieszeni klucze wziąłem głęboki wdech. Zacząłem poważnie obawiać się tego, co może znajdować się za tymi drzwiami.
Gdy mężczyzna otworzył je w końcu, momentalnie zbladłem. Nogi wrosły mi w ziemię, mimowolnie otworzyłem nieco usta i rozwarłem szeroko oczy nie mogąc uwierzyć w to co widzę. Sala tortur.... po prostu sala tortur.... Na środku znajdował się duży metalowy stół jak w jakimś prosektorium, na półkach pozawieszane przeróżne narzędzia, od medycznych przyrządów do łańcuchów, biczy... i ten reflektor nad stołem...
Brak mi tchu, niedobrze mi...
-I co szczeniaku, podoba się twoje nowe lokum? -jego oddech na moim karku zjeżył mi włosy na skórze.
Mam... tu... spędzić swoją najbliższą przyszłość?
Czując jak kładzie mi rękę na ramieniu zrobiło mi się niebezpiecznie ciepło a chwilę później czułem, że tracę władzę w nogach. Z zasuwającą się przed moimi oczami ciemnością osunąłem się na podłogę.
* * *
Kiedy się ocknąłem i wróciła do mnie świadomość tego, w jakiej sytuacji się znajduję uniosłem się gwałtownie. W wyobraźni widziałem już siebie na tym okropnym stole...
Niemal z cierpieniem ulgi odetchnąłem i przyłożyłem dłonie do twarzy. Bylem w jakimś zwykłym pokoju, zwykłe, dwuosobowe łóżko, jakaś ciemna szafa i to wszystko, nie licząc oczywiście zasłoniętego szarymi zasłonami okna i dwóch par drzwi. Moment, dwóch? Jedne to wyjście z pokoju a drugie...?
Westchnąłem i chcąc podkulić nogi pod siebie skrzywiłem się słysząc brzęczenie metalu.
Parszywiec... przykuł mi lewą kostkę do ramy łóżka... nie mogę nawet z niego zejść!
Boże, gdzie ja trafiłem? Cholera, a gdybym zaczął doceniać życie z.. Ericiem? Czy też bym tu wkrótce wylądował? Naprawdę mi tu źle... chcę do niego... proszę, niech on się tu pojawi, niech tu do mnie przyjdzie... błagam.
Głupi jestem. teraz rozpaczam? Sam się do tego przyczyniłem! Gdybym był mu posłuszny od początku nie zmieniłbym nigdy właściciela... co za idiota ze mnie. Otarłem samotną łzę, która potoczyła się po moim policzku i nagle poskoczyłem. Drzwi z hukiem otworzyły się na oścież i do środka wszedł blondyn.
Zacisnąłem dłonie w pięści i opuściłem głowę w dół, nie chcę na niego patrzeć.
On tak bardzo różni się od mojego byłego Pana... Jego chociaż zacząłem szanować, mimo że był tym, który odebrał mi wszystko co miałem... byłem zdolny zakochać się w nim. A ten tutaj? Czuję odrazę do niego, nie podoba mi się jego aura, jakby zwiastował najgorsze nieszczęście.
-Wyspałeś się laleczko? -zakpił ze mnie i usiadł w nogach łóżka na białej pościeli. -Muszę przyznać, że nie zdziwiła mnie twoja reakcja na mój... nazwijmy to pokojem relaksu...
Nie reagując na jego zaczepki wbiłem wzrok w zagniecenie w kołdrze.
-Chociaż zazwyczaj większość mdleje gdy już rozpoczniemy tam zabawę...
Zacisnąłem mocno oczy bojąc się, że moja wyobraźnia zacznie pracować i podsuwać mi nieprzyjemne obrazy.
-Szczeniaku.... - usłyszałem jego złowrogi syk.
Gdy otworzyłem lekko oczy by sprawdzić o co chodzi krzyknąłem gdy doskoczył nagle do mnie.
-Masz na mnie patrzeć! Rozumiesz to?! -złapał mnie jedną dłonią za gardło i mocno szarpnął w górę.
W akcie obrony zacisnąłem palce na jego przedramieniu i uniosłem się by móc zaczerpnąć powietrza.
-Okaż szacunek i patrz na mnie jak do ciebie mówię! Mam cię wychowywać kundlu niewdzięczny!? A może te twoje kudły ci przeszkadzają? -chwycił drugą ręką moje włosy i szarpnął ostro w tył.
Jęknąłem charcząco z braku wystarczającej ilości powietrza. Niech mnie puści.... Udusi mnie zaraz!
Nagle rzucił mną na łóżko, jęknąłem głośno gdy noga napięła się od oporu łańcucha na kostce.
-Znam lekarstwo na to... -podszedł do jedynej szafy w tym pomieszczeniu i wyciągnął z niej nożyczki.
Nie...
Kiedy wrócił do mnie dzikim chodem moja ciało zareagowało nagle jakby zostało podłączone do prądu. Zacząłem krzyczeć i młócić rękami by mężczyzna nie podchodził do mnie. Dziko szamotając się zahaczyłem przedramieniem o wystawione w moim kierunku nożyczki i rozorałem sobie skórę do krwi. Blondyn niemal rzucił się na mnie i wykręcając mi ręce na plecy skuł je nie wiadomo skąd wyciągnietymi kajdankami. Nie przestałem się jednak szamotać. Popchnął mnie tak bym leżał na brzuchu.
-Zostaw mnie! Zooostaaaw! -kopałem nogami z całych sił w materac zalewając się spazmatycznym szlochem.
Nie może, nie może tego zrobić! Nie! Tylko nie włosy! Niech mnie już gwałci i upokarza ale nie włosy... Nie!
-Panie! -krzyknąłem lecz nie miałem na myśli blondyna.
Tak bardzo go w tym momencie potrzebuję... gdzie on jest... dlaczego mnie sprzedał?! Proszę! Panie, ratuj!
Docisnął mi mocno twarz do poduszki i chwycił roztargany warkocz, który mi pozostał i jednym ruchem obciął go prawie przy samej skórze. Szarpnięciem przewrócił na plecy i uderzył mocno w twarz.
Jęknąłem głucho i załkałem żałośnie gdy krzywo docinał włosy, które pozostały mi po bokach.
-Odejdź... -zaszlochałem zamykając oczy. -uderzył mnie znowu, tym razem nieporównywalnie mocniej.
-Kazałem ci się odzywać!? Jakim prawem psie, mi rozkazujesz! Ja tu jestem panem!
Nie, on nie jest moim panem! Ja wierzę w Erica! On nim jest... on ma do mnie prawo i nikt inny! To przez niego chcę być dotykany, poniżany. To nie boli, on jest w stanie mnie ukoić.... A nie ten tutaj...
-Ni-nie jesteś... moim Panem.... -zaskomlałem gdy znowu mnie uderzył. -On nim... był.
Jego nozdrza zafalowały z rozdrażnienia, żyłka na jego skroni zaczęła pulsować niebezpiecznie.
-Jeszcze zobaczysz szczeniaku, kto tu jest twoim panem!
Gdy rozkuwał mi raczej mało delikatnie kostkę przyjrzałem się ręce, którą skaleczyłem o nożyczki i chwilę później na leżące dookoła włosy.
Oczy na powrót mi się zaszkliły lecz nie miałem czasu na lament, gdyż blondyn wywlókł mnie z pokoju z powrotem do pomieszczenia, przez które zemdlałem.
Ja tu oszaleję.... umrę.
Rzucił mnie na stół i obracając na brzuch skuł mocno wszystkie kończyny. Szlochając wykręciłem głowę by zobaczyć co on robi lecz momentalnie tego pożałowałem widząc, że trzyma w dłoni palnik.
Szarpnąłem dłońmi mając złudną nadzieję, że je uwolnię. No cóż.... nadzieja była złudna...
Krew w mojej głowie pulsowała dziko, tak bardzo jak teraz przerażony nie byłem jeszcze nigdy. Trzęsące się z prawdziwego przerażenia dłonie zacisnąłem w pieści najmocniej jak się da i zagryzłem mocno dolną wargę by z mojego płaczu nie wydobywało się tyle jęków.
-Szykuj się psie... -zasyczał nad moim uchem i mignął mi tylko przed oczami jakimś metalowym prętem.
Gdy nabrałem głęboko powietrza w roztrzęsione płuca w pokoju przez parę sekund nie było słychać jakiegokolwiek dźwięku.
Chwilę później ciszę przeszył mój paniczny, konwulsyjny krzyk. Jak w ataku epilepsji zacząłem miotać się na stole kiedy mężczyzna wypalał mi na łopatce skórę rozgrzaną do czerwoności, metalową pieczęcią, jak bydło.
-I co smarkaczu!? -wykrzyczał mi nad głową rozradowany z mojego cierpienia blondyn zabierając z moich pleców narzędzie tortów.
Tak boli... tak piecze... gdy do mojego nosa doleciał zapach spalonej skóry ucieszyłem się, że dawno nic nie jadłem, nie chcę jeszcze dodatkowo krztusić się własnymi wymiocinami.
Chcę wrócić... chcę do niego wrócić, Boże, czy wiesz jak mi źle?
Na moją głowę poleciała nagle woda z wiadra, krzyknąłem przeraźliwie gdy zetknęła się ze świeżą raną.
-Pomyślałem, że cię nieco ochłodzę. -zaśmiał się i zaczął rozkuwać moje kończyny.
Jest tak cholernie okrutny... nie wytrzymam... już nie chodzi o to że zadaje mi ból fizyczny, on niszczy tym mnie od środka. Nie wytrzymam... ja nie wytrzymam.
Gdzie jest Eric, gdy go potrzebuję...?
Mocnym szarpnięciem zrzucił mnie na podłogę. Gdy uderzyłem w nią z impetem z palących płuc uszło mi powietrze. Zwinąłem się momentalnie w kulkę próbują płytkimi, szybkimi wdechami zapewnić sobie wystarczającą ilość powietrza. Zamknąłem oczy powstrzymując potok piekących mnie łez, już nawet one sprawiały mi ból. Mam dość, chcę zemdleć, chcę wyrwać się z tego i zagłębić się w tą ukochaną, niewymagającą ode mnie czucia czerń. Tak tam błogo...
Zabierzcie mnie stąd.
Kopnięciem przewrócił mnie nagle na plecy i postawił swoją odzianą w czyste lakierki stopę na moim brzuchu. Zaśmiał się boleśnie wbijając mi obcas w splot słoneczny.
-Więc jak sądzisz... kto tu jest jednak twoim panem?
Obróciłem głowę w bok by na niego nie patrzeć lecz butem nakierował ją w tak, bym musiał na niego spojrzeć.
Mimo opuchniętych oczu, nadal lejących się łez i cholernie bolącej rany na łopatce moje przez moje spojrzenie nadal przebijała się nienawiść do niego.
-Buńczuczny szczeniak... -prychnął i zabrał nogę z mojej twarzy.
Biorąc charczący, ciężki wdech zamknąłem oczy lecz nie było mi dane choć parę sekund nacieszyć się wytchnieniem. Mój oprawca mocno pociągnął za pozostałe mi tylko spodenki niemal rozrywając je na strzępy.
-Taki kundel jak ty nie potrzebuje jakichkolwiek łachmanów... -zdarł do końca ze mnie resztkę materiału.
Nagi, upokorzony, żałosny i zapłakany.
To właśnie ja.
Dziękuję Wam bardzo za wsparcie komentarzami i witam nowych czytelników, mam nadzieję, że to, w jaki sposób zmieni się bieg tego opowiadania nie zrazi Was do wyczekiwania kolejnego rozdziału. Wybaczcie, tylko na tyle mnie dzisiaj stać.
Ale to mi tak bardzo nie daje spokoju, jednak gdyby naprawdę był na
wszystko obojętny nie widziałbym w jego oczach tych wszystkich
emocji.
Jestem tu nie całe pięć minut i już żałuję, że tamtego dnia nie uważałem w drodze do tej cholernej szkoły. Mając na myśli "tu", myślę o domu tego popaprańca... to znaczy mojego nowego właściciela. Chociaż, to nie jest zwykły dom... raczej wielki, nowoczesny apartament na obrzeżach jakiegoś miasta. Wszystko w nim jest takie białe... wręcz śmierdzi sterylnością, czuję się tu jak na świeżo zdezynfekowanej sali operacyjnej. Czysty minimalizm panuje w każdym pomieszczeniu. Prawie puste regały, idealnie ustawione kanapy i fotele, jednolite światło rozchodzące się równomiernie w pokojach... Jak laboratorium...Ostre szarpnięcie za ramię z powrotem nakierowało moją uwagę na blondyna. Nie chcę tu być...
-Kazałem ci się zatrzymywać? -znowu szarpnięcie lecz tym razem zaczął mnie ciągnąć za ramię gdzieś w głąb domu. Ku mojemu zdziwieniu gdy weszliśmy w jakiś dziwnie nie pasujący do wszystkiego korytarz, wystrój pomieszczeń zaczął się zmieniać. Nie było już idealnej bieli na każdym wolnym metrze, robiło się coraz ciemniej. Jaśniutką dekorację zaczęły zastępować ciemne elementy, ściany pokrywały ciemne farby.
Jakbym z nowoczesnego apartamentu teleportował się nagle do dworskich, mrocznych komnat.
Kiedy mężczyzna zatrzymał się przed ciężkimi, mahoniowymi drzwiami by wyciągnąć z kieszeni klucze wziąłem głęboki wdech. Zacząłem poważnie obawiać się tego, co może znajdować się za tymi drzwiami.
Gdy mężczyzna otworzył je w końcu, momentalnie zbladłem. Nogi wrosły mi w ziemię, mimowolnie otworzyłem nieco usta i rozwarłem szeroko oczy nie mogąc uwierzyć w to co widzę. Sala tortur.... po prostu sala tortur.... Na środku znajdował się duży metalowy stół jak w jakimś prosektorium, na półkach pozawieszane przeróżne narzędzia, od medycznych przyrządów do łańcuchów, biczy... i ten reflektor nad stołem...
Brak mi tchu, niedobrze mi...
-I co szczeniaku, podoba się twoje nowe lokum? -jego oddech na moim karku zjeżył mi włosy na skórze.
Mam... tu... spędzić swoją najbliższą przyszłość?
Czując jak kładzie mi rękę na ramieniu zrobiło mi się niebezpiecznie ciepło a chwilę później czułem, że tracę władzę w nogach. Z zasuwającą się przed moimi oczami ciemnością osunąłem się na podłogę.
* * *
Kiedy się ocknąłem i wróciła do mnie świadomość tego, w jakiej sytuacji się znajduję uniosłem się gwałtownie. W wyobraźni widziałem już siebie na tym okropnym stole...
Niemal z cierpieniem ulgi odetchnąłem i przyłożyłem dłonie do twarzy. Bylem w jakimś zwykłym pokoju, zwykłe, dwuosobowe łóżko, jakaś ciemna szafa i to wszystko, nie licząc oczywiście zasłoniętego szarymi zasłonami okna i dwóch par drzwi. Moment, dwóch? Jedne to wyjście z pokoju a drugie...?
Westchnąłem i chcąc podkulić nogi pod siebie skrzywiłem się słysząc brzęczenie metalu.
Parszywiec... przykuł mi lewą kostkę do ramy łóżka... nie mogę nawet z niego zejść!
Boże, gdzie ja trafiłem? Cholera, a gdybym zaczął doceniać życie z.. Ericiem? Czy też bym tu wkrótce wylądował? Naprawdę mi tu źle... chcę do niego... proszę, niech on się tu pojawi, niech tu do mnie przyjdzie... błagam.
Głupi jestem. teraz rozpaczam? Sam się do tego przyczyniłem! Gdybym był mu posłuszny od początku nie zmieniłbym nigdy właściciela... co za idiota ze mnie. Otarłem samotną łzę, która potoczyła się po moim policzku i nagle poskoczyłem. Drzwi z hukiem otworzyły się na oścież i do środka wszedł blondyn.
Zacisnąłem dłonie w pięści i opuściłem głowę w dół, nie chcę na niego patrzeć.
On tak bardzo różni się od mojego byłego Pana... Jego chociaż zacząłem szanować, mimo że był tym, który odebrał mi wszystko co miałem... byłem zdolny zakochać się w nim. A ten tutaj? Czuję odrazę do niego, nie podoba mi się jego aura, jakby zwiastował najgorsze nieszczęście.
-Wyspałeś się laleczko? -zakpił ze mnie i usiadł w nogach łóżka na białej pościeli. -Muszę przyznać, że nie zdziwiła mnie twoja reakcja na mój... nazwijmy to pokojem relaksu...
Nie reagując na jego zaczepki wbiłem wzrok w zagniecenie w kołdrze.
-Chociaż zazwyczaj większość mdleje gdy już rozpoczniemy tam zabawę...
Zacisnąłem mocno oczy bojąc się, że moja wyobraźnia zacznie pracować i podsuwać mi nieprzyjemne obrazy.
-Szczeniaku.... - usłyszałem jego złowrogi syk.
Gdy otworzyłem lekko oczy by sprawdzić o co chodzi krzyknąłem gdy doskoczył nagle do mnie.
-Masz na mnie patrzeć! Rozumiesz to?! -złapał mnie jedną dłonią za gardło i mocno szarpnął w górę.
W akcie obrony zacisnąłem palce na jego przedramieniu i uniosłem się by móc zaczerpnąć powietrza.
-Okaż szacunek i patrz na mnie jak do ciebie mówię! Mam cię wychowywać kundlu niewdzięczny!? A może te twoje kudły ci przeszkadzają? -chwycił drugą ręką moje włosy i szarpnął ostro w tył.
Jęknąłem charcząco z braku wystarczającej ilości powietrza. Niech mnie puści.... Udusi mnie zaraz!
Nagle rzucił mną na łóżko, jęknąłem głośno gdy noga napięła się od oporu łańcucha na kostce.
-Znam lekarstwo na to... -podszedł do jedynej szafy w tym pomieszczeniu i wyciągnął z niej nożyczki.
Nie...
Kiedy wrócił do mnie dzikim chodem moja ciało zareagowało nagle jakby zostało podłączone do prądu. Zacząłem krzyczeć i młócić rękami by mężczyzna nie podchodził do mnie. Dziko szamotając się zahaczyłem przedramieniem o wystawione w moim kierunku nożyczki i rozorałem sobie skórę do krwi. Blondyn niemal rzucił się na mnie i wykręcając mi ręce na plecy skuł je nie wiadomo skąd wyciągnietymi kajdankami. Nie przestałem się jednak szamotać. Popchnął mnie tak bym leżał na brzuchu.
-Zostaw mnie! Zooostaaaw! -kopałem nogami z całych sił w materac zalewając się spazmatycznym szlochem.
Nie może, nie może tego zrobić! Nie! Tylko nie włosy! Niech mnie już gwałci i upokarza ale nie włosy... Nie!
-Panie! -krzyknąłem lecz nie miałem na myśli blondyna.
Tak bardzo go w tym momencie potrzebuję... gdzie on jest... dlaczego mnie sprzedał?! Proszę! Panie, ratuj!
Docisnął mi mocno twarz do poduszki i chwycił roztargany warkocz, który mi pozostał i jednym ruchem obciął go prawie przy samej skórze. Szarpnięciem przewrócił na plecy i uderzył mocno w twarz.
Jęknąłem głucho i załkałem żałośnie gdy krzywo docinał włosy, które pozostały mi po bokach.
-Odejdź... -zaszlochałem zamykając oczy. -uderzył mnie znowu, tym razem nieporównywalnie mocniej.
-Kazałem ci się odzywać!? Jakim prawem psie, mi rozkazujesz! Ja tu jestem panem!
Nie, on nie jest moim panem! Ja wierzę w Erica! On nim jest... on ma do mnie prawo i nikt inny! To przez niego chcę być dotykany, poniżany. To nie boli, on jest w stanie mnie ukoić.... A nie ten tutaj...
-Ni-nie jesteś... moim Panem.... -zaskomlałem gdy znowu mnie uderzył. -On nim... był.
Jego nozdrza zafalowały z rozdrażnienia, żyłka na jego skroni zaczęła pulsować niebezpiecznie.
-Jeszcze zobaczysz szczeniaku, kto tu jest twoim panem!
Gdy rozkuwał mi raczej mało delikatnie kostkę przyjrzałem się ręce, którą skaleczyłem o nożyczki i chwilę później na leżące dookoła włosy.
Oczy na powrót mi się zaszkliły lecz nie miałem czasu na lament, gdyż blondyn wywlókł mnie z pokoju z powrotem do pomieszczenia, przez które zemdlałem.
Ja tu oszaleję.... umrę.
Rzucił mnie na stół i obracając na brzuch skuł mocno wszystkie kończyny. Szlochając wykręciłem głowę by zobaczyć co on robi lecz momentalnie tego pożałowałem widząc, że trzyma w dłoni palnik.
Szarpnąłem dłońmi mając złudną nadzieję, że je uwolnię. No cóż.... nadzieja była złudna...
Krew w mojej głowie pulsowała dziko, tak bardzo jak teraz przerażony nie byłem jeszcze nigdy. Trzęsące się z prawdziwego przerażenia dłonie zacisnąłem w pieści najmocniej jak się da i zagryzłem mocno dolną wargę by z mojego płaczu nie wydobywało się tyle jęków.
-Szykuj się psie... -zasyczał nad moim uchem i mignął mi tylko przed oczami jakimś metalowym prętem.
Gdy nabrałem głęboko powietrza w roztrzęsione płuca w pokoju przez parę sekund nie było słychać jakiegokolwiek dźwięku.
Chwilę później ciszę przeszył mój paniczny, konwulsyjny krzyk. Jak w ataku epilepsji zacząłem miotać się na stole kiedy mężczyzna wypalał mi na łopatce skórę rozgrzaną do czerwoności, metalową pieczęcią, jak bydło.
-I co smarkaczu!? -wykrzyczał mi nad głową rozradowany z mojego cierpienia blondyn zabierając z moich pleców narzędzie tortów.
Tak boli... tak piecze... gdy do mojego nosa doleciał zapach spalonej skóry ucieszyłem się, że dawno nic nie jadłem, nie chcę jeszcze dodatkowo krztusić się własnymi wymiocinami.
Chcę wrócić... chcę do niego wrócić, Boże, czy wiesz jak mi źle?
Na moją głowę poleciała nagle woda z wiadra, krzyknąłem przeraźliwie gdy zetknęła się ze świeżą raną.
-Pomyślałem, że cię nieco ochłodzę. -zaśmiał się i zaczął rozkuwać moje kończyny.
Jest tak cholernie okrutny... nie wytrzymam... już nie chodzi o to że zadaje mi ból fizyczny, on niszczy tym mnie od środka. Nie wytrzymam... ja nie wytrzymam.
Gdzie jest Eric, gdy go potrzebuję...?
Mocnym szarpnięciem zrzucił mnie na podłogę. Gdy uderzyłem w nią z impetem z palących płuc uszło mi powietrze. Zwinąłem się momentalnie w kulkę próbują płytkimi, szybkimi wdechami zapewnić sobie wystarczającą ilość powietrza. Zamknąłem oczy powstrzymując potok piekących mnie łez, już nawet one sprawiały mi ból. Mam dość, chcę zemdleć, chcę wyrwać się z tego i zagłębić się w tą ukochaną, niewymagającą ode mnie czucia czerń. Tak tam błogo...
Zabierzcie mnie stąd.
Kopnięciem przewrócił mnie nagle na plecy i postawił swoją odzianą w czyste lakierki stopę na moim brzuchu. Zaśmiał się boleśnie wbijając mi obcas w splot słoneczny.
-Więc jak sądzisz... kto tu jest jednak twoim panem?
Obróciłem głowę w bok by na niego nie patrzeć lecz butem nakierował ją w tak, bym musiał na niego spojrzeć.
Mimo opuchniętych oczu, nadal lejących się łez i cholernie bolącej rany na łopatce moje przez moje spojrzenie nadal przebijała się nienawiść do niego.
-Buńczuczny szczeniak... -prychnął i zabrał nogę z mojej twarzy.
Biorąc charczący, ciężki wdech zamknąłem oczy lecz nie było mi dane choć parę sekund nacieszyć się wytchnieniem. Mój oprawca mocno pociągnął za pozostałe mi tylko spodenki niemal rozrywając je na strzępy.
-Taki kundel jak ty nie potrzebuje jakichkolwiek łachmanów... -zdarł do końca ze mnie resztkę materiału.
Nagi, upokorzony, żałosny i zapłakany.
To właśnie ja.
Dziękuję Wam bardzo za wsparcie komentarzami i witam nowych czytelników, mam nadzieję, że to, w jaki sposób zmieni się bieg tego opowiadania nie zrazi Was do wyczekiwania kolejnego rozdziału. Wybaczcie, tylko na tyle mnie dzisiaj stać.
niedziela, 18 maja 2014
Rozdział 13 - Stracony
Przepraszam, nie doceniam Was, ale naprawdę nie mam sił na pisanie jakichś wstępów.
Podchodzi do mnie jakiś osiłek i przyciąga mnie do siebie za ramię.
-Rozbieraj się. -charczy mi w twarz śmierdzącym oddechem.
Ta osoba w ogóle nie pasuje do całej tej luksusowej otoczki. Powoli jak w otumanieniu nakierowuję na niego swój wzrok i dostrzegam innego mężczyznę zmierzającego w moim kierunku. Jest w garniturze.
Staje przede mną i uśmiecha się zawadiacko kiedy jego wzrok trafia na herb na mojej obróżce.
-Och, rarytas. -gwiżdże i kuca przede mną. -Trash, obchodź się łagodnie z tym skarbeńkiem. -zwraca się do cuchnącego goryla po czym spogląda na mnie. -Wystarczy jak zdejmiesz bluzkę, mój drogi.
Gdy robię to z ociąganiem widzę, że jego przyjacielska postawa emanuje fałszem.
Nie chcę tego.
-Pospieszmy się. -mruczy i kładąc dłoń na moim barku kieruje mnie w stronę sceny.
Osiemnaście kroków dzieli mnie od środka.
Robi mi się nieznośnie gorąco mimo, że jestem na wpół nagi. Mimo nacisku mężczyzny stopniowo moje nogi zwalniają jakby myślały, że jeszcze jest nadzieja na ucieczkę.
Jeszcze piętnaście kroków.
Czuję, że powoli tracę panowanie nad swoim ciałem, mam wrażenie, że moje mięśnie wiotczeją. Nawet jeśli jestem świadom tego w jakiej sytuacji się znajduję, mój umysł nie jest w stanie tego pojąć. Jestem niewolnikiem. Nie mam praw, nie mam woli. Nie mogę żyć jak każdy człowiek, nie mogę myśleć jak człowiek. Nie jestem człowiekiem. To smutne.
Dziesięć kroków.
Dosięgnęły mnie już światła wydobywające się z reflektorów. Mrużę lekko spuchnięte powieki. Mogłem zdobyć wykształcenie, dobrą pracę. Mogłem założyć rodzinę, rozbijać się po imprezach, robić co chcę. Niestety nie jest mi to dane. Cholernie przygnębiające. Nie zaznałem prawdziwej miłości, nie pamiętam kiedy ktoś, poza mglistymi wspomnieniami o ojcu, powiedział, że mnie kocha. Nikt nie powiedział mi, że jestem cenny, że moje życie coś znaczy, że mój byt chociaż śladowo zaznacza się w ich życiu. Nikt po mnie nie płakał i płakać nie będzie. Nie ma kto.
Pięć kroków.
Tęsknię sięgam myślami do tych chwil gdy sam mogłem decydować o tym co robię w danym momencie. Już tego nie zaznam. Będę już tylko dalej upokarzany i poniżany. Do niczego innego nie będę się nadawać. Reszta mojej już i tak zanikającej osobowości zostanie wypłukana, a ja stanę się żałosną zbieraniną upodlenia. Inni będą widzieć we mnie tylko odium.
Jestem zbyt oszołomiony by uronić chociaż jedną łzę. Chociaż ściska mnie w piersi, dławię się własnym smutkiem i żalem. Pali mnie to! Panie... pali mnie... Nie rozumiem, naprawdę już niczego nie rozumiem.
Dwa kroki.
Zaraz chyba zemdleję.
Jeden krok.
Boże, zabierz mnie stąd.
* * *
-Ericu, tutaj!
Odwracam się w stronę wołającego mnie głosu i napotykam ją. Cholera, tylko jej w tym momencie brakuje.
-Rebeco. -kłaniam jej się z wymuszoną szarmancją i zajmuję wskazane przez nią miejsce przy jednym ze stolików.
-Powiedz, nie żal ci tego słodziaka? -uśmiecha się i patrzy tęsknie w stronę sceny.
Zamieram na moment gdy widzę jak Yuuki jest wyprowadzany na scenę. Jest strasznie blady i ledwo powłócze nogami.
-Och, wygląda makabrycznie... czy to jego pierwsza aukcja? -brunetka z udawanym zatroskaniem spogląda na mnie chcąc najwyraźniej wybadać mój stosunek do niego.
-Skoro specjalizuję się w tresowaniu nowego towaru, nie uważasz, że to oczywiste? -mruczę i spoglądam na scenę.
Cholera...
Mam szczerą ochotę sam go teraz kupić.
Zaciskam mocno dłonie w pięści i zamykam na moment oczy.
Tak miało najwyraźniej być. Przecież nawet jeśli zostałby ze mną, nie zapewnię mu normalnego życia! A jeśli bym go wypuścił, tamci ludzie zaczęli by go szukać!
-Eric...
-Nie mam ochoty wysłuchiwać twoich kąśliwych uwag w tym momencie Rebeco. -piorunuję ją bazyliszkowatym wzrokiem na co tylko uśmiecha się figlarnie.
-Skoro tak bardzo zależy ci na tym chłopcu, są lepsze sposoby by to okazać niż wystawiać go na aukcję. Nie bądź głupcem i nie udawaj wielkiej skruchy po dokonanym fakcie.
Odrzuca na bok swoją ciemnobrązową grzywę i z obrażoną miną wpatruje się w scenę.
Udawać skruchę? Czy ja udaję? Kurwa... nie mam ochoty się z nią kłócić.
Przyznaję, popełniłem wielki błąd, skoro zauważyłem w jego zachowaniu zmianę... i sam zacząłem się domyślać o co chodzi... dlaczego ja podpisałem te papiery? Bałem się? Bałem się kurwa uczuć?!
-Jak sami państwo widzą marka jest marką, więc nie będziecie zdziwieni wysokością ceny wywoławczej. -nagle zwróciłem uwagę na głos prezentera.
Yuuki wygląda jakby miał się zaraz przewrócić.
Gorzej skrzywdzić go nie mogłem.
-Zacznijmy od pół miliona! -gdy tylko z radością w głosie mężczyzna rzucił cenę, wiele rąk wystrzeliło w górę nawzajem się przekrzykując.
Spojrzałem jeszcze raz na Yuukiego i oniemiałem. Patrzył mi prosto w oczy z cierpieniem przeżerającym się przez jego każdą, maleńką komórkę. Czekał.... czekał na mój ruch.
Przepraszam cię. Naprawdę nie mogę już nic zdziałać... Wybacz mi Yuuki.
Gdy nie doczekał się żadnej reakcji z mojej strony ze zrezygnowaniem zamknął powoli oczy. Poddał się.
Nie, to ja się poddałem...
Przepraszam.
-Dwadzieścia trzy miliony...! Kto da więcej!? -z podnieceniem krzyczał prezenter rozglądając się z rozgorączkowaniem po sali.
Hmm, dawno nie przekroczono dwudziestu milionów. Błagam, niech tylko nie trafi do jakiegoś podstarzałego pryka.
Gdy już nie wysunięto żadnych propozycji, po ostatnim uderzeniu młotka westchnąłem głęboko. Nie mogę sobie wyobrazić co Yuuki w tym momencie przeze mnie przeżywa.
-Brawa dla nowego właściciela, pana Hartlieba.
Gdy usłyszałem nazwisko zamarłem. Nawet Rebeca już z nieudawaną troską spojrzała w moją stronę.
Co...? Tylko nie ten psychol....
* * *
Mój tyłek jest wart dwadzieścia trzy miliony? Jakoś nie widzę powodu do radości.
Nie wiem jak przetrwałem aukcję, nie byłem tam obecny... Tylko widziałem jego. Tylko tyle pamiętam.
Ach, no tak. Jestem już sprzedany. Co teraz?
Zostałem już nieco mniej delikatnie sprowadzony ze sceny i popchnięty w stronę ściany od której odbiłem się boleśnie.
-Czekaj tam. -żachnął prezenter i odszedł gdzieś w sobie znanym kierunku.
Raczej zgubą byłoby próbowanie uciekać w tym momencie. Wątpię czy wyszedłbym stad w całości.
Zresztą, chyba bym nie zdążył. Mężczyzna wracał już właśnie z innym nieznajomym. Czyżby nowy właściciel?
-A oto pańska własność. Stosowne dokumenty tak jak zawsze zostaną przesłane do pana biura. -prezenter pokazał na mnie ręką po czym zwrócił się do niego... nowego...
Był wysoki... szczupły ale wysportowany... miał krótkie, blond włosy i bardzo pociągłą twarz z surowym wyrazem twarzy. Jego palce były długie jak on sam. Gdy spojrzałem na jego twarz zmroził mnie momentalnie chłodnym, niebieskim spojrzeniem.
Opuściłem głowę w dół nie chcąc dalej patrzeć na niego. Gdy pomyślę, że będzie gorzej niż wcześniej zbiera mi się na płacz. Naprawdę nie jest dobrze. Ten mężczyzna... jest w nim coś, co budzi cały mój niepokój. Moje nogi każą mi uciekać ale jednocześnie się boją zrobić choćby centymetrowy kroczek. Źle trafiłem.
Wysunął nagle rękę w moją stronę i odruchowa skuliłem się lekko przymykając oczy.
-Boisz się mnie...? -zapytał niskim głosem z nutką zdziwienia.
Złapał obróżkę w swoje zimne palce i przyjrzał się herbowi.
-To dobrze. -uśmiechnął się z mrożącym krew w żyłach spojrzeniem i ściskając mocno medalik w dłoni jednym szarpnięciem zerwał go z obroży.
Przepraszam jeśli opowiadanie stanie się zbyt brutalne.
Sabate
wtorek, 6 maja 2014
Nieuniknione, potrzebne.
Witam,
tak, znowu będę błagać o wybaczenie, post obiecałam, a go nie ma. Co prawda rozdział napisałam ale nie chcę wstawiać czegoś tak żałosnego. Usunę, poprawię, cokolwiek, byle nie wstawiać tego co do tej pory napisałam.
Tak po za tym chyba się staczam. Wena jest, okej, wszystko fajnie. Jeszcze gdybym z tą weną potrafiła współpracować... było by o niebo lepiej. Co nie? Nawet rozpisałam sobie mały plan na kolejne rozdziały, a tu wielkie, jedno, gówniane nic. Tylko ten cholerny migający kursor, który cały czas stoi w jednym miejscu i cwaniak wie, że mnie to irytuje... że nie zamierza ruszyć swojej dupy chociaż o pięć linijek w dół. Nieeeee.... on chce mnie doprowadzić do szału bo wie, że szybko wychodzę z siebie. Cholerni faceci.
Tak w ogóle, nie dość że mam nawał roboty, to jeszcze mam problemy ze swoim facetem. Dziewczyny, jeśli jakieś tu jeszcze zostały, jeśli ktoś przeczyta te moje godne pożałowania wypociny, olejcie skurwysynów. Tylko łez na takich dupków tracicie. Potem chodzicie i wyglądacie jak zombie bo nie śpicie po nocach, rozwalacie sobie mózgi przez natłok słów, nie wychodzi wam robota, szkołę macie gdzieś. Tak to kurwa bywa w życiu.
Może powinnam, poradzić się jednak jakiegoś lekarza? Wiecie, ze mną chyba naprawdę jest coś nie tak, spłodziłam takiego bloga, gadam ostatnio sama do siebie. Cudnie, po prostu cudnie.
Kończąc już to, wyjaśnię co chciałam wam przekazać.
By dać sobie chwilę na przemyślenia i ogarnąć nie tylko to opowiadanie jak i swoje myśli zawieszam bloga na niedługą chwilę. Od razu zapewniam, że gdybym miała bloga porzucić, poinformuję o tym.
Przepraszająca już setny raz
Sabate
tak, znowu będę błagać o wybaczenie, post obiecałam, a go nie ma. Co prawda rozdział napisałam ale nie chcę wstawiać czegoś tak żałosnego. Usunę, poprawię, cokolwiek, byle nie wstawiać tego co do tej pory napisałam.
Tak po za tym chyba się staczam. Wena jest, okej, wszystko fajnie. Jeszcze gdybym z tą weną potrafiła współpracować... było by o niebo lepiej. Co nie? Nawet rozpisałam sobie mały plan na kolejne rozdziały, a tu wielkie, jedno, gówniane nic. Tylko ten cholerny migający kursor, który cały czas stoi w jednym miejscu i cwaniak wie, że mnie to irytuje... że nie zamierza ruszyć swojej dupy chociaż o pięć linijek w dół. Nieeeee.... on chce mnie doprowadzić do szału bo wie, że szybko wychodzę z siebie. Cholerni faceci.
Tak w ogóle, nie dość że mam nawał roboty, to jeszcze mam problemy ze swoim facetem. Dziewczyny, jeśli jakieś tu jeszcze zostały, jeśli ktoś przeczyta te moje godne pożałowania wypociny, olejcie skurwysynów. Tylko łez na takich dupków tracicie. Potem chodzicie i wyglądacie jak zombie bo nie śpicie po nocach, rozwalacie sobie mózgi przez natłok słów, nie wychodzi wam robota, szkołę macie gdzieś. Tak to kurwa bywa w życiu.
Może powinnam, poradzić się jednak jakiegoś lekarza? Wiecie, ze mną chyba naprawdę jest coś nie tak, spłodziłam takiego bloga, gadam ostatnio sama do siebie. Cudnie, po prostu cudnie.
Kończąc już to, wyjaśnię co chciałam wam przekazać.
By dać sobie chwilę na przemyślenia i ogarnąć nie tylko to opowiadanie jak i swoje myśli zawieszam bloga na niedługą chwilę. Od razu zapewniam, że gdybym miała bloga porzucić, poinformuję o tym.
Przepraszająca już setny raz
Sabate
Subskrybuj:
Posty (Atom)